środa, 25 lutego 2009

08.02 Poszukiwanie odnalezionej łazienki i pomylone drzwi azjatki

Poszukiwanie odnalezionej łazienki i pomylone drzwi Azjatki

08.02

Dzisiaj, jak zawsze, nieźle złaziłem City – nogi ledwo czuje, a przy okazji, przypomniałem sobie czego zapomniałem (co za zwrot!). Nie mam plastrów na odciski, chociaż w sumie teraz bardziej mi trzeba plastrów na rany.
Z rzeczy poza turystycznych, podczas mijającego dnia, wydarzyły się dwie rzeczy. Jak już wspominałem, w łazience nie ma zimnej wody, a mycie się we wrzątku jest dosyć trudne. Jak się jednak okazało, wystarczy przejść dosłownie 5 metrów w głąb korytarza, by znaleźć... kolejną łazienkę, tym razem z działającym prysznicem... Hmmm, czasem widać można przelecieć tysiące kilometrów by zgubić się w hostelu!!! Ale ze mnie lama. Już nie muszę myć się w umywalce – hurra :D.
Drugie wydarzenie ma podłoże mistyczne i obecnie nie jestem pewny czy się na pewno wydarzyło. Około 2 w nocy budzę się i słyszę pukanie do drzwi. Ktoś mówi „hello” i dosyć mocno wali w drzwi. Na początku nie chciałem otworzyć ale potem pomyślałem sobie, że a nuż się coś dzieje i moja postawa mizantropijna nie jest na miejscu. Więc otwieram a tam... mała Azjatka z walizką!!! A ja z potarganymi włosami i majtkami w świnki!!! Wszystko wygląda pewnie dziwnie, słyszę „upppssss” z jej ust i „sorrryyyy” (też z jej ust). Azjatka się wycofuje z rumieńcem odpowiadającym temu co zobaczyła :-). Żeby była jasność, dodam od razu, że byłem bardzo miły, zapytałem się nawet jak jej mogę pomóc. Ot, zabawna nocna pomyłka. Ktoś bardziej pewny siebie dodałby pewnie, że pomyłka iście freudowska. No i pytanie: czy to się naprawdę wydarzyło???

Jeżeli zaś chodzi o merytorykę podróżniczą, to dzisiaj rano zacząłem od Harlemu. Wysiadłem na 145 street i zafundowałem sobie spacer krok po kroku z Lonely Planet. Pierwszy raz w życiu i powiem szczerze, że był to dobry wybór, bo zobaczyłem wszystko co najważniejsze. Harlem, słynna dzielnica czarnych, zrobiła na mnie wrażenie niezłe. Już podróż metrem pokazuje, że wkraczamy do „innego świata”. Jakiego? Ano, po pierwsze, jest duużo brudniej niż normalnie. Śmieci walają się po ulicach. Nie ma także „normalnych”, sieciowych sklepów, dominują małe sklepiki, my byśmy powiedzieli, że „osiedlowe” (takie normalne też oczywiście są, tyle że nieco dalej). Okryte patyną czasu, jakby żywcem wyjęte z filmów z lat 70-tych. Budynki? Część trzyma poziom Manhattanu jaki znam, ale część to rudery albo amerykańskie blokowiska.

Są także miejsca gdzie zabudowa jest dużo rzadsza. Generalnie widać, że jest to biedniejsza część miasta i, hmmm, nie chce wyjść na rasistę ale widać także, że czarni doprowadzili je do takiego stanu w jakim jest. Wszystko jest jednak autentyczne. Bezpieczeństwo? Nie czułem się źle, jednak przez większość czasu byłem jedynym białasem dookoła. Kilka razy zdarzyło się, że kierowcy trąbili i się na mnie patrzyli, nie wiem co to miało znaczyć, więc nie będę tworzył do tego teorii. Dzielnica robi się jednak coraz bardziej turystyczna, chociaż wycieczki są przede wszystkim organizowane, byłem jedynym który zwiedzał sam, za to grupy białasów prowadzone przez przewodnika, widziałem często. Harlem jest także coraz bardziej „biały” – artyści i zboczeńcy mają ten niezmienny dar do zamieszkiwania w mniej bezpiecznych dzielnicach. U nas to była Praga, w NYC są to czarne dzielnice. Mieszkańcy są w ogóle ciekawi. To prawdziwi amerykanie raczej, a nie świeża emigracja z Afryki. Rysy mają bardziej „cywilizowane” (przepraszam za takie określenia ale taka prawda!), kolor skóry bardziej kakaowy niźli hebanowy, a ubiór. No tu właśnie jest najciekawiej, bo chociaż są powszechne bluzy, dżinsy i dresy to spora część nosi się z elegancka, a więc garnitury, kapelusze, skórzane buty a wszystko na modłę „gangsterzy z lat 30-tych”. Są także rastafarianie i ludzie o etiopskich rysach – patrz poniżej.

Co w tym Harlemie można zobaczyć? Architektura – o niej już wspominałem. Domy takie jak wszędzie, może nieco skromniejsze i z pewnością brudniejsze. Z atrakcji wartych wspomnienia są kościoły, w tym kościół abisyński! Do tego budynek YMCA, zasłużony dla sprawy równouprawnienia. Na końcu wycieczki czekał na mnie słynny Apollo Theatre, mieszczący się w raczej niewielkim i raczej słabo utrzymanym budynku.
Potem przyszła pora na Greenwich Village. Mam w domu taki film (nie obejrzałem do końca ale na pewno obejrzę jak wrócę!), „Papież z Greenwich Village”. Niestety nie znalazłem miejsca jednej ze scen, pewnie kręcono to gdzieś indziej. Sama okolica zupełnie inna od porannych przygód. Na ulicach sami biali!!! Zabudowa willowa, wszędzie czysto i spokojnie. Na ulicach jednak dominuje zestaw facet+facet ... Spacer po tej okolicy przypomina mi tylko, że NYC składa się ze swoich małych czy nieco większych dzielnic i doprawdy każda z nich ma inny styl...

Wieczorem zaś połaziłem znowu po Times Square i okolicach – nic nowego.
Generalnie jestem tu dopiero trzeci dzień, a już się czuję jakbym tu był wieki całe. Praca jest tylko odległym wspomnieniem. Moja pamięć sięga głównie okresu odkąd tu przyjechałem – to co było wcześniej zepchnąłem w głąb świadomości. W sumie o takie wyzerowanie mi chodziło. Jutro pora na Brooklyn a pojutrze Nowy Orlean :-)
SS