środa, 25 lutego 2009

16.02 Odloty.pl i powroty.pl

Odloty.pl i powroty.pl

16.02

Siedzę sobie na JFK i czekam na lot do Brukseli. Za mną jeszcze nieco nieco zwiedzania czy raczej łażenia po zachodniej części w której mieszkałem. Wpadłem do Central Parku żeby przez chwilę popatrzyć na „jeziorko” i pooddychać świeższym powietrzem. Zobaczyłem bryłę Muzeum Historii Naturalnej, dookoła znowu same małe, wrzeszczące człowieczki. Byłem też obok pomnika czy czegoś w ten deseń obok Hudson River – rzecz poświęcona marynarzom, byłem tam pierwszego dnia, więc i na pożegnanie wypadało zawitać.

Potem zabranie swoich bagażów ze skrytki – cwaniaki już nie przechowują za darmo ale każą sobie płacić za skrytki!!! Gdzie ta uczciwość, gdzie te europejskie hostele? Gdzie normy przyzwoitości?
Dojechanie na lotnisko okazało się nader trudne, zupełnie nieoczekiwanie. Najpierw pojechałem „3” zamiast „1” i nie wysiadłem na Columbus Circle, a tam zamierzałem się przesiąść do „A”. Penn Station nie jest dobrym miejscem na takie przesiadki, idzie się długgggooooo podziemnym korytarzem, a plecak się właśnie rozwalać zaczął, więc musiałem go nieść niemal w zębach. Zziajany dotarłem gdzie chciałem ale pojechałem w złą stronę – napisane było, że na Queens a JFK leży właśnie tam, więc naturalnie skojarzyłem, ale „zong”, jechał dokładnie odwrotnie. Więc wylądowałem chcąc czy nie chcąc na Columbus Circle, tak jak w sumie chciałem i napociłem się szukając odpowiedniego peronu skąd „A” jedzie Downtown i na Brooklyn (nieważne, że jedzie na Queens). Pociąg przyjechał po dłuższej chwili, bo inny zamknął mi drzwi przed nosem. Ten którym zacząłem jechać jechał w inne miejsce – skręcał nie tam gdzie trzeba, ale na szczęście w porę to wyczułem i wysiadłem. Znowu na Penn Station. Aaaaaa. Po chwili przyjechał kolejny pociąg i ten był już ok, chociaż oczywiście ciągle oczekiwałem pułapki, więc wartowałem z mapą w ręku. Dojechałem. Uff. Jeszcze tylko się okazało, że jednak za Air Tracka się płaci (coś nie pamiętam bym płacił coś ostatnim razem), dobrze że miałem ze sobą jeszcze jakąś kasę. Potem poszło już z płatka, siedzę na terminalu, obok swojego gejta i czekam na deparczure i bording ;). Było ciężko, plecak jakiś taki maksymalnie wypchany, a do tego jeszcze drugi mały plecak też całkiem swoje waży, gruba kurtka, jednym słowem mały dramacik. Dobrze, że wyszedłem bardzo wcześnie, inaczej jeszcze bym sie posrał, że nie zdążę. Kupiłem sobie Naszjonal Dżeografika i będę czytał, żeby nie zanudzić się doszczętnie.
Lot do Brukseli, więc znowu „zaliczę” kolejne miasto na swojej travelerskiej drodze.
A po tym ciężkim transporcie do JFK przez chwilę nie żałuję, że stąd wyjeżdżam, chociaż oczywiście jest czego żałować i w ogóle i w ogóle.
***

Lot minął spokojnie, chociaż siedziałem obok emerytowanego pilota belgijskich sił lotniczych (ach, te czapeczki które mówią wszystko o człowieku!) i ten nie za bardzo mi pasował jako pasażer. Lubię mieć dookoła siebie przestrzeń a i spacery po samolocie wtedy kiedy chcę a nie kiedy mogę. Poza tym bez historii.
Te zaczęły się w Brukseli. Wszystko wina miłej dziewczyny z obsługi lotniska (nie jestem rasistą więc nie powiem czym się, oprócz płci, ode mnie różniła), która skierowała mnie na zły terminal. Tam się dowiedziałem po pewnym czasie, że jestem w złym miejscu. Ale zanim to nastąpiło, nie mogłem się nadziwić, że na liście odlotów... nie ma Warszawy mojej!!! Lotnisko jest tak dziwne, że znalezienie drogi do innego terminalu wcale nie jest takie łatwe. Tabliczki pokazujące gdzie iść gdzieś się im zapodziały, zresztą kto by się spodziewał, że wąski korytarzyk to właśnie przejście??? Koniec końców, dotarłem tam gdzie powinienem. Lot do domu mijał mi w towarzystwie kilku/nastu europosłów. Gdyby ten samolot się rozbił, byłaby niezła żałoba narodowa :D
Po kilkunastu godzinach dotarłem i przygodę „Ameryka” można było uznać za rozdział zamknięty. Obiecałem sobie także, że pora „odpocząć” od podróżowania ale... ostatnimi czasy coraz częściej zerkam na ceny biletów i zastanawiam się gdzie to znowu by polecieć... Jest już chyba za późno na leczenie, jestem poważnie uzależniony :D

15.02 Ostatki amerykańskie i żal że trzeba wracać do „życia”

15.02

Ten dzień musiał nadejść – jutro wylot :-( Myślami wracam do pierwszych dni tutaj i wydaje się, że było to i dawno i niedawno temu. Figle, figle, figle.

Udało się zrealizować plan ale łatwo nie było. Metro którym mogłem dojechać na odległy kraniec miasta, nie jeździło, z nieznanego mi powodu. Koniec końców, z przesiadkami i po chyba godzinnej podróży trafiłem na Brighton Beach. Jeszcze w sobotę przechodząc obok Lincoln Center trafiłem w tłum ludzi wychodzących z baletu. Sami Rosjanie! Co do jednego na ulicy. W Brighton jest tak samo, to tzw. Mała Rosja, wszędzie cyrylica, mowa naszych sąsiadów i tępe słowiańskie twarze, które tak lubię. Kiedyś to ponoć było niezłe zadupie i enklawa przestępczości. To drugie się zmieniło, to pierwsze raczej nie. To raczej dziura, nie ma nic ciekawego, ale ale. Po pierwsze uno, zza budynków jeszcze w metrze prześwituje mi morze!!! A w sumie to nie morze a Ocean!!! Po drugie linia metra jest nadziemna i tak oto znalazłem kolejny widok rodem z filmu, czyli słynne stalowe wiadukty po których jeżdżą wagoniki, a pod którymi są jezdnie, skrzyżowania i toczy się normalne życie miasta. Scena pościgu z „Francuskiego Łącznika” się kłania, dokładnie ten sam styl zabudowy. Jest :-)

Morze jak morze. Świeciło słońce i chociaż było zimnooo, to pogoda mogła się podobać. Plaża szeroka, jak na fakt, że jest to plaża miejska – to nader czysta. Rosjanie nawet się kąpali... Widoki ładne, w tle statki, dalsze wyspy i daleki horyzont. W ten sposób po raz pierwszy zobaczyłem Ocean. Z atrakcji spaceru do Coney Island można wymienić nieczynne wesołe miasteczko, znowu znane z filmów (bodajże „Annie Hall” ale i inne). Dobry materiał na zdjęcia – stary diabelski młyn i inne urządzenia, dookoła pusto, odrapane mury, puste ulice. Niby Ameryka ale taka już mocno bez makijażu, brudnawo i śmierdzi starością. Wlazłem także na molo, na którym Rosjanie ambitnie łowili ryby.

Potem jeszcze chwilę pozachwycałem się wspomnianym metrem i wróciłem na Manhattan, gdzie udałem się na spacer po dolnej części Broadwayu. Dookoła same sklepy z ciuchami, dosyć tandetne jak na miejsce, spodziewałem się lepszego szyku raczej, ale... te ceny. Naprawdę jesteśmy jako Polska pariasem świata. Zarabiamy mało, a wszystko u nas drogie. Tutaj ludzie zarabiają więcej, a wiele rzeczy, w tym ciuchy mają za połowę i mniej tego co u nas. Dodajmy różnice w parytecie siły nabywczej nas i ich i wyjdzie nam, że u nas jest wszystko trzy i więcej razy droższe... Spodnie Levisa 501 za 25 dolarów, koszulki markowe za 10 dolarów, a jestem pewien, że w tym mieście kryje się wiele ciekawszych ofert. Potem obowiązkowo spacer po centrum finansowym, ostatni rzut oka na statuę, Wall Street, statek „peking” i... Wizyta (już druga dzisiaj) w największej księgarni NYC. Książki tak nowe jak i stare, ceny bardzo atrakcyjne (powieści Iana Fleminga za 5 dolarów – taka sama w Empiku kosztowała mnie 40 zł), a wybór taki, że onieśmiela za pierwszym podejściem. Kupiłbym ze sto ale musiałem zdecydować się na trzy, za które zapłaciłem łącznie 18 dolarów. W Polsce za to kupiłbym akurat jedną.
Podsumowanie? Co to podsumowywać. Wyjazd wspaniały i udany. Miasto olśniewające swoim blaskiem, ciekawe, nie pozwalające się nudzić. Wielkie ale jednocześnie złożone z dzielnic, różne ale koherentne, zorganizowane ale dające nieco swobody, bezpieczne, zielone. Z wad – pozbawione publicznych kibelków! Myślę, że jeszcze tydzień musiałbym tu spędzić by je poznać lepiej. Tak naprawdę, nie zobaczyłem prawie wcale Brooklynu, a i na Manhattanie jest wiele dziur – ledwo, ledwo znam Soho, Noho, Greenwich, Tribekę, zaś wcale np. Chelsea. Nie byłem na Upper East Side, w Central Parku byłem jeden raz. Wymieniać można dalej. Chociaż i tak zaliczyłem bardzo dużo, o czym świadczy niech fakt, że moje nogi to jedna wielka rana. Dzisiaj od 9:30 do 21:30 non-stop a przecież to była norma podczas tego wyjazdu.

