środa, 25 lutego 2009

11.02 Wampiryczny posmak Nowego Orleanu

11.02

Wampiryczny posmak Nowego Orleanu

Dzisiaj było nader pracowicie. Wyszedłem z domu po 9-tej, powróciłem koło 19-tej, będąc cały czas w turystycznym transie.

Rano zwiedziłem Garden District. Tak jak wcześniej pisałem, właśnie w tej dzielnicy mieszkam i tak jak też pisałem, słynie ona z pięknych domów zbudowanych w iście południowym stylu. Zorganizowałem sobie wycieczkę zgodnie z przewodnikiem i kolejny raz się opłaciło bo zobaczyłem kilka domów, których znaczenie, bez tego rozwiązania, by mi umknęło. Po kolei. To okolica historycznie zamieszkała przez „amerykanów”, którzy osiedlali się tutaj po przeprowadzce z północnego wschodu. Dopowiedzieć można, że robili to nie tylko dla klimatu ale i dla lepszego doglądania swojego biznesu, więc stawiane przez ich domostwa do tych skromnych nie należały.

Ich styl to coś co nazywam roboczo „amerykańską plantacją bawełny”, czyli piękne piętrowe fasady z balustradami, kolumnami i oknami na całą wysokość piętra (albo niewiele mniejszymi). Przed drzwiami takich domostw zawsze jest miejsce na mały tarasik na którym często po dziś dzień stoi bujany fotel (używany pewnie i w obecnych szalonych czasach). Co ważne, nawet jeżeli stawiane były nowe budynki, cała zabudowa okolicy nawiązywała do klasycznych rozwiązań z połowy XIX wieku, co sprawia, że Garden District jest koherentne i bardzo sympatycznie wygląda. Mi udało się znaleźć np. dom w którym mieszkała Anne Rice i to doprowadziło mnie także do tytułowych refleksji, o których może później.
Potem udałem się zabytkowym tramwajem znowu do French Quarter, które zwiedziłem dzisiaj BARDZO pieczołowicie. Jestem także winny przeprosin – Charles Avenue, może czasami nie zachwyca ale w dalszej części ulicy jest to naprawdę ładne miejsce i nie dziwię się pochwałom jakie zbiera od innych.
Co do dzielnicy francuskiej to złaziłem ją dziś niezwykle dokładnie, i to niejeden raz. Totalnie mnie zachwyciła, klimat trudno porównać do czegoś innego co znam i widziałem wcześniej. Dużo tu galerii sztuki, antykwariatów, jubilerów (o dziwnie żydowskich nazwiskach), sklepów z popierdułkami i dziwnych miejsc które starają się wyssać nieco kasy ze zjawiska voodoo. W przewodniku znalazłem nawet... adres świątyni voodoo połączonej z małym mistycznym sklepikiem. Trafiłem na miejsce ale nie wszedłem do środka, nie ze strachu, chociaż ciemne okna z wystawionymi „dziwnościami” i informacja na drzwiach, w której lokalna kapłanka prosiła o zachowanie pewnych zasad, sprawiały wrażenie cokolwiek tajemnicze... Odpracowałem także starannie lokalizację miejsc związanych z duchami – tych jest tu sporo a podobno najlepsze wrażenie robią nocą.

