Po wielu wielu godzinach dosyć ciężkiej podróży, jestem na miejscu. Pokój w hostelu, hmmm. Nie są to luksusy ale w sumie nie jest AŻ TAK ŹLE jak się zapowiadało. Najważniejsze, że trafiłem bez pudła do właściwego miejsca – to zawsze jakiś sukces na dobry początek.Wyruszyłem z domu po 11-tej i tak naprawdę to dopiero podczas lądowania w NYC poczułem RADOŚĆ. Wcześniej byłem troszkę jakiś zniechęcony – w sumie jak zawsze podczas wakacji. W Londynie krew zaczęła pulsować nieco szybciej. Lądujesz na największym europejskim lotnisku, widzisz te wszystkie samoloty które przylatują dosłownie z KAŻDEGO zakątka naszego globu i zdajesz sobie sprawę, że jesteś blisko prawdziwej przygody. Tablica odlotów to nie nudna wyliczanka europejskich stolic jak na Okęciu ale reprezentacja świata.Lot American Airlines rozczarował mnie ale... pozytywnie. Tyle się naczytałem o ssyfie i niskiej jakości obsługi, a tymczasem, było inaczej niż zazwyczaj to bywa ale niekoniecznie znowu jakoś strasznie słabo. Fotele z spersonalizowanymi ekranami LCD – po raz drugi obejrzałem „Burn before reading” (akurat w sam raz film o głupich amerykanach) i pośmiałem się przy „The Office”. Jedzenie – było. Raz „beef strogonow”, potem słynna pizza – to drugie to z pewnością najgorsza pizza jaką jadłem w życiu. To pierwsze też bardzo słabe smakowo. Ale się nie posrałem od obu – a straszono :-). Z rzeczy ciekawych (ciekawe kogo takie obserwacje interesują), średnia wieku personelu pokładowego oscylowała około 55-tki!!! U nas takich starych ludzi się zjada albo chociaż wpycha pod koła samochodów z litości. W AA tacy jeszcze normalnie pracują. Generalnie, wrażenie jakby obsługiwał cię zespół z domu starców, do tego kapkę niemiły. Lot minął nawet szybko i przyjemnie, miałem dla siebie dwa fotele i sporo miejsca, nie ma to jak kryzys jednak!!! W samolocie było pełno ortodoksyjnych Żydów. Starych, bardzo starych, tak starych że z zieloną cerą, młodych i bardzo młodych. Wszyscy ubrani na czarno, z obowiązkowymi kapeluszami i białymi skarpetkami – po co im to ostatnie, to już nie wiem.
Lądowanie w NYC to mega wrażenie – chociaż przylatuje się z dupy strony tak naprawdę, to widok morza, dosłownie morza, ciągnącego się po horyzont morza świateł wgniata w fotel i przypomina, że pod nami prawdziwe megacities, metropolia świata, pępek i serce cywilizacji jaką znamy!!!
Potem śpiący i zmęczony ciężarem plecaków udałem się w podróż do miejsca popasu. Tak jak już napisałem, trafiłem bez pudła, co wprawia mnie w sumie w dobry humor. Teraz umyje zęby i ręce i pójdę spać...