Ludzie? Trochę dzicy. Trudno powiedzieć jak wygląda „nowojorczyk” bo miks ras jest tutaj naprawdę maksymalny. Lubią się ścigać – na pasach, mówią przepraszam ale i tak się wpychają pierwsi. Jeżeli ustąpisz jednemu to następna setka wejdzie przed Ciebie. Na światłach wyjdą na czerwonym, byle tylko zaoszczędzić pół sekundy na czekaniu na zmianę. W pewnym sensie władze się poddały – USA stają się powoli dwujęzyczne. Wielu mieszkańców używa dwóch języków równolegle, sam nie wiem czy więcej tu Latynosów czy murzynów czy może jednak białych. Mieszanka czasem przyprawia o ból głowy. Od setek lat nic się nie zmieniło, Ameryka wciąż przyciąga nowych obywateli z całego świata, tylko teraz, paradoksalnie, Ci nowi nie chcą się asymilować w tyglu. Pozostają sobą, trzymają się swoich, ciekawe czym to się skończy. Acha, no i najważniejsza cecha wspólna każdemu. Jakieś 80% osób jakie widziałem non-stop gada przez telefon. A mi właśnie mija drugi tydzień odkąd używałem swojego :-)

14.02 Ganianie po zakupach czyli ostatki

Ganianie po zakupach czyli ostatki

14.02

Nieuchronność końca mojej amerykańskiej przygody do mnie dociera z siłą młota pneumatycznego, wbija mi się do czaszki i zasmuca coraz bardziej. Jutro o tej porze pewnie będę płakał nad klawiaturą :((((

Dzisiaj rano w końcu wybrałem się zobaczyć z bliska statuę wolności – do tej pory, podziwiałem ją z brzegu Manhattanu tudzież Brooklynu. Wyprawa, jak ostrzegają przewodniki, może być all-day-long, nie ze względu na dystans (20 minut promem), ale ze względu na a) popularność tego miejsca i związane z nim b) mega tłumy oraz c) względy bezpieczeństwa, które każą przechodzić kontrolę taką jak na lotnisku!
Mnie się jednak udało sprawnie wszystko przeprowadzić, głównie dlatego, że bilet miałem w ręku tuż po 10-tej, kiedy turyści jeszcze smacznie spali. A ja już byłem w blokach, gotowy do startu.
Sama Liberty Island niewielka ale warta uwagi z dwóch względów. Po pierwsze, sama statua robi wrażenie, a pomyśleć jakie musiała robić na przybyszach sto lat temu. To musiał być dla nich szok i prawdziwa reklama potęgi Ameryki – w sumie o to chodziło. Po drugie, z wyspy jest świetny widok na Manhattan i zgrupowanie wieżowców. No a po trzecie (a miały być dwa tylko...), wyspa to wyspa, a nie ma takiej wyspy dookoła której nie byłoby wody. A ja wodę lubię. Statuę podziwiałem z zewnątrz, można co prawda wejść na taras widokowy ale znowu trzeba przejść kontrolę osobistą, a jako że miałem ich już sporo, dałem sobie z kolejną spokój. Wolałem się pozachwycać widokami na dole. Dodajmy, że c) względy bezpieczeństwa, nie pozwalają wspiąć się na szczyt Statui, więc tym bardziej nie warto się w ogóle tam ruszać.

Po Liberty Island można popłynąć na Ellis Island i oczywiście zawitałem tamże również. Ellis znana jest z tego, że to tam właśnie był słynny punkt zgrupowania imigrantów przypływających ze świata i to tam zaczynała się ich przygoda z nową ojczyzną. Niemal każda filmowa epopeja gangsterska zaczyna się od motywu ojca – założyciela rodziny, który tam przybywa, a po dwudziestu minutach jest już na usługach jakiegoś podrzędnego mafiozo, by po godzinie dorobić się pierwszej małej fortuny. Takie prawa filmu. Obecnie na wyspie mieści się muzeum poświęcone imigracji do USA via Ellis. Wszystko to w historycznym budynku, który służył tym celom do lat 50-tych XX wieku. Muzeum jak to muzeum, niby ciekawe i dobrze zrobione ale mnie to jakoś jednak nudzi zawsze po chwili. Były ciekawe zdjęcia i sporo interesujących informacji, materiałów z tzw. przeszłości i z przeszłością. Bardzo wiele związanych z Polakami – plakaty kierowane do Polonii, gazetki, zdjęcia polonusów, pamiątki jakie przywozili z ziem polskich do nowego kraju, wspomnienia nagrane na audio etc etc. Miło było to zobaczyć.

Z wyprawy wróciłbym nawet sprawnie gdyby nie to, że świadomie wsiadłem do złego promu, który zawiózł mnie znowu na Liberty, a dopiero potem przez Ellis do NYC. No ale się przynajmniej więcej pohuśtałem po falach.
Potem przyszła pora na zakupy, które mnie doszczętnie wykończyły. Dodam, że wszystko co kupiłem, tak naprawdę nie jest dla mnie a kosztowało mnie mnóstwo wysiłku.
Cygara – kupowane w naprawdę super sklepie na 5th Avenue. Sklep warty odwiedzenia, specjalne urządzenia palą tam tytoń i nasycają dymem powietrze!!! Super sprawa. Do tego dosłownie tysiące rodzajów cygar na półkach, w takim miejscu można się naprawdę wkręcić w tą sprawę. Można – gdyby nie fakt ile to kosztuje, a kosztuje fortunę... Już mnie korciło żeby i sobie coś kupić, ale na szczęście mnie nie stać i pokusa sama zdechła.
Potem przyszła pora na perfumy i kremy – aaaaa. Tych drugich nigdzie nie było, dostałem je dopiero, przypadkowo trafiając do Macy’s, wielkiego malla poświęconego tylko kosmetykom i drogim ubraniom. Tam się z kolei dwadzieścia razy gubiłem. Ile się naszukałem tego gówna w innych sklepach, to wiem tylko ja. Nogi mi w dupę wlazły, a tą drugą to w nagrodę chyba powinienem posmarować właśnie tymi kremami!!!
Z perfumami też było ciężko, bo zapomniałem jak się nazywają. Ale siłą woli i strachem przed konsekwencjami jakoś sobie skojarzyłem. Trafiłem pół przytomny do sklepu, zapytałem się a ambitny sprzedawca hindus zadzwonił do magika i powiedział, że za 20 minut będzie miał. No i miał. Ufff.
Dla siebie szukałem jakiejś ciekawej i taniej książki o NYC, ale nie znalazłem nic godnego uwagi niestety. Jak zawsze, moje potrzeby są na końcu zaspokajane. Jak zawsze, bo naprawdę ciężko mi przechodzi kupowanie gówna, a powiedzmy sobie szczerze, że wszelkie suweniry wszędzie (poza Nowym Orleanem!!!) są mega gównem, są zrobione z gówna, jak się zepsują to idą na gówno, tylko kosztuje nie gównanie pieniądze, a prawdziwe. A na dodatek są robione w Chinach.
No i tak minął przedostatni pełny dzień w Nowym Jorku, znowu przeciskałem się wieczorem przez Times Square i okolice, naprawdę nie wiem czemu tam zawsze trafiam. W sumie to wiem – to po drodze do domu, a jutro coś jeszcze będę musiał kupić i znowu tam pewnie zawitam po raz n-ty... Błeee, już tym rzygam.
Co do planów for tomorrow, to ambitnie chce pojechać na Coney Island i Brighton Beach. To mi pewnie sporo zajmie więc nie wiem co jeszcze, na pewno Wall Street na pożegnanie, dzisiaj wybrałem się jeszcze do Muzeum Historii Naturalnej czy jak tam to się nazywa, ale te tłumy wybiły mi z głowy cokolwiek... Cofnąłem się na pięcie i do widzenia.
Acha, dzisiaj walentynki, w sumie jakiegoś podniosłego klimatu tu nie ma, na ulicach dużo kwiatów, jakieś pary, ale bardzo dużo dziewcząt samotnie chodzi w kobiecych watahach :-) Zupełnie jak wilki. Sklepy oczywiście mają wszystko pod to święto, pewnie nawet mięso można dziś kupić w serduszka. Co do jedzenia to kupiłem sobie KOSZERNĄ MORTADELĘ która zaśmierdziała mi cały pokój. W ogóle tyle mortadeli co tutaj to się nigdy nie najadłem :-)

