Kilka dni temu (a dokładniej to 8 grudnia) minęła trzecia rocznica narodzin mojego naczelnego obecnie hobby jakim jest podróżowanie małe oraz malutkie. Miałem coś z tej okazji napisać, ale jak to zazwyczaj bywa, nie złożyło się. Niemniej – pamiętałem o tym dniu.
Wszystko zaczęło się tak niespodziewanie przecież. Kto by pomyślał, że za kilka lat od tamtego grudniowego poranka roku pańskiego 2007, będę bogatszy o tyle wspomnień (i biedniejszy o tyle pieniędzy). Pierwsze kroki były tymczasem niewinne niczym początek kariery politycznej Adolfa Hitlera. I nawet wszystko zaczęło się w tym samym mieście, czyli w Monachium. Tyle podobieństw między nami. Pozostaje sobie życzyć dalszego rozwoju tej choroby, albo pasji, jak kto tam woli.
Kilkanaście dni temu nabyłem drogą kupna, a jakże, kolejne bilety. Z tym zakupem związana jest niezbyt zabawna historia. Otóż, najpierw przez kilka ładnych dni walczyłem ze sobą, zastanawiając się „brać czy nie”. Cena, jak na lokalizację, i tak była promocyjna oraz atrakcyjna. W końcu się poddałem naporowi mojego maniactwa, bilety przywędrowały do mnie w zamian za suty przelew. Nie minęło kilka dni, gdy Lufthansa zrobiła nową promocję i „moje” bilety potaniały o spory procent wcześniejszej ceny. Masz Ci pech. Z jednej strony, głupio się człowiek poczuł, z drugiej jednak, pomyślałem sobie, że to po prostu świat lotniczy odebrał sobie część tego co mu zabrałem przez te trzy lata. W końcu, jak sięgam pamięcią, chyba za żaden bilet nie zapłaciłem normalnej ceny. Zawsze promocje, okazje, a nawet błędy systemowe były moim aniołem stróżem. Więc teraz nie ma co płakać, bo w rachunku zysków i strat nadal jestem bardzo do przodu.
W marcu stuknie mi trzydziestka, a jest to czas kiedy mężczyznom odbija i robią rózne dziwne rzeczy. Niektórzy się żenią, inni płodzą potomków, piszą książki albo co gorsza, zaczynają tworzyć poezję albo malować obrazy. Inni sadzą drzewa, stają się alkoholikami albo kupują sportowy samochód na kredyt i zamieniają swoją dotychczasową partnerkę na model z rocznika 1992. Każdy bredzi coś o przemijaniu, a nawet największy warchoł zaczyna wtedy zastanawiać się co takiego w życiu osiągnął, do czego doszedł i co przed nim. Ja też mam zapędy na podwórkowego filozofa, więc doszedłem do wniosku, że ten newralgiczny okres najlepiej będzie spędzić daleko od Polski. Gdzieś gdzie człowiek nie ma czasu na metafizyczne dyrdymały, bo zastanawia się jak przeżyć, a nie jak żyć. Z drugiej strony, moja Ania obecnie jest dłuższym podróżom niechętna, więc pojawiła się perspektywa na samotny wyjazd w objęcia niezbadanego. Sam ze sobą. Trzydziestoletnim sobą.
Planów było kilka. Praktycznie od początku zdecydowanym faworytem był Iran. Ale odpadł. Zawsze chciałem zobaczyć, nawet z daleka Himalaje. Ale i z Nepalem dałem sobie spokój. Z chęcią zobaczyłbym i Laos i Kambodżę, ale chyba chwilowo mam przesyt Azji.
No to postanowiłem, że polecę do Kolumbii, ojczyzny Pablo Escobara, kokainy i kawy. Do kraju, który wynalazł i rozwinął do perfekcji porwania obcokrajowców i gdzie większość prowincji nadal jest w stanie wiecznej wojny z partyzantami. Gdzie można ciągle natknąć się na anakondy, piranie, a w dżungli nawet na dzikich indian.

Oczywiście Kolumbia przez ostatnie lata przeszła (ponoć) metamorfozę. Z kraju, do którego wyjazd byłby czystym szaleństwem stała się państwem, jak na standardy Ameryki Południowej, względnie spokojnym i dostatnim. Tyle że ile osób, tyle opinii. Jak to zawsze, jedni twierdzą, że owszem bezpiecznie, drudzy, że niekoniecznie, a trzeci dodają, że jak człowiek ma rozum to jest w stanie uniknąć wszelkich niebezpieczeństw. Do czego się przychylam. W końcu jakoś sobie poradziłem w Nowym Orleanie czy Port-of-Spain, więc i w Kolumbii dam radę. Nawet w czasach rządów karteli z Medellin, było to miejsce do którego turyści przyjeżdżali szukając przygód na słynnym szlaku Gringo. I niektórzy wracali nawet z tego cali i zdrowi.
Na planowanie jeszcze za wcześnie, na razie chowam przepłacone bilety głęboko do szuflady i skupiam się na innych rzeczach. Ale już teraz wiem, że 15 dni na miejscu to będzie za mało, by zobaczyć wszystko co warte uwagi.



