14.02
Nieuchronność końca mojej amerykańskiej przygody do mnie dociera z siłą młota pneumatycznego, wbija mi się do czaszki i zasmuca coraz bardziej. Jutro o tej porze pewnie będę płakał nad klawiaturą :((((

Dzisiaj rano w końcu wybrałem się zobaczyć z bliska statuę wolności – do tej pory, podziwiałem ją z brzegu Manhattanu tudzież Brooklynu. Wyprawa, jak ostrzegają przewodniki, może być all-day-long, nie ze względu na dystans (20 minut promem), ale ze względu na a) popularność tego miejsca i związane z nim b) mega tłumy oraz c) względy bezpieczeństwa, które każą przechodzić kontrolę taką jak na lotnisku!
Mnie się jednak udało sprawnie wszystko przeprowadzić, głównie dlatego, że bilet miałem w ręku tuż po 10-tej, kiedy turyści jeszcze smacznie spali. A ja już byłem w blokach, gotowy do startu.
Sama Liberty Island niewielka ale warta uwagi z dwóch względów. Po pierwsze, sama statua robi wrażenie, a pomyśleć jakie musiała robić na przybyszach sto lat temu. To musiał być dla nich szok i prawdziwa reklama potęgi Ameryki – w sumie o to chodziło. Po drugie, z wyspy jest świetny widok na Manhattan i zgrupowanie wieżowców. No a po trzecie (a miały być dwa tylko...), wyspa to wyspa, a nie ma takiej wyspy dookoła której nie byłoby wody. A ja wodę lubię. Statuę podziwiałem z zewnątrz, można co prawda wejść na taras widokowy ale znowu trzeba przejść kontrolę osobistą, a jako że miałem ich już sporo, dałem sobie z kolejną spokój. Wolałem się pozachwycać widokami na dole. Dodajmy, że c) względy bezpieczeństwa, nie pozwalają wspiąć się na szczyt Statui, więc tym bardziej nie warto się w ogóle tam ruszać.

Po Liberty Island można popłynąć na Ellis Island i oczywiście zawitałem tamże również. Ellis znana jest z tego, że to tam właśnie był słynny punkt zgrupowania imigrantów przypływających ze świata i to tam zaczynała się ich przygoda z nową ojczyzną. Niemal każda filmowa epopeja gangsterska zaczyna się od motywu ojca – założyciela rodziny, który tam przybywa, a po dwudziestu minutach jest już na usługach jakiegoś podrzędnego mafiozo, by po godzinie dorobić się pierwszej małej fortuny. Takie prawa filmu. Obecnie na wyspie mieści się muzeum poświęcone imigracji do USA via Ellis. Wszystko to w historycznym budynku, który służył tym celom do lat 50-tych XX wieku. Muzeum jak to muzeum, niby ciekawe i dobrze zrobione ale mnie to jakoś jednak nudzi zawsze po chwili. Były ciekawe zdjęcia i sporo interesujących informacji, materiałów z tzw. przeszłości i z przeszłością. Bardzo wiele związanych z Polakami – plakaty kierowane do Polonii, gazetki, zdjęcia polonusów, pamiątki jakie przywozili z ziem polskich do nowego kraju, wspomnienia nagrane na audio etc etc. Miło było to zobaczyć.