No cóż, jutro chce rano wstać, żeby się długo cieszyć ostatnim pełnym dniem w tym pięknym mieście i kraju, więc kończę. Wszystko się kończy, a to co piękne kończy się najszybciej, chociaż z drugiej strony, jak pomyślę o tym co robiłem tydzień temu, to wydaje mi się, że to było dekadę temu. Natłok wrażeń zmienia perspektywy czasowe w dziwnych kierunkach, często sobie sprzecznych, a za jakiś czas wrócę do nijakości i mechaniczności, to wtedy tygodnie będą mijały jeden za drugim. Tylko że bez celu bo ta wyprawa mnie wyprała z pieniążków na dobre i kolejna wyprawa to będzie co najwyżej na Mokotów ;-(((

13.02 Ile czasu byłem w Chicago czyli piątek 13-tego

Ile czasu byłem w Chicago czyli piątek 13-tego

13.02

Uff.
Po wielu, wielu godzinach dosyć znojnej podróży, jestem w NYC znowu. Nowy hostel nieco chyba słabszy od poprzedniego, chociaż w wielu punktach lepszy. Jest nieco bliżej centrum, ale nie ma w pokoju telewizora :-(. Jest czysta łazienka ale nie ma w pokoju umywalki. Pokój mniejszy ale troszkę bardziej schludny :-) I tak dalej i tak dalej. Nieważne!
Podróż była dosyć znojna, jej ostatni etap czyli wędrówka do West Side z dwoma ciężkimi jak cholera plecakami to swoiste epitafium. Oba loty minęły w miarę ok, chociaż do Chicago nami mocno rzucało, a potem się długo opóźniliśmy i wylądowałem z godzinnym opóźnieniem. No ale zobaczyłem Wietrzne Miasto!!! Co prawda z daleka ale panorama centrum ładna – no same wieżowce, a pod nami podczas podejścia, domki raczej słabej jakości ale to oczywiste. Nie wyszedłem z samolotu podczas przerwy „technicznej” jak to ładnie nazwała flysiesta, więc ogółem spędziłem w nim dużo czasu. Nieco za dużo nawet. Lądowanie na LaGuardii to już inna bajka. Podejście i jego trasa to jedno wielkie wow!!! Niski przelot nad wieżowcami, nad Brooklynem, tego nie da się opisać, podczas wąskich skrętów miałem wrażenie, że zahaczymy skrzydłem o któryś z budynków. Lecieliśmy nisko i dosyć długo nad miastem, można było zobaczyć ludzi na ulicach i samochody. A do tego, oczywiście wielkie wrażenie czyli miasto świateł ciągnące się po horyzont, tym razem już nie z dupy strony!!! Powinni sprzedawać lądowania na LGA jako atrakcję turystyczną. Tak czy owak, moja zabawa w Big Easy się skończyła i pora na powrót do NYC, a za chwilę powrót do Polski – ale o tym się staram nie myśleć. Naprawdę, to niesamowite, że człowiek tak szybko się przestawia i zapomina o tym co robił ledwie ponad tydzień temu!!! Pisałem o tym wiele razy ale to naprawdę niesamowite i dziwne, jak jest skonstruowana nasza świadomość i pamięć. Z obecnej perspektywy pokoju hotelowego, cała wyprawa do NO wydaje się ledwie chwilą i... hmmm, czuje się jakbym się z NYC ruszył na pół dnia a nie na trzy doby. Figle :P
Idę na miasto, kupić coś do jedzenia i znowu pooddychać wielkomiejskim powietrzem, bez planu, bo na realizowanie planów przyjdzie pora jutro.
***
Pospacerowałem po mieście – jak zawsze solidnie i ku mojemu zdziwieniu odkryłem wiele ciekawych sklepów tuż obok mojego lokum. Niby chodzę tą ścieżką „od dawna”, a dopiero teraz zobaczyłem więcej. Cóż, podróże wyostrzają zmysły ...

12.02 Śladami Marka Twaina

Śladami Marka Twaina

12.02

Kolejny ciężki dzień już jakby za mną. Ostatni w Nowym Orleanie, jutro rano wracam do NYC. Dziwne ale jestem tu ledwie trzeci dzień, a już zapomniałem, że niedawno przecież byłem w Big Apple. Podczas urlopowych wypraw pamięć i świadomość płata mi niezwykłe figle. Jestem tak wykasowany i zrelaksowany, że w końcu żyję chwilą, tym co jest teraz. Nic dziwnego więc, że wszystko co miało miejsce choćby wczoraj, jawi się mi jako mglista przeszłość.

Długo zastanawiałem się nad wspólnym mianownikiem którym można zdefiniować wszystko to co czuję w temacie tego miasta. Długo to zajęło ale już mam – chodzi mi oczywiście o to, że tu czuć kolonialny klimat. Są bogaci biali i biedni kolorowi, architektura miasta z jednej strony łączy kreolskie wpływy z „białym’ biznes center, no i ten wszechobecny kult voodoo, którym jestem jakby nieco zafascynowany. To przednówek Karaibów i pokaz jak wyglądał świat jeszcze kilka dekad temu gdy na świecie były jakiekolwiek sensowne kolonie. Ech :-)

Dzisiaj udałem się na wycieczkę parowcem. Na pokładzie byłem jednym z nielicznych tak młodych osób – dominowali raczej emeryci, jednym z nielicznych młodych i szczupłych – nigdy nie widziałem tylu grubasów jednocześnie, jednym z nielicznych europejczyków – dosłownie wszyscy inni bowiem pochodzili z USA. Dodam, że w ogóle w NO baaardzo rzadko słyszy i widzi się turystów spoza Stanów. Ani razu nie usłyszałem polskiego – a przypominam sobie, że nawet w Ajutti mi się zdarzyło napotykać „naszych”. Zaczynające się właśnie Mardi Gras to zdecydowanie atrakcja „wewnętrzna” USA. Co do osób na pokładzie parowca. Amerykanie mają ten swoisty lokalny patriotyzm, chwalą się tym skąd pochodzą, obnoszą się z tym na ubraniach. Można więc łatwo zobaczyć skąd są. Alabama, Yuta w Arizonie, Teksas, Michigan, Minnesota – miałem przekrój całego kraju. Oczywiście dominują debilne spojrzenia, wyszczerzone zęby i tępy poziom rozmów. To naprawdę kraj debili. Wiem, wiem, że są tu najlepsze uczelnie świata, że mają najwięcej noblistów, że inwestują najwięcej w rozwój nauki. Ale wierzcie mi, że żadnego noblisty na ulicy nie spotkacie, natkniecie się za to na tabuny tępych, otyłych i prostych autochtonów, którzy nie mają podstawowej wiedzy na temat świata.

No ale wracając do statku. Rewelacja to nie była, obecność amerykanów nieco dawała się we znaki, czułem się otoczony przez głupotę która z zazdrością zerkała na mój wypełniony wiedzą umysł :-). Missisipi może i jest wielką rzeką ale w tej części nie należy do ładnych, na brzegach znajdują się głównie części portu, stocznie, miejsca przeładunkowe albo bazy marynarki wojennej. Żadnych pięknych okazów przyrody tu nie znajdziemy, chociaż czuć potęgę rzeki, jest naprawdę szeroka. Sam statek ładny ale też bez rewelacji, nie był to Titanic, wystrój utrzymany, ale bogactwa tam wielkiego nie było. Oczywiście, parowiec prawdziwy, pływał w XIX wieku regularnie.
Przed i po tym wydarzeniu udałem się na małe buszowanie po sklepach. Jak już pisałem, można tu znaleźć naprawdę multum różności, pamiątki bywają tandetne ale jest sporo naprawdę świetnych rzeczy. Pod tym względem NO ma sporego plusa. Zawitałem np. do sklepu voodoo zlokalizowanego w małym drewnianym domku na bodaj Bourbon Street. Na zewnątrz biednie, w środku zaś – dziwnieeeee. Nawet sprzedawczyni była niezłym freakiem, a co do zawartości to... Ech, wszystko, jakieś kulki na czary, zaczarowana biżuteria z amazonii, olejki, karty, kości, mumifikowane paszcze małych krokodyli, zęby, figurki voodoo, małe trumienki etc etc. Repertuar niesamowity, klimat jeszcze bardziej. Trochę jako przeciwwagę do tego świetnego miejsca, byłem też w Voodoo Marcie, czyli dosłownie supermarkecie z rzeczami związanymi z tym kultem. Czego to ludzie nie wymyślą?
Jak zawsze, mam/miałem też ulubione miejsce w całym mieście, gdzie lubie przychodzić najbardziej. Mi się podobało na Jackson Square, gdzie jest świetny widok na St Louis Cathedra, jest blisko do brzegu rzeki a jednocześnie jesteśmy w sercu Francuskiej Dzielnicy. Jest tam malutka uliczka nazywająca się Pirates Alley, gdzie chyba najbardziej lubiłem się zaszywać. Cisza i spokój, a do tego dobry widok na katedrę. Tylko dzisiaj byłem tam chyba z pięć – sześć razy.

