poniedziałek, 20 lutego 2012

20.02, Kreml i Metro, czyli coś dla elit i coś dla ludzi pracy

Mówisz Lenin - myślisz Partia. Mówisz Moskwa – myślisz? Oczywiście, Kreml. Codziennie wałęsałem się pod jego czerwonymi murami, spacerując czy to po Placu, czy wzdłuż zaśnieżonych Aleksandrowskich Sadów. W końcu, w poniedziałek, przyszła pora na wejście do środka, prosto do serca rosyjskiej państwowości. Z racji, że owa państwowość, od swego zarania, kończąc na współczesności, ma silny rys autorytarny i cechuje się głęboką pogardą dla poddanych, przekraczając główną bramę, czułem się jakbym wstępował na Olimp, łaskawie dostępny dla śmiertelników. Dbali o to strażnicy, którzy najpierw nie przepuścili mnie z torbą (chociaż osoby przede mną jakoś umknęły ich sokolemu wzrokowi), a potem z wielką, wielką niechęcią przeszukali moje kieszenie i nie znajdując tam nic zagrażającego Mateczce Rosji, pozwolili mi przejść dalej.

Sam Kreml oznacza ni mniej ni więcej a warownię, zbudowaną na wzniesieniu i znajdującą się w granicach miejskich (w praktyce współczesności – samemu stanowiąc obecnie centrum miast). Podobnych tworów jest w całym kraju bez liku. Swój własny Kreml ma więc zarówno Jarosław, Psków, Kazań, jak i syberyjski Tobolsk. Ale najsłynniejszy to oczywiście ten największy, moskiewski, który stanowi symbol władzy, niezależnie od tego czy była ona carska, komunistyczna, jelcynowska czy putinowska. W jego murach, ponoć grubych czasem i na sześć metrów, znajdują się nie tylko ważne budynki publiczne i urzędowe, ale również cerkwie. Z tego oto miejsca swoimi włościami rządzili kolejni carowie, a na początku XVII wieku, w twierdzy dwukrotnie osadziły się oddziały polskie. O tym ostatnim zresztą, Rosjanie nam pamiętają do dzisiaj...

Tereny wewnątrz dostępne są dla zwiedzających jedynie w małej części, a zdecydowana większość budynków nadal pełni takie czy inne, państwowe funkcje, strzegąc tajemnic przed ciekawskimi. Spacerować po „turystycznej” części można na szczęście dosyć swobodnie, chociaż porządku strzegą rozstawieni co kilkanaście metrów żołnierze. Co jakiś czas powietrze przeszywa dźwięk gwizdka i krótkie słowne ostrzeżenie, gdy któryś z cywili przekroczy granicę między sacrum a profanum. Nie mogłem być gorszy i również stałem się na chwilę zagrożeniem dla porządku Rosji, zbliżając się zanadto do miejsc, gdzie nie byłem mile widziany. Po szerokich trotuarach brukowanych kostką przejeżdżają eleganckie samochody prowadzone przez panów o poważnych minach i okularach godnych detektywa Rutkowskiego. Nie muszę dodawać, że tzw. migałki, wcale nie zwalniały widząc mnie na swojej drodze. Zarówno w kremlowskich murach, jak i na zewnątrz nich, są prawdziwym utrapieniem tak przechodniów jak i innych użytkowników dróg, którym co chwila pokazują kto tu tak naprawdę rządzi. Ot, jesteśmy w Rosji.

Zaraz przy wejściu pierwszym budynkiem, który rzuca się w oczy jest biało-szklany Państwowy Pałac Kremlowski, czyli dawny Pałac Zjazdów. Gdzie, jak można się domyśleć,odbywały się kolejne zjazdy KC KPZR. Nie za bardzo pasuje on do reszty, bo pochodzi z przełomu lat 50/60-tych i z poziomu obserwatora nie prezentuje się jakoś imponująco. Sekret polega bowiem na tym, że oprócz tych kilku pięter „w górę”, posiada on również kilka pięter „w dół”. Wszystko ponoć po to, by nie wybijał się on zanadto z reszty zabudowy. Dzisiaj odbywają się tam koncerty pop, gdzie gośćmi jest zapewne ściśle wybrana wierchuszka Moskwy i okolic.