Z wyprawy wróciłbym nawet sprawnie gdyby nie to, że świadomie wsiadłem do złego promu, który zawiózł mnie znowu na Liberty, a dopiero potem przez Ellis do NYC. No ale się przynajmniej więcej pohuśtałem po falach.
Potem przyszła pora na zakupy, które mnie doszczętnie wykończyły. Dodam, że wszystko co kupiłem, tak naprawdę nie jest dla mnie a kosztowało mnie mnóstwo wysiłku.
Cygara – kupowane w naprawdę super sklepie na 5th Avenue. Sklep warty odwiedzenia, specjalne urządzenia palą tam tytoń i nasycają dymem powietrze!!! Super sprawa. Do tego dosłownie tysiące rodzajów cygar na półkach, w takim miejscu można się naprawdę wkręcić w tą sprawę. Można – gdyby nie fakt ile to kosztuje, a kosztuje fortunę... Już mnie korciło żeby i sobie coś kupić, ale na szczęście mnie nie stać i pokusa sama zdechła.
Potem przyszła pora na perfumy i kremy – aaaaa. Tych drugich nigdzie nie było, dostałem je dopiero, przypadkowo trafiając do Macy’s, wielkiego malla poświęconego tylko kosmetykom i drogim ubraniom. Tam się z kolei dwadzieścia razy gubiłem. Ile się naszukałem tego gówna w innych sklepach, to wiem tylko ja. Nogi mi w dupę wlazły, a tą drugą to w nagrodę chyba powinienem posmarować właśnie tymi kremami!!!
Z perfumami też było ciężko, bo zapomniałem jak się nazywają. Ale siłą woli i strachem przed konsekwencjami jakoś sobie skojarzyłem. Trafiłem pół przytomny do sklepu, zapytałem się a ambitny sprzedawca hindus zadzwonił do magika i powiedział, że za 20 minut będzie miał. No i miał. Ufff.
Dla siebie szukałem jakiejś ciekawej i taniej książki o NYC, ale nie znalazłem nic godnego uwagi niestety. Jak zawsze, moje potrzeby są na końcu zaspokajane. Jak zawsze, bo naprawdę ciężko mi przechodzi kupowanie gówna, a powiedzmy sobie szczerze, że wszelkie suweniry wszędzie (poza Nowym Orleanem!!!) są mega gównem, są zrobione z gówna, jak się zepsują to idą na gówno, tylko kosztuje nie gównanie pieniądze, a prawdziwe. A na dodatek są robione w Chinach.
No i tak minął przedostatni pełny dzień w Nowym Jorku, znowu przeciskałem się wieczorem przez Times Square i okolice, naprawdę nie wiem czemu tam zawsze trafiam. W sumie to wiem – to po drodze do domu, a jutro coś jeszcze będę musiał kupić i znowu tam pewnie zawitam po raz n-ty... Błeee, już tym rzygam.
Co do planów for tomorrow, to ambitnie chce pojechać na Coney Island i Brighton Beach. To mi pewnie sporo zajmie więc nie wiem co jeszcze, na pewno Wall Street na pożegnanie, dzisiaj wybrałem się jeszcze do Muzeum Historii Naturalnej czy jak tam to się nazywa, ale te tłumy wybiły mi z głowy cokolwiek... Cofnąłem się na pięcie i do widzenia.
Acha, dzisiaj walentynki, w sumie jakiegoś podniosłego klimatu tu nie ma, na ulicach dużo kwiatów, jakieś pary, ale bardzo dużo dziewcząt samotnie chodzi w kobiecych watahach :-) Zupełnie jak wilki. Sklepy oczywiście mają wszystko pod to święto, pewnie nawet mięso można dziś kupić w serduszka. Co do jedzenia to kupiłem sobie KOSZERNĄ MORTADELĘ która zaśmierdziała mi cały pokój. W ogóle tyle mortadeli co tutaj to się nigdy nie najadłem :-)
No cóż, jutro chce rano wstać, żeby się długo cieszyć ostatnim pełnym dniem w tym pięknym mieście i kraju, więc kończę. Wszystko się kończy, a to co piękne kończy się najszybciej, chociaż z drugiej strony, jak pomyślę o tym co robiłem tydzień temu, to wydaje mi się, że to było dekadę temu. Natłok wrażeń zmienia perspektywy czasowe w dziwnych kierunkach, często sobie sprzecznych, a za jakiś czas wrócę do nijakości i mechaniczności, to wtedy tygodnie będą mijały jeden za drugim. Tylko że bez celu bo ta wyprawa mnie wyprała z pieniążków na dobre i kolejna wyprawa to będzie co najwyżej na Mokotów ;-(((
