16.02
Siedzę sobie na JFK i czekam na lot do Brukseli. Za mną jeszcze nieco nieco zwiedzania czy raczej łażenia po zachodniej części w której mieszkałem. Wpadłem do Central Parku żeby przez chwilę popatrzyć na „jeziorko” i pooddychać świeższym powietrzem. Zobaczyłem bryłę Muzeum Historii Naturalnej, dookoła znowu same małe, wrzeszczące człowieczki. Byłem też obok pomnika czy czegoś w ten deseń obok Hudson River – rzecz poświęcona marynarzom, byłem tam pierwszego dnia, więc i na pożegnanie wypadało zawitać.

Potem zabranie swoich bagażów ze skrytki – cwaniaki już nie przechowują za darmo ale każą sobie płacić za skrytki!!! Gdzie ta uczciwość, gdzie te europejskie hostele? Gdzie normy przyzwoitości?
Dojechanie na lotnisko okazało się nader trudne, zupełnie nieoczekiwanie. Najpierw pojechałem „3” zamiast „1” i nie wysiadłem na Columbus Circle, a tam zamierzałem się przesiąść do „A”. Penn Station nie jest dobrym miejscem na takie przesiadki, idzie się długgggooooo podziemnym korytarzem, a plecak się właśnie rozwalać zaczął, więc musiałem go nieść niemal w zębach. Zziajany dotarłem gdzie chciałem ale pojechałem w złą stronę – napisane było, że na Queens a JFK leży właśnie tam, więc naturalnie skojarzyłem, ale „zong”, jechał dokładnie odwrotnie. Więc wylądowałem chcąc czy nie chcąc na Columbus Circle, tak jak w sumie chciałem i napociłem się szukając odpowiedniego peronu skąd „A” jedzie Downtown i na Brooklyn (nieważne, że jedzie na Queens). Pociąg przyjechał po dłuższej chwili, bo inny zamknął mi drzwi przed nosem. Ten którym zacząłem jechać jechał w inne miejsce – skręcał nie tam gdzie trzeba, ale na szczęście w porę to wyczułem i wysiadłem. Znowu na Penn Station. Aaaaaa. Po chwili przyjechał kolejny pociąg i ten był już ok, chociaż oczywiście ciągle oczekiwałem pułapki, więc wartowałem z mapą w ręku. Dojechałem. Uff. Jeszcze tylko się okazało, że jednak za Air Tracka się płaci (coś nie pamiętam bym płacił coś ostatnim razem), dobrze że miałem ze sobą jeszcze jakąś kasę. Potem poszło już z płatka, siedzę na terminalu, obok swojego gejta i czekam na deparczure i bording ;). Było ciężko, plecak jakiś taki maksymalnie wypchany, a do tego jeszcze drugi mały plecak też całkiem swoje waży, gruba kurtka, jednym słowem mały dramacik. Dobrze, że wyszedłem bardzo wcześnie, inaczej jeszcze bym sie posrał, że nie zdążę. Kupiłem sobie Naszjonal Dżeografika i będę czytał, żeby nie zanudzić się doszczętnie.
Lot do Brukseli, więc znowu „zaliczę” kolejne miasto na swojej travelerskiej drodze.
A po tym ciężkim transporcie do JFK przez chwilę nie żałuję, że stąd wyjeżdżam, chociaż oczywiście jest czego żałować i w ogóle i w ogóle.
***
Lot minął spokojnie, chociaż siedziałem obok emerytowanego pilota belgijskich sił lotniczych (ach, te czapeczki które mówią wszystko o człowieku!) i ten nie za bardzo mi pasował jako pasażer. Lubię mieć dookoła siebie przestrzeń a i spacery po samolocie wtedy kiedy chcę a nie kiedy mogę. Poza tym bez historii.
Te zaczęły się w Brukseli. Wszystko wina miłej dziewczyny z obsługi lotniska (nie jestem rasistą więc nie powiem czym się, oprócz płci, ode mnie różniła), która skierowała mnie na zły terminal. Tam się dowiedziałem po pewnym czasie, że jestem w złym miejscu. Ale zanim to nastąpiło, nie mogłem się nadziwić, że na liście odlotów... nie ma Warszawy mojej!!! Lotnisko jest tak dziwne, że znalezienie drogi do innego terminalu wcale nie jest takie łatwe. Tabliczki pokazujące gdzie iść gdzieś się im zapodziały, zresztą kto by się spodziewał, że wąski korytarzyk to właśnie przejście??? Koniec końców, dotarłem tam gdzie powinienem. Lot do domu mijał mi w towarzystwie kilku/nastu europosłów. Gdyby ten samolot się rozbił, byłaby niezła żałoba narodowa :D
Po kilkunastu godzinach dotarłem i przygodę „Ameryka” można było uznać za rozdział zamknięty. Obiecałem sobie także, że pora „odpocząć” od podróżowania ale... ostatnimi czasy coraz częściej zerkam na ceny biletów i zastanawiam się gdzie to znowu by polecieć... Jest już chyba za późno na leczenie, jestem poważnie uzależniony :D







Co prawda z daleka ale panorama centrum ładna – no same wieżowce, a pod nami podczas podejścia, domki raczej słabej jakości ale to oczywiste. Nie wyszedłem z samolotu podczas przerwy „technicznej” jak to ładnie nazwała flysiesta, więc ogółem spędziłem w nim dużo czasu. Nieco za dużo nawet. Lądowanie na LaGuardii to już inna bajka. Podejście i jego trasa to jedno wielkie wow!!! Niski przelot nad wieżowcami, nad Brooklynem, tego nie da się opisać, podczas wąskich skrętów miałem wrażenie, że zahaczymy skrzydłem o któryś z budynków. Lecieliśmy nisko i dosyć długo nad miastem, można było zobaczyć ludzi na ulicach i samochody. A do tego, oczywiście wielkie wrażenie czyli miasto świateł ciągnące się po horyzont, tym razem już nie z dupy strony!!! Powinni sprzedawać lądowania na LGA jako atrakcję turystyczną. Tak czy owak, moja zabawa w Big Easy się skończyła i pora na powrót do NYC, a za chwilę powrót do Polski – ale o tym się staram nie myśleć. Naprawdę, to niesamowite, że człowiek tak szybko się przestawia i zapomina o tym co robił ledwie ponad tydzień temu!!! Pisałem o tym wiele razy ale to naprawdę niesamowite i dziwne, jak jest skonstruowana nasza świadomość i pamięć. Z obecnej perspektywy pokoju hotelowego, cała wyprawa do NO wydaje się ledwie chwilą i... hmmm, czuje się jakbym się z NYC ruszył na pół dnia a nie na trzy doby. Figle :P
