Zabudowa dookoła, tak szczerze, imponuje pod względem historycznym, imponuje pod względem znaczenia, ale wizualnie wygląda dokładnie tak samo jak setki innych budynków z epoki renesansu (Arsenał, Senat). Dopiero kawałek dalej, na Placu Terenmoj, widać prawdziwą Rosję w oryginalnych szatach. Władza komunistyczna zajadle zwalczała wpływy kościoła, słusznie, widząc w nim głównego konkurenta w walce o rząd dusz. Nie przebierano w środkach, niszczono tysiące cerkwi na terenie całego kraju, mordowano duchownych, sprowadzano wiarę do wymiaru zabobonu. Jednak na Kremlu zachowano wszystkie zabytki sakralne w dobrym stanie, zmieniając jedynie ich przeznaczenie z religijnego na muzealne. Zupełnie jakby owa batalia z kościołem była jedynie pozorem, występem dla szerokiej publiczności. W zaciszu własnego gniazda ani Leninowi, ani Stalinowi nie przeszkadzał już zupełnie widok na cerkiewne kopuły, wieże i prawosławne krzyże...






Warto było starannie zwiedzić wnętrza wszystkich soborów i przenieść się o dobre kilkaset lat wstecz. Ikony, ikonostasy, zdobienia, malowidła, obrazy zrobiły wrażenie nawet na mnie, chociaż nie należę do miłośników sztuki, tym bardziej, sztuki sakralnej. Z niechęcią wychodziłem na zewnątrz, także dlatego, że czwarty dzień na mrozie kosztował mnie coraz więcej trudności. Podmuchy lodowego wiatru sprawiały, że szczękałem zębami, a połowa nóg zaczęła palić, przypominając o tym, że Moskwa w zimę to nie są rurki z kremem, a noszenie kalesonów wcale nie przekreśla tego, że jest się macho...





Miejsce jest urodziwe i cieszyłem się, że znalazłem się tam, szczególnie, że w poniedziałek nie było tłumów i byłem „niemal” sam. Trudno mi jednak zrozumieć te wszystkie przewodnikowe mądrości, które sugerują, że na Kreml należy przeznaczyć cały dzień, albo najlepiej dwa. W bardzo niespiesznym tempie zobaczyłem wszystko co mogłem i wszystko co nie było zamknięte na cztery spusty. Po trzech godzinach znowu byłem wolnym człowiekiem i w te pędy pobiegłem do GUM-u, żeby w darmowym cieple nieco podreperować zdrowie przed ostatnim akordem moskiewskiej przygody, jakim miało być kilka podróży metrem.

Tak naprawdę, każdego dnia korzystałem z jego usług, chociaż nie zawsze było to rozwiązanie wygodne. Przejście Twerską z hotelu na Plac zajmowało mi może dwadzieścia minut, a znalezienie wejścia do podziemi, zjechanie w dół schodami, przejazd, wyjście na powierzchnię, mam wrażenie, pozwalało zaoszczędzić mi ledwie kilka minut. Mimo wszystko, odczuwałem spory niedosyt, bo na metro można spokojnie byłoby poświęcić oddzielny dzień, jeżdżąc po ponad 300 km tras, wysiadając na ponad 180 (!!!) stacjach.




