06.02
Pierwszy pełny dzień w NYC. Zacząłem od 7 rano (tutejszego czasu), wykąpałem się, po czym... poznałem silną potrzebę dalszego odpoczynku. Koniec końców wyszedłem przed 10-tą i rozpocząłem zwiedzanie miasta. Wychodzę więc, widzę ulice, yellow caby i taaak, dusza podróżnika przejęła mnie już na dobre.
Połaziłem sobie więc wzdłuż Broadwayu, który ciągnie się od Harlemu aż po Wall street i dzielnicę finansową. W pierwszym etapie dotarłem do Times Square i 5th Avenue. Ten pierwszy robi fajne wrażenie, wszędzie multum reklam, ruch, kina, sklepy, a do tego mówisz sobie „skąd ja to znam” kojarząc lokacje z filmów. 5th Avenue też niekiepska ale szczerze powiedziawszy, gdyby nie nazwa, nie skojarzyłbym jej jakoś szczególnie – ulica fajna, ale dookoła są same jej podobne. Widziałem też Empire State Building, z daleka można poznać, że to ten budynek. Odstaje jeżeli chodzi o styl, widać, że to może i futurystyczne, ale jednak z lat 30-tych, chociaż... ciągle imponuje ogromem i wysokością. Jedna ważna uwaga dla wszystkich zwiedzających miasto – popracujcie nad mieśniami szyi bo od patrzenia się w górę na pewno Was rozboli. Mnie rozbolała.
Zahaczyłem także o słynny Central Park i poboczem wróciłem po kilku godzinach do domu. Po drodze zawitałem do sklepów, gdzie nauczyłem się jak drogie jest życie w NYC – bułka 70 centów, większa bułka to już dolar, 2 litry wody dokładnie 1,99 dolara :/. Oczywiście, na samym początku trafiłem do najdroższego sklepu w okolicy, gdzie za małą ice tea i ciasteczka zapłaciłem ponad 7 dolarów – wolę nie liczyć ile to jest w złotówkach.

Po krótkiej przerwie, wyruszyłem dalej, tym razem już metrem, w kierunku WTC i Wall Street. Miejsce po WTC robi wrażenie – wielka dziura a dookoła setki strzelistych, szklanych wieżowców. Dziwnie być w takim miejscu, pamiętając co tam się działo kilka lat temu... Kawałek dalej jest też Wall Street ze słynną giełdą. Jej budynek jakoś wielkiego wrażenia na mnie nie zrobił. Przyszedłem, powiedziałem sobie „w sumie się zgadza z tym co znam z filmów” i chciałem pójść dalej. Budynek spory ale ogrodzony i przez to pozbawiony pewnie części klimatu. No cóż, bezpieczeństwo w USA pochłania naprawdę dużo kasy i widać to na każdym kroku!

Potem poszedłem w kierunku przystani rzecznych, pogapić się na Brooklyn, na słynny most i nieco odpocząłem od wielkomiejskiego zgiełku, chociaż był on ode mnie ciągle na wyciągniecie ręki :-). Na sam koniec postanowiłem, że sam znajdę metro na Canal Street i nie będę ukrywał, że zawaliłem i się zgubiłem jak małe dziecko. Kiedy dotarłem do miejsca gdzie czarnoskórzy mieszkańcy proponowali kupno „false ID”, postanowiłem, że pora się poddać i wrócić na Broadway. W końcu znalazłem metro – ale i nauczyłem się, że w tym mieście także można się zgubić.
Siedzenie w pokoju przed TV też ma wartości poznawcze. Reklamy są naprawdę durne. Np. kobieta martwi się, że nie wie co jest zdrowe a co niezdrowe dla jej dziecka. Cytując dokładnie „trzeba być jakimś naukowcem by to wiedzieć”. Aaaaaaa!!! Czy tu nie wiedzą, że warzywa i owoce są zdrowe??? Na szczęście, z reklamy wiem, że zdrowe rzeczy są oznaczone znaczkiem „zdrowa rzecz”. Inny przykład – reklama uświadamiająca, że palenie przy dzieciach jest niezdrowe dla nich. Wow! Muszę to zapisać, żeby nie zapomnieć :D. Moja ulubiona reklama zaś to prawdziwy dramat z happy endem – mąż kobiety traci pracę ponieważ ma problemy ze zdrowiem spowodowane ciężkimi warunkami w tejże. Na szczęście w sukurs przychodzi prawnik, który uświadamia, że, znowu cytat „Teraz można ich za to pozwać”. Na końcu rodzina uśmiecha się radośnie – mają kasę z odszkodowania i nie muszą pracować do końca życia. Takich reklam jest więcej, a każda kolejna jedynie pogrąża moje mniemanie o amerykanach. Programy też są niezłe. W odpowiedniku naszej Familiady mogłem dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy. Rodziny miały problem z odpowiedziami na pytania, ale nie dziwne skoro na takie - kto jest największym rockowcem świata, 3 miejsce zajęła taka „gwiazda” jak Jon Bon Jovi. Nie dziwie się też kryzysowi, gdy na pytanie co dało nam najwięcej radości w życiu, odpowiedzią, tuż za małżeństwem i dzieckiem, jest oczywiście „kupno domu”. Trzeba było jeszcze dodać – na kredyt wzięty podczas bezrobocia!!!
Rozpisałem się, a pora w sumie zbierac się do wyjścia :-) Adios!
SS