Jutro pora wyjeżdzać, wracać do NYC, a już niedługo, buuuu, pora do pracy i koniec z moim urlopem. Niestety, dobre tak szybko się kończy. Chociaż jak to się mawia przecież, w podróżowaniu najpiękniejszy jest powrót do domu. Może i racja. Jestem w USA dosłownie tydzień, przyleciałem w czwartkowy wieczór, dzisiaj też jest czwartek, a czuję się jakby to było wieki temu. I dawno i tak niedawno. A ile fajnych rzeczy przez ten czas się wydarzyło, ech, ech, ech.

11.02 Wampiryczny posmak Nowego Orleanu

11.02

Wampiryczny posmak Nowego Orleanu

Dzisiaj było nader pracowicie. Wyszedłem z domu po 9-tej, powróciłem koło 19-tej, będąc cały czas w turystycznym transie.

Rano zwiedziłem Garden District. Tak jak wcześniej pisałem, właśnie w tej dzielnicy mieszkam i tak jak też pisałem, słynie ona z pięknych domów zbudowanych w iście południowym stylu. Zorganizowałem sobie wycieczkę zgodnie z przewodnikiem i kolejny raz się opłaciło bo zobaczyłem kilka domów, których znaczenie, bez tego rozwiązania, by mi umknęło. Po kolei. To okolica historycznie zamieszkała przez „amerykanów”, którzy osiedlali się tutaj po przeprowadzce z północnego wschodu. Dopowiedzieć można, że robili to nie tylko dla klimatu ale i dla lepszego doglądania swojego biznesu, więc stawiane przez ich domostwa do tych skromnych nie należały.

Ich styl to coś co nazywam roboczo „amerykańską plantacją bawełny”, czyli piękne piętrowe fasady z balustradami, kolumnami i oknami na całą wysokość piętra (albo niewiele mniejszymi). Przed drzwiami takich domostw zawsze jest miejsce na mały tarasik na którym często po dziś dzień stoi bujany fotel (używany pewnie i w obecnych szalonych czasach). Co ważne, nawet jeżeli stawiane były nowe budynki, cała zabudowa okolicy nawiązywała do klasycznych rozwiązań z połowy XIX wieku, co sprawia, że Garden District jest koherentne i bardzo sympatycznie wygląda. Mi udało się znaleźć np. dom w którym mieszkała Anne Rice i to doprowadziło mnie także do tytułowych refleksji, o których może później.
Potem udałem się zabytkowym tramwajem znowu do French Quarter, które zwiedziłem dzisiaj BARDZO pieczołowicie. Jestem także winny przeprosin – Charles Avenue, może czasami nie zachwyca ale w dalszej części ulicy jest to naprawdę ładne miejsce i nie dziwię się pochwałom jakie zbiera od innych.
Co do dzielnicy francuskiej to złaziłem ją dziś niezwykle dokładnie, i to niejeden raz. Totalnie mnie zachwyciła, klimat trudno porównać do czegoś innego co znam i widziałem wcześniej. Dużo tu galerii sztuki, antykwariatów, jubilerów (o dziwnie żydowskich nazwiskach), sklepów z popierdułkami i dziwnych miejsc które starają się wyssać nieco kasy ze zjawiska voodoo. W przewodniku znalazłem nawet... adres świątyni voodoo połączonej z małym mistycznym sklepikiem. Trafiłem na miejsce ale nie wszedłem do środka, nie ze strachu, chociaż ciemne okna z wystawionymi „dziwnościami” i informacja na drzwiach, w której lokalna kapłanka prosiła o zachowanie pewnych zasad, sprawiały wrażenie cokolwiek tajemnicze... Odpracowałem także starannie lokalizację miejsc związanych z duchami – tych jest tu sporo a podobno najlepsze wrażenie robią nocą.

Zobaczyłem także Missisipi. W tym miejscu rzeka nie robi wielkiego wrażenia, jest co prawda szeroka i wielka, ale piękna to już mniej. Jest także wybetonowana, co dodatkowo pozbawia ją uroku. Jutro, jak się uda, popłynę sobie parowcem na małą wycieczkę.
Bo szczerze powiedziawszy, zobaczyłem tu już chyba wszystko albo prawie wszystko, co jest warte uwagi. Zobaczę jeszcze na pewno centrum biznesowe miasta, bo można tam znaleźć ciekawe perełki, np. dawną siedzibę United Fruit Company, czyli firmy która monopolizowała rynek banana przez wiele wiele lat, chociaż... widziałem ten budynek już wczoraj. Miasto nie jest wielkie i jeżeli ma się chęci można je w ciągu dwóch dni zwiedzić prawie w całości. Oczywiście, ja jestem tu wyjątkiem, bo chyba jako jedyny siedzę o godzinie 20:00 w domu, a nie szykuję się na nocne chlanie na mieście. Ale takie rozrywki to nie dla mnie – samemu chyba po tym mieście wieczorem nie chce chodzić a dlaczegoż to?
Ano, jest tu co prawda bezpiecznie, tzn. póki co, odpukać, nic się złego nie stało. Widać jednak, że to miasto podwyższonego ryzyka, policyjne samochody przemykają po ulicach bardzo często i na pewno nie robią tego z nudów, a raczej z potrzeby dyktowanej doświadczeniem. W ciągu dnia, na ulicy nie ma za wiele „elementu” ale im później, tym częściej się takowy pojawia. Nie muszę dodawać, że element ma pewien typowy kolor skóry. Kilka razy mnie nawet zaczepiono, chociaż trudno to określić jako jakiekolwiek zagrożenie. Tym niejmniej, gdy dzisiaj zapuściłem się za daleko na Canal Street i zdałem sobie sprawę, że dawno nie widziałem żadnej białej twarzy, powiedziałem sobie, że pora skręcić znowu w białą stronę...
W pewien sposób łączy się to z moim przemyśleniem tytułowym. Nowy Orlean dzieli się na dwie zadziwiające części, które łączą tylko dwie rzeczy: są obok siebie geograficznie i obie są skąpane w grzechach. Czarni mieszkają raczej daleko od centrum na przedmieściach, które królują w statystykach kryminalnych. Huragan Katrina to je najbardziej zniszczył, powodując, że ich deprawacja jeszcze się nasiliła. Czarnych w centrum jest mniej niż białych, przynajmniej takie wrażenie odniosłem. Ci drudzy zaś są standardowo bardzo bogaci (vide Garden District), a zarabiają albo na dogadzaniu ludzkiej próżności (rozrywka tutaj wyszukana nie jest) albo na pomnażaniu majątku którego pochodzenie sięga wprost do epoki niewolnictwa (powiedzmy, że mówimy o jakimkolwiek handlu).

Spacerując po okolicach mojego hostelu, zdałem sobie sprawę, że wcale mnie dziwi, że to tutaj powstały opowieści Anne Rice. To miejsce jest naprawdę wampiryczne, skąpane w dawnych i obecnych grzechach, nieco duszne, nie tylko od klimatu, spokojne i zasobne, mimo iż całkiem niedaleko stąd panuje bieda i wielka przestępczość, nie mówiąc już o tym, że blisko stąd ciągle są dzielnice zniszczone przez huragan, a ludzie tutaj mają to gdzieś (mniej lub bardziej). To taki typ miasta, że człowiek jest w stanie uwierzyć w to, że jego mieszkańcy po północy zamieniają się w wampiry i wysysają krew z turystów których przyciągają tutaj pokusą łatwego grzechu ;). Grrr, będę musiał jeszcze raz zobaczyć „Wywiad z Wampirem” kiedy wrócę.

To chyba tyle. Jako ciekawostkę dodam, że podczas mojej kąpieli rozegrała się tutaj prawdziwa bijatyka. Ktoś kogoś uderzył dla żartu w twarz, ale „ofiara”, koleś o posturze lekko tępego marines, odebrał to jako poważną zniewagę i zaczął się lekki dym. Chwalił się, że powalił dwóch – ale to tylko dlatego, że mnie oczywiście przy tym nie było. Wtedy być może powaliłby aż trzech, hahhahahaha. Cóż, luizjańskie chłopaki mają fantazję. No i akcent – a już myślałem, że nie usłyszę nikogo kto mówi jak Sgt Pepper z „Live and Let Die”. Tu mówi tak nawet murzyńskie dziecko płci żeńskiej.

