07.02
Dzisiaj zrobiłem sporo, więc jest o czym opowiadać.
Rano, tak jak wczoraj wstałem wcześniej ale znowu zaniemogłem i wyszedłem z domu przed 10-tą. W „łazience” wspaniała niespodzianka – prysznic serwuje tylko gorącą wodę (gorąca w USA oznacza wrzątek – można w niej na pewno zaparzyć herbatę...), kurek od wody zimnej niedość, że nie działa to jeszcze jest tak... gorący, że nie da się go prawie dotknąć!!! To był jakiś dramat, a co gorsza, przed chwilą znowu byłem pod prysznicem i historia się powtórzyła :/. Nie będę tu chyba za czysty, chociaż sprawę ratuje mój opór i pokojowa umywalka. Tak czy owak – lekka żenada :-(.
Wracając do ciekawszych spraw – rano bolała mnie głowa i jest to chyba efekt jet lagu. Byłem mocno zakręcony i mimo porządnego snu, czułem się śnięty tak do południa. Potem przeszło i rozumiem, że temat już się nie pojawi. W Azji mi nic nie było, tutaj jednak coś się „wykrzaczyłem”, używając slangu rodem z Windowsa.

No dobrze, ale co robiłem? Rano udałem się znowu na Canal Street i okazuje się, że w świetle dziennym, wejście do metra stało jak byk, tam gdzie być powinno. Aaaaa, ale ze mnie lamus, ale to nie moja wina, że wejście nie było jakoś sensownie oznaczone czy podświetlone. Udałem się znowu ulicą w znanym mi kierunku, tym razem po to by dojść do Chinatown. To podobno największe skupisko chińczyków poza azją – a to największe poza Chinami już przecież widziałem w Bangkoku. To nowojorskie jest oczywiście duuużo mniejsze, chociaż ciągle można się porządnie zgubić i zachwcić niepowtarzalną atmosferą miejsca. Tak jak daleko na wschodzie – są stoiska z „dziwnym jedzeniem” (upieczony ryj świni na wystawie to najlepsza reklama knajpy ;-), kramy rybne i „okołorybne”, salony masażu, sklepy z różnościami i naturalnie ogromny tłok. To także miejsce gdzie na pewno nie używa się języka angielskiego – rządzi kilka wersji chińskiego i wietnamski, bo i tych drugich jest tam bardzo dużo. Klimat jest fajny, stary dobry Bangkok mi się przypomniał. Chociaż tego w NYC i tego co się działo tam, nie można w żaden sposób porównać. Tam to było prawdziwe szaleństwo, tutaj jest jedynie inaczej... Ekspansja chińczyków ma jednak, oprócz zalet, także pewne negatywy. Zajmują bowiem coraz większą część słynnej Małej Italii – którą oczywiście także musiałem zobaczyć na własne oczy!

Jeżeli ktoś oglądał filmy Scorsese i innych traktujące o włoskiej mafii okresu międzywojennego, wie o czym mowa. Enklawa włoska w NYC miała swój wyjątkowy klimat, nieco cwaniacki, zazwyczaj biedny ale na pewno szczery i ujmujący swym autentyzmem. Obecnie coraz większa jej część jest już zajęta przez Chinatown a i włochów pewnie mieszka tam tyle co kot napłakał. Trochę się jednak zachowało. Spacer po uliczkach pozwala wczuć się w czasy początku XX wieku. Stare domy, nieco zapuszczone i o niskim standardzie ciągle takie same. Mocno już pobrudzone spalinami, za to oblepione nowoczesnymi sklepami czy restauracjami. Zachowały się charakterystyczne przeciwpożarowe klatki schodowe na zewnątrz – każdy musi kojarzyć te metalowe konstrukcje z „drabinami” prowadzącymi na ziemię.

Potem dotarłem do Soho ale po chwili wycofałem się na „z góry upatrzone pozycje”. Po krótkim popasie w mojej „rezydencji”, udałem się na kolejną wyprawę. Miałem iść na Harlem ale ostatecznie udałem się znowu na południe, w stronę Times Square i okolic. Warto było – chociaż tłok był ogromny, zupełnie inaczej niż ostatnio. Pisałem to już ale muszę się powtórzyć. To miasto ogląda się z poziomu przechodnia i z pozycji przechodnia z zadartą do góry głową. Potęga budynków musi imponować. Są ogromne, ogromniaste, a do tego mają xxx pięter. Trudno sobie wyobrazić ile powierzchni kryją w sobie – nic dziwnego, że jeden wystarcza z pewnością z nawiązką by być centralą wielkich korporacji. Człowiek (tzn. ja) zachwyca się jednym, ale dookoła są ich setki, setki, setki. Szok!
Wieczorny spacer po tych okolicach miał tą zaletę, że pozwalał zobaczyć to słynne miejsce znane przecież z imponujących neonów. Reklam jest dużo, każda firma która się szanuje, wie, że powinna tu być obecna – i jest. Przysięgam, że od ich światła w tej części miasta jest cieplej niż gdzieś indziej!!! Tłok na ulicach ogromny, a w części „teatralnej” (u nas się mówi na to Broadway ale tutaj Broadway to dłuuuga ulica, obok której w pewnym miejscu, są po prostu zgrupowane teatry i to te najsłynniejsze na świecie) dodatkowo długie kolejki do kas. Jedna z nich miała z 300 metrów i ciągle się powiększała o nowe osoby. Z ciekawszych przedstawień można wymienić Shreka, w sumie szkoda, że pewnie u nas go nie zobaczymy, a jeżeli zobaczymy to za jakiś czas dopiero. Ech.

Po okolicach kręciłem się długo, Rockefeller Plaza, wieżowiec Chryslera, Penn Station i inne zostały strannie zbadane. Byłem nawet w Hell’s Kitchen ale albo źle jednak trafiłem albo to miejsce, poza nazwą, nie oferuje nic ciekawego. Chociaż, w NYC wszystko jest oczywiście ciekawe.
No właśnie. Dzisiaj totalnie zafascynowałem się tym miejscem. Jestem pod wielkim wrażeniem, a przecież ciężko na mnie zrobić wrażenie jakiekolwiek... Do tego miejsca pasują wszelkie określenia jakich się używa – to centrum świata, miasto które nigdy nie zasypia, wielkie jabłko, największe miasto świata i co jeszcze chcecie.
Teraz – wieczorem, pora coś zjeść i napić się kupionego piwka. Żeby było oryginalnie, będzie to oczywiście piwo Sapporo z odległej Japonii :-). Adios!