Zobaczyłem także Missisipi. W tym miejscu rzeka nie robi wielkiego wrażenia, jest co prawda szeroka i wielka, ale piękna to już mniej. Jest także wybetonowana, co dodatkowo pozbawia ją uroku. Jutro, jak się uda, popłynę sobie parowcem na małą wycieczkę.
Bo szczerze powiedziawszy, zobaczyłem tu już chyba wszystko albo prawie wszystko, co jest warte uwagi. Zobaczę jeszcze na pewno centrum biznesowe miasta, bo można tam znaleźć ciekawe perełki, np. dawną siedzibę United Fruit Company, czyli firmy która monopolizowała rynek banana przez wiele wiele lat, chociaż... widziałem ten budynek już wczoraj. Miasto nie jest wielkie i jeżeli ma się chęci można je w ciągu dwóch dni zwiedzić prawie w całości. Oczywiście, ja jestem tu wyjątkiem, bo chyba jako jedyny siedzę o godzinie 20:00 w domu, a nie szykuję się na nocne chlanie na mieście. Ale takie rozrywki to nie dla mnie – samemu chyba po tym mieście wieczorem nie chce chodzić a dlaczegoż to?
Ano, jest tu co prawda bezpiecznie, tzn. póki co, odpukać, nic się złego nie stało. Widać jednak, że to miasto podwyższonego ryzyka, policyjne samochody przemykają po ulicach bardzo często i na pewno nie robią tego z nudów, a raczej z potrzeby dyktowanej doświadczeniem. W ciągu dnia, na ulicy nie ma za wiele „elementu” ale im później, tym częściej się takowy pojawia. Nie muszę dodawać, że element ma pewien typowy kolor skóry. Kilka razy mnie nawet zaczepiono, chociaż trudno to określić jako jakiekolwiek zagrożenie. Tym niejmniej, gdy dzisiaj zapuściłem się za daleko na Canal Street i zdałem sobie sprawę, że dawno nie widziałem żadnej białej twarzy, powiedziałem sobie, że pora skręcić znowu w białą stronę...
W pewien sposób łączy się to z moim przemyśleniem tytułowym. Nowy Orlean dzieli się na dwie zadziwiające części, które łączą tylko dwie rzeczy: są obok siebie geograficznie i obie są skąpane w grzechach. Czarni mieszkają raczej daleko od centrum na przedmieściach, które królują w statystykach kryminalnych. Huragan Katrina to je najbardziej zniszczył, powodując, że ich deprawacja jeszcze się nasiliła. Czarnych w centrum jest mniej niż białych, przynajmniej takie wrażenie odniosłem. Ci drudzy zaś są standardowo bardzo bogaci (vide Garden District), a zarabiają albo na dogadzaniu ludzkiej próżności (rozrywka tutaj wyszukana nie jest) albo na pomnażaniu majątku którego pochodzenie sięga wprost do epoki niewolnictwa (powiedzmy, że mówimy o jakimkolwiek handlu).

Spacerując po okolicach mojego hostelu, zdałem sobie sprawę, że wcale mnie dziwi, że to tutaj powstały opowieści Anne Rice. To miejsce jest naprawdę wampiryczne, skąpane w dawnych i obecnych grzechach, nieco duszne, nie tylko od klimatu, spokojne i zasobne, mimo iż całkiem niedaleko stąd panuje bieda i wielka przestępczość, nie mówiąc już o tym, że blisko stąd ciągle są dzielnice zniszczone przez huragan, a ludzie tutaj mają to gdzieś (mniej lub bardziej). To taki typ miasta, że człowiek jest w stanie uwierzyć w to, że jego mieszkańcy po północy zamieniają się w wampiry i wysysają krew z turystów których przyciągają tutaj pokusą łatwego grzechu ;). Grrr, będę musiał jeszcze raz zobaczyć „Wywiad z Wampirem” kiedy wrócę.

To chyba tyle. Jako ciekawostkę dodam, że podczas mojej kąpieli rozegrała się tutaj prawdziwa bijatyka. Ktoś kogoś uderzył dla żartu w twarz, ale „ofiara”, koleś o posturze lekko tępego marines, odebrał to jako poważną zniewagę i zaczął się lekki dym. Chwalił się, że powalił dwóch – ale to tylko dlatego, że mnie oczywiście przy tym nie było. Wtedy być może powaliłby aż trzech, hahhahahaha. Cóż, luizjańskie chłopaki mają fantazję. No i akcent – a już myślałem, że nie usłyszę nikogo kto mówi jak Sgt Pepper z „Live and Let Die”. Tu mówi tak nawet murzyńskie dziecko płci żeńskiej.

A co do lokum – jest tu chyba zbyt easy atmosfera, nie wiem kto jest kto, kręci się tu setka osób, nawet już nie wiem kto jest właścicielem a kto nie :/. Amarinn Inn było najlepsze, przynajmniej tam była jakaś doza prywatności, a tutaj panuje jakaś jebana komuna, nieznoszę tego. Oczekuje od hotelu/hostelu, że zapewni mi prywatność a tutaj to jakoś jej nie widzę...

SS