A co do lokum – jest tu chyba zbyt easy atmosfera, nie wiem kto jest kto, kręci się tu setka osób, nawet już nie wiem kto jest właścicielem a kto nie :/. Amarinn Inn było najlepsze, przynajmniej tam była jakaś doza prywatności, a tutaj panuje jakaś jebana komuna, nieznoszę tego. Oczekuje od hotelu/hostelu, że zapewni mi prywatność a tutaj to jakoś jej nie widzę...

SS

10.02 Big Easy

Big Easy

10.02

Jestem – jestem w Nowym Orleanie!!! Na razie powiem tak: mieszkam w ciekawym i co to ukrywać, dużo milszym miejscu niż w NYC. Z zewnątrz wydaje się, że dom jest mały ale w środku to niemal pałac. Mam fajny pokój, baaardzo czysty, do tego jest kuchnia super urządzona, dwie łazienki i coś w rodzaju patio, lobby czy jak tam nazwać – miejsce do leniuchowania na świeżym powietrzu. W ogóle wszędzie jest tak czysto, że szok, po brudzie NYC czuje się jak w niebie.

Miasto na razie poznałem jedynie z okna taksówki (30 dolarów ale nie chciało mi się męczyć z bagażami, tym bardziej, że padał sobie właśnie deszcz). Jest ciepło, nieco dusznawo, mimo iż nie gorąco, więc znak, że jesteśmy na prawdziwym południu, yeaah. Odpczywam chwilę i wyruszam w miasto, tym bardziej, że właściciele byli tak mili, że już o 10-tej mnie check’ingowali do pokoju.
Mam nadzieję, że będzie fajnie, chociaż przed oczami mam Nowy Orlean, miasto dużej przestępczości i mnie to nieco mrozi :-)

Z ciekawostek dodam w jaki sposób zostałem potraktowany rano na lotnisku LaGuardia. Jak? Niemal jak bandyta. Jako obywatel UE przeszedłem bez kolejki do kontroli bagażu. Nie był to jednak akt kurtuazji a poniżenia. Na widok mojego paszportu koleś powiedział do innego „we have secondary here”, kazał mi iść za drugim, a ten drugi przekazał mnie w ręce „tej trzeciej”, czyli pani (która zresztą przekazała mnie w ręce czwartej osoby, aaaaa!!!). Swoje rzeczy wyjmowałem do specjalnego pojemnika, większego od innych. Musiałem zdjąć buty – ale nie tylko ja, więc jest ok. Jako jedyny jednak przeszedłem kontrolę osobistą i to dokładną. Moje rzeczy były sprawdzane szczegółowiej od innych, mimo iż „nie piszczały”. Musiałem stać oddzielnie i czekać aż mi pozwolą podejść do stanowiska – taka segregacja. Poczułem się nieco poniżony, nie powiem... No ale cóż, tak się traktuje w USA sojusznika...
Chwila odpoczynku i pora na wypad na miasto, bye bye!!!
***
Dzień nie był zbyt intensywny w moim wykonaniu, zmęczenie dało o sobie znać. Żeby być na lotnisku rano trzeba było baardzo wcześnie wstać. Kolejny raz potwierdza się zasada, że planowanie podróży przed komputerem w domu, z herbatką i mapą w dłoni, to jedno, a wykonanie takiego planu to drugie :-).
Nowy Orlean jest nieco dziwnym miastem. Z jednej strony ciągle mam na uwadze, że to eldorado dla przestępców, z drugiej jest tu naprawdę wielu białych, z czego naprawdę wielu wydaje się nieprzyzwoicie bogatych. Mieszkam w ich dzielnicy, Garden District jednak zobaczę dopiero dzisiaj. To co wczoraj udało się liznąć to eklektyczny miks bogactwa z biedą... Z jednej strony piękne domy w stylu luizjańskim, z pięknymi fasadami, a z drugiej rudery i baraki. Dzielnica jednak podobno warta zwiedzenia, więc niebawem się udam by to sprawdzić samemu.

Wczoraj zaś udałem się na Charles Avenue i powędrowałem do French Quarter on my foot. Ta pierwsza ulica nieco rozczarowała! Jeździ po niej co prawda linia zabytkowego tramwaju i to jest plus, ale sama okolica jakoś niespecjalnie przystaje do tej „zabytkowości” pojazdu. Jakieś domki, jakieś restauracje, zabudowa raczej niska i taka powiedzmy „pchlarska”, nic specjalnego. Przypomina nieco centrum Piaseczna, a to nie jest dobra rekomendacja :D. Potem tramwaj wjeżdża w centrum miasta, to nowoczesne, by skręcić w Canal Street. Ta ostatnia to już coś innego. Słynne zdjęcia klasycznych kamienic, palm i ulicy z klasycznym tramwajem, są właśnie tam robione. Może i musi się podobać! French Quarter zaś to jeszcze inna bajka.

Powiedzmy sobie szczerze dwie rzeczy: nigdzie w USA, a pewnie i na świecie, nie zobaczymy takiej dzielnicy, takiej zabudowy i takiego klimatu. A numer dwa? A numer dwa, niestety, dzielnica się starzeje a remontów nie widać coś. Nie jest to jakaś szczególna wada, takie leciutkie zapuszczenie jedynie dodaje uroku. Miejsce jest naprawdę super – domy z balkonami, wymyślne szyldy i nazwy wyszynków, sklepy z pamiątkami voodoo, piękne zdobienia balustrad etc etc. Ja robiłem zdjęcia co 10 kroków, a co 2 chciałem, gdyby nie lenistwo. Dzisiaj też tam na pewno zawitam, bo miejsce jedynie liznąłem przez szybę, a przynajmniej takie mam wrażenie.
Pogoda w NO gnuśna – jest ciepło, dzisiaj będę chodził jeno w podkoszulku, ale często kropi, a czasem lunie z nieba porządnie. Jest, jak już pisałem, nieco duszno i myślę sobie, gdyby w Bangkoku kiedykolwiek było tak z 18-19 stopni w dzień, to pewnie by to wyglądało podobnie. Fajnie jednak po 3 godzinach lotu z NYC znaleźć się w innym zupełnie klimacie!

Na koniec dnia, chociaż było wcześnie, udałem się do D-Day Museum, chyba największego tego typu miejsca na świecie. To w NO produkowano łodzie desantowe i lokalizacja zbiorów jest swoistym podziękowaniem. Jest co oglądać, dla miłośników militariów to nie lada gratka, ale i dla pozostałych ciekawy kąsek. Oczywiście! To muzeum DLA AMERYKANÓW więc wszystko jest nieco uproszczone i nastawione na ich mniejsze móżdżki (żeby nie było, że przesadzam, w tym muzeum właśnie byłem świadkiem takiej rozmowy: babka do dziadka rzecze, że ta wojna to było istne szaleństwo i że, wyobraź sobie, nawet włosi dali się w to wszystko wciągnąć i to po stronie tych złych, uwierzysz?). Zbiory są spore, do tego super zdjęcia, niektóre to naprawdę dzieła sztuki, aż dziw, że ktoś w desantowej pożodze miał odwagę je w ogóle robić! Do tego multimedia – filmy, relacje, dokumenty, wspomnienia weteranów. A tak poza tym, mimo iż mowa jest głównie o Normandii, to określenie D-Day odnosi się do wszelkich desantów więc każde lądowanie na pacyficznej wysepce jest też odnotowane. Nie powiem, i ja się dowiedziałem kilku nowych dla mnie rzeczy, szczególnie nowych, że raczej nie patrzymy na II WŚ przez pryzmat amerykanów i nic nie wiemy tak naprawdę o ich życiu w latach 1941-1945.

Po tym wszystkim bardzo mocno zmęczony udałem się na małe zakupy (gdzie okazało się, że TAKA SAMA mortadela !!! kosztuje tutaj jednego dolara, a w NYC nawet 4 !!! Argh!!!) i do domu. Wyszedłem jeszcze na moment ale pomny, że wieczorem samotnie się chodzić nie powinno szybko wróciłem do domu i poszedłem spać. Bo taki byłem zmęczony :-)
SS

09.02 Brooklyńska wyprawa

Brooklyńska wyprawa

09.02

Za kilka-naście godzin będę już w Nowym Orleanie – w sumie się cieszę na zmianę, chociaż oczywiście nie można powiedzieć, że NYC mnie znudziło. To niemożliwe :-) Chociaż do obejrzenia zostało jeszcze dużo rzeczy, część być może uda się oblecieć jak wrócę tutaj na weekend, a reszta... reszta uznajmy, że nie była warta.

Dzisiaj rano udałem się na Brooklyn. Zajmuje on powierzchnię chyba większą od Manhattanu a dla przeciętnego turysty jest znany słabo. Przewodniki mówią „wrong” i zachwalają jego walory. Ja jednak liznąłem dzielnicę ledwo, ledwo, na resztę może jeszcze przyjdzie pora, chociaż nie jest to dla mnie żaden priorytet. Brooklyn jest mocno reklamowany ale to chyba takie „cozy” miejsce, gdzie koniecznie trzeba się pokazać, jeśli tylko jest się artystą, pedałem, lanserem albo modnisiem albo najlepiej wszystkim razem po trochu. Ja połaziłem sobie po nabrzeżu, gdzie znajdują się spokojne i ładne domy (powiedzmy sobie szczerze, takie mniej więcej jak w Greenwich albo gdzie indziej), ale największą atrakcją jest olśniewający widok na Manhattan i most brooklyński.

