środa, 25 lutego 2009

09.02 Brooklyńska wyprawa

Brooklyńska wyprawa

09.02

Za kilka-naście godzin będę już w Nowym Orleanie – w sumie się cieszę na zmianę, chociaż oczywiście nie można powiedzieć, że NYC mnie znudziło. To niemożliwe :-) Chociaż do obejrzenia zostało jeszcze dużo rzeczy, część być może uda się oblecieć jak wrócę tutaj na weekend, a reszta... reszta uznajmy, że nie była warta.

Dzisiaj rano udałem się na Brooklyn. Zajmuje on powierzchnię chyba większą od Manhattanu a dla przeciętnego turysty jest znany słabo. Przewodniki mówią „wrong” i zachwalają jego walory. Ja jednak liznąłem dzielnicę ledwo, ledwo, na resztę może jeszcze przyjdzie pora, chociaż nie jest to dla mnie żaden priorytet. Brooklyn jest mocno reklamowany ale to chyba takie „cozy” miejsce, gdzie koniecznie trzeba się pokazać, jeśli tylko jest się artystą, pedałem, lanserem albo modnisiem albo najlepiej wszystkim razem po trochu. Ja połaziłem sobie po nabrzeżu, gdzie znajdują się spokojne i ładne domy (powiedzmy sobie szczerze, takie mniej więcej jak w Greenwich albo gdzie indziej), ale największą atrakcją jest olśniewający widok na Manhattan i most brooklyński.

Panorama – magiaaaaa, chociaż widoczny jest tylko pierwszy rzut skyscrapperów, a cały tłok zabudowy kryje się przed naszymi oczami. Nad wyspą co jakiś czas przelatują helikoptery, wieje wiatr, czuć morską woń oceanu, nie trzeba więcej do szczęścia.

W końcu zobaczyłem też w pełni statuę wolności. Nie wspominałem o tym wcześniej ale położona jest dosyć daleko od miasta – a można powiedzieć, że „na filmach wyglądało to zupełnie inaczej”.

Potem przyszła pora na transfer na główną wyspę, czyli spacer po Brooklyn Bridge. Most jak most ale widoki niepowtarzalne. Nie ma to jednak jak ten Manhattan.
Popołudniu w końcu „zaliczyłem” w pełni Central Park. Niby mieszkam blisko niego a nigdy nie było na to czasu. Pewnie lepiej wszystko wygląda jak jest zielono ale ale tak się składa, że ten park kojarzę z filmów from USA, a jakoś w większości z nich była jesień więc szare i bure kolory wydają się pasować szczególnie do tego miejsca. Obszar duży, a park jak to park, kryje w sobie kilka ciekawych miejsc, np. jezioro Jacklyn Onassis – jestem pewien, że to dookoła niego biegał Hoffmann w „Marathon Man” a jest naprawdę niemałe, pseudo pałacyk nazywający się Belvedere, szwedzką chatę (nie wiem skąd i po co ale ok) i wiele innych rzeczy które można znaleźć w innych parkach: górki, łąki (w tym ta przesłynna sheeps meadow leżąca niemal u stóp wymienianych tutaj co chwila wieżowców!), mini muszle koncertowe, barierki, no i wodę (pokrytą tutaj lodem). Są też małe tunele-przejścia, zupełnie takie jak z „Nighthawka” ze Stallone :-). Niby nic ogromnie wielkiego ale i tak spędziłem tam sporo czasu i się podobało.

Na koniec dnia postanowiłem, że znowu wpadnę na Wall Street i okolice – wcześniej pisałem o tym, że nie mam ulubionego miejsca, więc uznajmy, że już je mam. Lubię te okolice, nie dlatego, że to centrum dowodzenia (ostatnio centrum psucia raczej) światem, ale dlatego, że kryje ono w sobie wiele niespodzianek, których nie spodziewasz się na pierwszy rzut oka po takim miejscu. Na początku totalnie „rozwalił” Trinity Church na Broadway, tuż obok baardzo stary cmentarz – wszystko w odległości 100 metrów od Wall Street! Tak jak pisałem, są tam wieżowce i inne wielkie budynki ze szkła i stali, ale jednocześnie zachowało się sporo starszej zabudowy, która fajnie się komponuje z młodszym rodzeństwem. Można pospacerować spokojnie i co chwila znajdować coś nowego – jak już wspominałem setkę razy, warto szczególnie zadzierać głowę w kierunku „góra”. Mnie np. zachwyciła architektura niektórych budynków z międzywojnia. Masywne kilkadziesiąt pięter ale na górze czeka niespodzianka. Jakieś barierki, jakiś taras, jednym słowem – penthouse (tak to się chyba nazywa). Gdzieniegdzie można znaleźć np. wieże kościelne, no i nieśmiertelne drewniane zbiorniki wodne (chyba), które nie wiem dlaczego, ale ciągle zdobią starsze budowle. Jednym słowem – jest co odkrywać!

Z atrakcji transportowych, wracając do domu nieźle zgubiłem się na Nassau – metro w NYC jest proste ale ta stacja sprawiła mi jednak niespodziankę, głównie dlatego, że jest punktem przesiadkowym chyba z 10 linii. Jeszcze wcześniej też się pomyliłem i wylądowałem na Queens – ot, żeby nie było przypadkiem, że już wiem o co w NYC chodzi.
Jutro, a w sumie to zaraz pobudka, transport na LaGuardię i wyprawa daleko na południe, do Nowego Orleanu. Mam nadzieję, że będzie fajnie i spokojnie!
Ciao!
SS