Koniec roku, czyli tradycyjna pora na podsumowania i refleksje. Jako że w grudniu już na pewno nigdzie nie wyjadę, można spokojnie dzielić skórę na tym niedźwiedziu.
Chociaż wydawało się, że będzie ciężko, to jednak udało się wyssać z urlopu niemal wszystko co możliwe. Niemal, bo najzabawniejsze jest to, że to nie koniec możliwości jakie dają te 26 dni wolnego. Kilka bowiem „zmarnowałem” na leczenie się z przeziębień, kaca albo załatwianie spraw urzędowych. W przyszłym roku nie zamierzam być tak rozrzutny w tej kwestii i chorować to będę wyłącznie na chorobowym. Załatwiać formalności również.
W roku 2010 udało się postawić stopę (a nawet stopy):
- w Rzymie
- w Wietnamie
- na Krecie
- w Uzbekistanie
- w Rydze na chwilę
- w Kopenhadze i Malme
- we Lwowie
- w Rydze ponownie
- w Tajlandii
Uff, sporo tego się uzbierało. To wizyty w 9 krajach. A nawet 10, bo i w Moskwie spędziło się nieco czasu. Łącznie 26 lotów, 81 godzin spędzonych w powietrzu i ponad 53 tysiące kilometrów „w nogach”. A do tego sporo więcej przemierzonych drogą lądową – pociągami, taksówkami wszelkiej maści oraz rozlicznymi autokarami. No i oczywiście, piechotą.
O ile rok wcześniej dominował kierunek zachodni, tym razem praktycznie zawsze udawaliśmy się na wschód od nas. No i najczęściej nie wybierałem się tam samotnie, bo Ania wiernie towarzyszyła mi w części wyjazdów. I przeszła sporą zmianę. Od nieboractwa które było blisko załamania gdy musiało spacerować po Rzymie, aż po osobę, która na własnych nogach przeszła pół Chinatown w Bangkoku i nawet tego nie zauważyła.
Co przyniesie przyszłość nie wiadomo. W pierwszym kwartale dwa wyjazdy, a potem to się zobaczy. Kilka pomysłów, jakby co, już mam. Wypada sobie życzyć żeby podróżniczo przyszły rok nie był gorszy od obecnego, o co będzie trudno ale z drugiej strony, wszystko jest możliwe...