Panorama – magiaaaaa, chociaż widoczny jest tylko pierwszy rzut skyscrapperów, a cały tłok zabudowy kryje się przed naszymi oczami. Nad wyspą co jakiś czas przelatują helikoptery, wieje wiatr, czuć morską woń oceanu, nie trzeba więcej do szczęścia.

W końcu zobaczyłem też w pełni statuę wolności. Nie wspominałem o tym wcześniej ale położona jest dosyć daleko od miasta – a można powiedzieć, że „na filmach wyglądało to zupełnie inaczej”.

Potem przyszła pora na transfer na główną wyspę, czyli spacer po Brooklyn Bridge. Most jak most ale widoki niepowtarzalne. Nie ma to jednak jak ten Manhattan.
Popołudniu w końcu „zaliczyłem” w pełni Central Park. Niby mieszkam blisko niego a nigdy nie było na to czasu. Pewnie lepiej wszystko wygląda jak jest zielono ale ale tak się składa, że ten park kojarzę z filmów from USA, a jakoś w większości z nich była jesień więc szare i bure kolory wydają się pasować szczególnie do tego miejsca. Obszar duży, a park jak to park, kryje w sobie kilka ciekawych miejsc, np. jezioro Jacklyn Onassis – jestem pewien, że to dookoła niego biegał Hoffmann w „Marathon Man” a jest naprawdę niemałe, pseudo pałacyk nazywający się Belvedere, szwedzką chatę (nie wiem skąd i po co ale ok) i wiele innych rzeczy które można znaleźć w innych parkach: górki, łąki (w tym ta przesłynna sheeps meadow leżąca niemal u stóp wymienianych tutaj co chwila wieżowców!), mini muszle koncertowe, barierki, no i wodę (pokrytą tutaj lodem). Są też małe tunele-przejścia, zupełnie takie jak z „Nighthawka” ze Stallone :-). Niby nic ogromnie wielkiego ale i tak spędziłem tam sporo czasu i się podobało.

Na koniec dnia postanowiłem, że znowu wpadnę na Wall Street i okolice – wcześniej pisałem o tym, że nie mam ulubionego miejsca, więc uznajmy, że już je mam. Lubię te okolice, nie dlatego, że to centrum dowodzenia (ostatnio centrum psucia raczej) światem, ale dlatego, że kryje ono w sobie wiele niespodzianek, których nie spodziewasz się na pierwszy rzut oka po takim miejscu. Na początku totalnie „rozwalił” Trinity Church na Broadway, tuż obok baardzo stary cmentarz – wszystko w odległości 100 metrów od Wall Street! Tak jak pisałem, są tam wieżowce i inne wielkie budynki ze szkła i stali, ale jednocześnie zachowało się sporo starszej zabudowy, która fajnie się komponuje z młodszym rodzeństwem. Można pospacerować spokojnie i co chwila znajdować coś nowego – jak już wspominałem setkę razy, warto szczególnie zadzierać głowę w kierunku „góra”. Mnie np. zachwyciła architektura niektórych budynków z międzywojnia. Masywne kilkadziesiąt pięter ale na górze czeka niespodzianka. Jakieś barierki, jakiś taras, jednym słowem – penthouse (tak to się chyba nazywa). Gdzieniegdzie można znaleźć np. wieże kościelne, no i nieśmiertelne drewniane zbiorniki wodne (chyba), które nie wiem dlaczego, ale ciągle zdobią starsze budowle. Jednym słowem – jest co odkrywać!

Z atrakcji transportowych, wracając do domu nieźle zgubiłem się na Nassau – metro w NYC jest proste ale ta stacja sprawiła mi jednak niespodziankę, głównie dlatego, że jest punktem przesiadkowym chyba z 10 linii. Jeszcze wcześniej też się pomyliłem i wylądowałem na Queens – ot, żeby nie było przypadkiem, że już wiem o co w NYC chodzi.
Jutro, a w sumie to zaraz pobudka, transport na LaGuardię i wyprawa daleko na południe, do Nowego Orleanu. Mam nadzieję, że będzie fajnie i spokojnie!
Ciao!
SS

08.02 Poszukiwanie odnalezionej łazienki i pomylone drzwi azjatki

Poszukiwanie odnalezionej łazienki i pomylone drzwi Azjatki

08.02

Dzisiaj, jak zawsze, nieźle złaziłem City – nogi ledwo czuje, a przy okazji, przypomniałem sobie czego zapomniałem (co za zwrot!). Nie mam plastrów na odciski, chociaż w sumie teraz bardziej mi trzeba plastrów na rany.
Z rzeczy poza turystycznych, podczas mijającego dnia, wydarzyły się dwie rzeczy. Jak już wspominałem, w łazience nie ma zimnej wody, a mycie się we wrzątku jest dosyć trudne. Jak się jednak okazało, wystarczy przejść dosłownie 5 metrów w głąb korytarza, by znaleźć... kolejną łazienkę, tym razem z działającym prysznicem... Hmmm, czasem widać można przelecieć tysiące kilometrów by zgubić się w hostelu!!! Ale ze mnie lama. Już nie muszę myć się w umywalce – hurra :D.
Drugie wydarzenie ma podłoże mistyczne i obecnie nie jestem pewny czy się na pewno wydarzyło. Około 2 w nocy budzę się i słyszę pukanie do drzwi. Ktoś mówi „hello” i dosyć mocno wali w drzwi. Na początku nie chciałem otworzyć ale potem pomyślałem sobie, że a nuż się coś dzieje i moja postawa mizantropijna nie jest na miejscu. Więc otwieram a tam... mała Azjatka z walizką!!! A ja z potarganymi włosami i majtkami w świnki!!! Wszystko wygląda pewnie dziwnie, słyszę „upppssss” z jej ust i „sorrryyyy” (też z jej ust). Azjatka się wycofuje z rumieńcem odpowiadającym temu co zobaczyła :-). Żeby była jasność, dodam od razu, że byłem bardzo miły, zapytałem się nawet jak jej mogę pomóc. Ot, zabawna nocna pomyłka. Ktoś bardziej pewny siebie dodałby pewnie, że pomyłka iście freudowska. No i pytanie: czy to się naprawdę wydarzyło???

Jeżeli zaś chodzi o merytorykę podróżniczą, to dzisiaj rano zacząłem od Harlemu. Wysiadłem na 145 street i zafundowałem sobie spacer krok po kroku z Lonely Planet. Pierwszy raz w życiu i powiem szczerze, że był to dobry wybór, bo zobaczyłem wszystko co najważniejsze. Harlem, słynna dzielnica czarnych, zrobiła na mnie wrażenie niezłe. Już podróż metrem pokazuje, że wkraczamy do „innego świata”. Jakiego? Ano, po pierwsze, jest duużo brudniej niż normalnie. Śmieci walają się po ulicach. Nie ma także „normalnych”, sieciowych sklepów, dominują małe sklepiki, my byśmy powiedzieli, że „osiedlowe” (takie normalne też oczywiście są, tyle że nieco dalej). Okryte patyną czasu, jakby żywcem wyjęte z filmów z lat 70-tych. Budynki? Część trzyma poziom Manhattanu jaki znam, ale część to rudery albo amerykańskie blokowiska.

Są także miejsca gdzie zabudowa jest dużo rzadsza. Generalnie widać, że jest to biedniejsza część miasta i, hmmm, nie chce wyjść na rasistę ale widać także, że czarni doprowadzili je do takiego stanu w jakim jest. Wszystko jest jednak autentyczne. Bezpieczeństwo? Nie czułem się źle, jednak przez większość czasu byłem jedynym białasem dookoła. Kilka razy zdarzyło się, że kierowcy trąbili i się na mnie patrzyli, nie wiem co to miało znaczyć, więc nie będę tworzył do tego teorii. Dzielnica robi się jednak coraz bardziej turystyczna, chociaż wycieczki są przede wszystkim organizowane, byłem jedynym który zwiedzał sam, za to grupy białasów prowadzone przez przewodnika, widziałem często. Harlem jest także coraz bardziej „biały” – artyści i zboczeńcy mają ten niezmienny dar do zamieszkiwania w mniej bezpiecznych dzielnicach. U nas to była Praga, w NYC są to czarne dzielnice. Mieszkańcy są w ogóle ciekawi. To prawdziwi amerykanie raczej, a nie świeża emigracja z Afryki. Rysy mają bardziej „cywilizowane” (przepraszam za takie określenia ale taka prawda!), kolor skóry bardziej kakaowy niźli hebanowy, a ubiór. No tu właśnie jest najciekawiej, bo chociaż są powszechne bluzy, dżinsy i dresy to spora część nosi się z elegancka, a więc garnitury, kapelusze, skórzane buty a wszystko na modłę „gangsterzy z lat 30-tych”. Są także rastafarianie i ludzie o etiopskich rysach – patrz poniżej.

Co w tym Harlemie można zobaczyć? Architektura – o niej już wspominałem. Domy takie jak wszędzie, może nieco skromniejsze i z pewnością brudniejsze. Z atrakcji wartych wspomnienia są kościoły, w tym kościół abisyński! Do tego budynek YMCA, zasłużony dla sprawy równouprawnienia. Na końcu wycieczki czekał na mnie słynny Apollo Theatre, mieszczący się w raczej niewielkim i raczej słabo utrzymanym budynku.
Potem przyszła pora na Greenwich Village. Mam w domu taki film (nie obejrzałem do końca ale na pewno obejrzę jak wrócę!), „Papież z Greenwich Village”. Niestety nie znalazłem miejsca jednej ze scen, pewnie kręcono to gdzieś indziej. Sama okolica zupełnie inna od porannych przygód. Na ulicach sami biali!!! Zabudowa willowa, wszędzie czysto i spokojnie. Na ulicach jednak dominuje zestaw facet+facet ... Spacer po tej okolicy przypomina mi tylko, że NYC składa się ze swoich małych czy nieco większych dzielnic i doprawdy każda z nich ma inny styl...

Wieczorem zaś połaziłem znowu po Times Square i okolicach – nic nowego.
Generalnie jestem tu dopiero trzeci dzień, a już się czuję jakbym tu był wieki całe. Praca jest tylko odległym wspomnieniem. Moja pamięć sięga głównie okresu odkąd tu przyjechałem – to co było wcześniej zepchnąłem w głąb świadomości. W sumie o takie wyzerowanie mi chodziło. Jutro pora na Brooklyn a pojutrze Nowy Orlean :-)
SS

07.02 Dlaczego wolę wodę zimną od wrzącej?

Dlaczego wolę wodę zimną od wrzącej?

07.02

Dzisiaj zrobiłem sporo, więc jest o czym opowiadać.
Rano, tak jak wczoraj wstałem wcześniej ale znowu zaniemogłem i wyszedłem z domu przed 10-tą. W „łazience” wspaniała niespodzianka – prysznic serwuje tylko gorącą wodę (gorąca w USA oznacza wrzątek – można w niej na pewno zaparzyć herbatę...), kurek od wody zimnej niedość, że nie działa to jeszcze jest tak... gorący, że nie da się go prawie dotknąć!!! To był jakiś dramat, a co gorsza, przed chwilą znowu byłem pod prysznicem i historia się powtórzyła :/. Nie będę tu chyba za czysty, chociaż sprawę ratuje mój opór i pokojowa umywalka. Tak czy owak – lekka żenada :-(.
Wracając do ciekawszych spraw – rano bolała mnie głowa i jest to chyba efekt jet lagu. Byłem mocno zakręcony i mimo porządnego snu, czułem się śnięty tak do południa. Potem przeszło i rozumiem, że temat już się nie pojawi. W Azji mi nic nie było, tutaj jednak coś się „wykrzaczyłem”, używając slangu rodem z Windowsa.

No dobrze, ale co robiłem? Rano udałem się znowu na Canal Street i okazuje się, że w świetle dziennym, wejście do metra stało jak byk, tam gdzie być powinno. Aaaaa, ale ze mnie lamus, ale to nie moja wina, że wejście nie było jakoś sensownie oznaczone czy podświetlone. Udałem się znowu ulicą w znanym mi kierunku, tym razem po to by dojść do Chinatown. To podobno największe skupisko chińczyków poza azją – a to największe poza Chinami już przecież widziałem w Bangkoku. To nowojorskie jest oczywiście duuużo mniejsze, chociaż ciągle można się porządnie zgubić i zachwcić niepowtarzalną atmosferą miejsca. Tak jak daleko na wschodzie – są stoiska z „dziwnym jedzeniem” (upieczony ryj świni na wystawie to najlepsza reklama knajpy ;-), kramy rybne i „okołorybne”, salony masażu, sklepy z różnościami i naturalnie ogromny tłok. To także miejsce gdzie na pewno nie używa się języka angielskiego – rządzi kilka wersji chińskiego i wietnamski, bo i tych drugich jest tam bardzo dużo. Klimat jest fajny, stary dobry Bangkok mi się przypomniał. Chociaż tego w NYC i tego co się działo tam, nie można w żaden sposób porównać. Tam to było prawdziwe szaleństwo, tutaj jest jedynie inaczej... Ekspansja chińczyków ma jednak, oprócz zalet, także pewne negatywy. Zajmują bowiem coraz większą część słynnej Małej Italii – którą oczywiście także musiałem zobaczyć na własne oczy!

Jeżeli ktoś oglądał filmy Scorsese i innych traktujące o włoskiej mafii okresu międzywojennego, wie o czym mowa. Enklawa włoska w NYC miała swój wyjątkowy klimat, nieco cwaniacki, zazwyczaj biedny ale na pewno szczery i ujmujący swym autentyzmem. Obecnie coraz większa jej część jest już zajęta przez Chinatown a i włochów pewnie mieszka tam tyle co kot napłakał. Trochę się jednak zachowało. Spacer po uliczkach pozwala wczuć się w czasy początku XX wieku. Stare domy, nieco zapuszczone i o niskim standardzie ciągle takie same. Mocno już pobrudzone spalinami, za to oblepione nowoczesnymi sklepami czy restauracjami. Zachowały się charakterystyczne przeciwpożarowe klatki schodowe na zewnątrz – każdy musi kojarzyć te metalowe konstrukcje z „drabinami” prowadzącymi na ziemię.

Potem dotarłem do Soho ale po chwili wycofałem się na „z góry upatrzone pozycje”. Po krótkim popasie w mojej „rezydencji”, udałem się na kolejną wyprawę. Miałem iść na Harlem ale ostatecznie udałem się znowu na południe, w stronę Times Square i okolic. Warto było – chociaż tłok był ogromny, zupełnie inaczej niż ostatnio. Pisałem to już ale muszę się powtórzyć. To miasto ogląda się z poziomu przechodnia i z pozycji przechodnia z zadartą do góry głową. Potęga budynków musi imponować. Są ogromne, ogromniaste, a do tego mają xxx pięter. Trudno sobie wyobrazić ile powierzchni kryją w sobie – nic dziwnego, że jeden wystarcza z pewnością z nawiązką by być centralą wielkich korporacji. Człowiek (tzn. ja) zachwyca się jednym, ale dookoła są ich setki, setki, setki. Szok!
Wieczorny spacer po tych okolicach miał tą zaletę, że pozwalał zobaczyć to słynne miejsce znane przecież z imponujących neonów. Reklam jest dużo, każda firma która się szanuje, wie, że powinna tu być obecna – i jest. Przysięgam, że od ich światła w tej części miasta jest cieplej niż gdzieś indziej!!! Tłok na ulicach ogromny, a w części „teatralnej” (u nas się mówi na to Broadway ale tutaj Broadway to dłuuuga ulica, obok której w pewnym miejscu, są po prostu zgrupowane teatry i to te najsłynniejsze na świecie) dodatkowo długie kolejki do kas. Jedna z nich miała z 300 metrów i ciągle się powiększała o nowe osoby. Z ciekawszych przedstawień można wymienić Shreka, w sumie szkoda, że pewnie u nas go nie zobaczymy, a jeżeli zobaczymy to za jakiś czas dopiero. Ech.

Po okolicach kręciłem się długo, Rockefeller Plaza, wieżowiec Chryslera, Penn Station i inne zostały strannie zbadane. Byłem nawet w Hell’s Kitchen ale albo źle jednak trafiłem albo to miejsce, poza nazwą, nie oferuje nic ciekawego. Chociaż, w NYC wszystko jest oczywiście ciekawe.
No właśnie. Dzisiaj totalnie zafascynowałem się tym miejscem. Jestem pod wielkim wrażeniem, a przecież ciężko na mnie zrobić wrażenie jakiekolwiek... Do tego miejsca pasują wszelkie określenia jakich się używa – to centrum świata, miasto które nigdy nie zasypia, wielkie jabłko, największe miasto świata i co jeszcze chcecie.
Teraz – wieczorem, pora coś zjeść i napić się kupionego piwka. Żeby było oryginalnie, będzie to oczywiście piwo Sapporo z odległej Japonii :-). Adios!

06.02 Pierwsze refleksje – miasto i zwyczaje plemion je zamieszkujących

Pierwsze refleksje – miasto i zwyczaje plemion je zamieszkujących

06.02

Pierwszy pełny dzień w NYC. Zacząłem od 7 rano (tutejszego czasu), wykąpałem się, po czym... poznałem silną potrzebę dalszego odpoczynku. Koniec końców wyszedłem przed 10-tą i rozpocząłem zwiedzanie miasta. Wychodzę więc, widzę ulice, yellow caby i taaak, dusza podróżnika przejęła mnie już na dobre.
Połaziłem sobie więc wzdłuż Broadwayu, który ciągnie się od Harlemu aż po Wall street i dzielnicę finansową. W pierwszym etapie dotarłem do Times Square i 5th Avenue. Ten pierwszy robi fajne wrażenie, wszędzie multum reklam, ruch, kina, sklepy, a do tego mówisz sobie „skąd ja to znam” kojarząc lokacje z filmów. 5th Avenue też niekiepska ale szczerze powiedziawszy, gdyby nie nazwa, nie skojarzyłbym jej jakoś szczególnie – ulica fajna, ale dookoła są same jej podobne. Widziałem też Empire State Building, z daleka można poznać, że to ten budynek. Odstaje jeżeli chodzi o styl, widać, że to może i futurystyczne, ale jednak z lat 30-tych, chociaż... ciągle imponuje ogromem i wysokością. Jedna ważna uwaga dla wszystkich zwiedzających miasto – popracujcie nad mieśniami szyi bo od patrzenia się w górę na pewno Was rozboli. Mnie rozbolała.
Zahaczyłem także o słynny Central Park i poboczem wróciłem po kilku godzinach do domu. Po drodze zawitałem do sklepów, gdzie nauczyłem się jak drogie jest życie w NYC – bułka 70 centów, większa bułka to już dolar, 2 litry wody dokładnie 1,99 dolara :/. Oczywiście, na samym początku trafiłem do najdroższego sklepu w okolicy, gdzie za małą ice tea i ciasteczka zapłaciłem ponad 7 dolarów – wolę nie liczyć ile to jest w złotówkach.

Po krótkiej przerwie, wyruszyłem dalej, tym razem już metrem, w kierunku WTC i Wall Street. Miejsce po WTC robi wrażenie – wielka dziura a dookoła setki strzelistych, szklanych wieżowców. Dziwnie być w takim miejscu, pamiętając co tam się działo kilka lat temu... Kawałek dalej jest też Wall Street ze słynną giełdą. Jej budynek jakoś wielkiego wrażenia na mnie nie zrobił. Przyszedłem, powiedziałem sobie „w sumie się zgadza z tym co znam z filmów” i chciałem pójść dalej. Budynek spory ale ogrodzony i przez to pozbawiony pewnie części klimatu. No cóż, bezpieczeństwo w USA pochłania naprawdę dużo kasy i widać to na każdym kroku!

Potem poszedłem w kierunku przystani rzecznych, pogapić się na Brooklyn, na słynny most i nieco odpocząłem od wielkomiejskiego zgiełku, chociaż był on ode mnie ciągle na wyciągniecie ręki :-). Na sam koniec postanowiłem, że sam znajdę metro na Canal Street i nie będę ukrywał, że zawaliłem i się zgubiłem jak małe dziecko. Kiedy dotarłem do miejsca gdzie czarnoskórzy mieszkańcy proponowali kupno „false ID”, postanowiłem, że pora się poddać i wrócić na Broadway. W końcu znalazłem metro – ale i nauczyłem się, że w tym mieście także można się zgubić.
Siedzenie w pokoju przed TV też ma wartości poznawcze. Reklamy są naprawdę durne. Np. kobieta martwi się, że nie wie co jest zdrowe a co niezdrowe dla jej dziecka. Cytując dokładnie „trzeba być jakimś naukowcem by to wiedzieć”. Aaaaaaa!!! Czy tu nie wiedzą, że warzywa i owoce są zdrowe??? Na szczęście, z reklamy wiem, że zdrowe rzeczy są oznaczone znaczkiem „zdrowa rzecz”. Inny przykład – reklama uświadamiająca, że palenie przy dzieciach jest niezdrowe dla nich. Wow! Muszę to zapisać, żeby nie zapomnieć :D. Moja ulubiona reklama zaś to prawdziwy dramat z happy endem – mąż kobiety traci pracę ponieważ ma problemy ze zdrowiem spowodowane ciężkimi warunkami w tejże. Na szczęście w sukurs przychodzi prawnik, który uświadamia, że, znowu cytat „Teraz można ich za to pozwać”. Na końcu rodzina uśmiecha się radośnie – mają kasę z odszkodowania i nie muszą pracować do końca życia. Takich reklam jest więcej, a każda kolejna jedynie pogrąża moje mniemanie o amerykanach. Programy też są niezłe. W odpowiedniku naszej Familiady mogłem dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy. Rodziny miały problem z odpowiedziami na pytania, ale nie dziwne skoro na takie - kto jest największym rockowcem świata, 3 miejsce zajęła taka „gwiazda” jak Jon Bon Jovi. Nie dziwie się też kryzysowi, gdy na pytanie co dało nam najwięcej radości w życiu, odpowiedzią, tuż za małżeństwem i dzieckiem, jest oczywiście „kupno domu”. Trzeba było jeszcze dodać – na kredyt wzięty podczas bezrobocia!!!
Rozpisałem się, a pora w sumie zbierac się do wyjścia :-) Adios!
SS

05.02 Witaj Nowy Jorku!

Po wielu wielu godzinach dosyć ciężkiej podróży, jestem na miejscu. Pokój w hostelu, hmmm. Nie są to luksusy ale w sumie nie jest AŻ TAK ŹLE jak się zapowiadało. Najważniejsze, że trafiłem bez pudła do właściwego miejsca – to zawsze jakiś sukces na dobry początek.Wyruszyłem z domu po 11-tej i tak naprawdę to dopiero podczas lądowania w NYC poczułem RADOŚĆ. Wcześniej byłem troszkę jakiś zniechęcony – w sumie jak zawsze podczas wakacji. W Londynie krew zaczęła pulsować nieco szybciej. Lądujesz na największym europejskim lotnisku, widzisz te wszystkie samoloty które przylatują dosłownie z KAŻDEGO zakątka naszego globu i zdajesz sobie sprawę, że jesteś blisko prawdziwej przygody. Tablica odlotów to nie nudna wyliczanka europejskich stolic jak na Okęciu ale reprezentacja świata.Lot American Airlines rozczarował mnie ale... pozytywnie. Tyle się naczytałem o ssyfie i niskiej jakości obsługi, a tymczasem, było inaczej niż zazwyczaj to bywa ale niekoniecznie znowu jakoś strasznie słabo. Fotele z spersonalizowanymi ekranami LCD – po raz drugi obejrzałem „Burn before reading” (akurat w sam raz film o głupich amerykanach) i pośmiałem się przy „The Office”. Jedzenie – było. Raz „beef strogonow”, potem słynna pizza – to drugie to z pewnością najgorsza pizza jaką jadłem w życiu. To pierwsze też bardzo słabe smakowo. Ale się nie posrałem od obu – a straszono :-). Z rzeczy ciekawych (ciekawe kogo takie obserwacje interesują), średnia wieku personelu pokładowego oscylowała około 55-tki!!! U nas takich starych ludzi się zjada albo chociaż wpycha pod koła samochodów z litości. W AA tacy jeszcze normalnie pracują. Generalnie, wrażenie jakby obsługiwał cię zespół z domu starców, do tego kapkę niemiły. Lot minął nawet szybko i przyjemnie, miałem dla siebie dwa fotele i sporo miejsca, nie ma to jak kryzys jednak!!! W samolocie było pełno ortodoksyjnych Żydów. Starych, bardzo starych, tak starych że z zieloną cerą, młodych i bardzo młodych. Wszyscy ubrani na czarno, z obowiązkowymi kapeluszami i białymi skarpetkami – po co im to ostatnie, to już nie wiem.
Lądowanie w NYC to mega wrażenie – chociaż przylatuje się z dupy strony tak naprawdę, to widok morza, dosłownie morza, ciągnącego się po horyzont morza świateł wgniata w fotel i przypomina, że pod nami prawdziwe megacities, metropolia świata, pępek i serce cywilizacji jaką znamy!!!
Potem śpiący i zmęczony ciężarem plecaków udałem się w podróż do miejsca popasu. Tak jak już napisałem, trafiłem bez pudła, co wprawia mnie w sumie w dobry humor. Teraz umyje zęby i ręce i pójdę spać...
Example

środa, 4 lutego 2009

Do Ameryki marsz!

Bilet do USA nabyłem w chwili szaleństwa i braku rozwagi. Z jednej strony, szkoda było zmarnować taką okazję cenową, z drugiej, kiedyś trzeba było ten Nowy Jork zobaczyć. Im bliżej do samego wyjazdu, tym bardziej byłem przerażony patrząc na rosnący kurs dolara i koszty wyprawy, które wołały za mną:
"A mogłybyśmy być ćwierć metrem kwadratowym Twojego wymarzonego mieszkania położonego 20 km za stolicą, do którego dojeżdżałbyś przez 3 godziny w korkach z pracy i którego szczerze byś nienawidził już po miesiącu".

Na chuj mi takie mieszkanie - pomyślałem :-)
Jak zawsze słusznie :-)