Niektóre z nich są piękne, monumentalne i marmurowe aż do przesady. Inne przypominały mi bardziej te znane z Taszkientu czy Tbilisi – skromne, funkcjonalne i obdarte z upiększeń. Najstarsze pochodzą z lat 30-tych, największe – z lat 50-tych, ale system rozbudowuje się nadal, po dziś dzień, sięgając dalej i dalej od śródmieścia. Większość z nich położona jest głęboko pod ziemią, tylko w kilku miejscach można wyjechać na powierzchnię i zobaczyć niebo. Stacja przy Parku Pokoju należy do tych wywierconych najgłębiej – 84 metry pod ziemią. Ale nawet 30-40 metrów daje gwarancję, że człowiek zanim zjedzie na dół zdąży zapomnieć po co i gdzie się w ogóle wybiera. Ten system oczywiście żyje, dzień w dzień wkłada w siebie i wypluwa dziesiątki milionów pasażerów, więc czasami marmury lśnią, często jednak wszystko jest popękane, śmierdzące i gnijące. Nigdzie nie znalazłem do końca zrozumiałej odpowiedzi, dlaczego władza komunistyczna, zazwyczaj ostatnia w poprawianiu jakości życia swoich poddanych, postanowiła wybudować coś tak imponującego i dodatkowo coś, co z samego założenia nie będzie służyło samej władzy. Była w tym na pewno jakaś argumentacja quasi-wojskowa (ale nie dominująca, bo epoka atomu była dopiero wizją przyszłości), na pewno chęć współzawodnictwa z zachodem, ale to nadal nie wyjaśnia prawdziwych intencji. No nieważne. Plotki głoszą, że oprócz części „publicznej” istnieje jeszcze Metro-2, które powstało na potrzeby szybkiego przemieszczania się elity z miejsca na miejsce. Nawet jeżeli to tylko „urban legend”, jak na dawne ZSRR brzmi realnie i wręcz namacalnie.





Na początku miałem nieco oporów przed robieniem zdjęć, w końcu, prawie rok temu z tego powodu zostałem spisany w Gruzji i nie miałem zaufania do tego czy tutaj aby na pewno jest inaczej. Metro w Moskwie było ponurą areną kilku zamachów terrorystycznych i patrząc na „zabezpieczenia”, w postaci strażniczki siedzącej w budce oraz lekko tępawych z twarz policjantów, niestety, można spodziewać się, że to nie koniec...

Perony zawsze były pełne ludzi, chociaż w godzinach szczytu, kolejne kolejki podjeżdżały dosłownie co minutę. Szkoda, że zaczęło mi już brakować czasu, bo stacje Arbacka i Kijowska rozbudziły mój apetyt na dalsze poszukiwania smaczków z minionej epoki. O ile na powierzchni nikt nie przejmował się żadną dekomunizacją, tak w metrze nawet destalinizacja została przeprowadzano po łebkach. Oczy przechodniów nadal więc cieszą płaskorzeźby chłopów i robotników, mozaiki składające się na Lenina, Marksa, Engelsa, a tu i tam, mignie nawet poczciwy Soso w łanach zbóż.



Wyszedłem ostatecznie na Aleksandrowskich Sadach (znajdując fresk ku czci największego myśliciela naszych czasów) i z wielkim, wielkim żalem postałem chwilę na Placu jeszcze raz delektując się faktem, że jestem w miejscu, gdzie niegdyś przetaczały się defilady, a tuż obok, na mównicy stali przywódcy państwa, którego bali się wszyscy. Tak wrogowie, jak i jego obywatele. Co by nie pisać, muszę przyznać, że w tamtych czasach, Moskwa MUSIAŁA robić wrażenie na przyjezdnych i była imponującą reklamówką potencjału jaki rzekomo drzemał w komunizmie.

Już na lotnisku zerkam na przewodnik i … ech, tylu miejsc nie zobaczyłem, że chyba wypadałoby wrócić. Najlepiej w lato. Więc, zapewne, Moskwo, do zobaczenia :)

niedziela, 19 lutego 2012

19.02, Wycieczka w przeszłość

Rano melduję się, a jakże, na Placu. Tym razem z konkretnym planem w postaci wejścia do środka Mauzoleum. Ustroje się zmieniają, ale czy to Związek Radziecki czy Nowa Rosja, truchło Lenina traktowane jest z namaszczeniem godnym najcenniejszej relikwii. Co ja piszę. To przecież JEST naczelna relikwia całego państwa, odwiedzana po dziś dzień przez wyznawców i ciekawskich, podziwiana w ciszy, skupieniu, powadze. Do Mauzoleum nie można wejść ot tak sobie, z ulicy. Podwoje otwarte są jedynie w wybrane dni tygodnia, do tego ledwie przez kilka godzin. Oczywiście, za darmo, zapewne w ramach krzewienia dumy w narodzie. Co prawda, środek zimy to nie czasy, gdy na Placu wiją się tasiemcowe kolejki, ale swoje i tak trzeba odstać. Najpierw jednak żołnierze każą oddać do przechowalni wszelkie torby, aparaty i inne rzeczy uznane za niestosowne w owym miejscu zadumy. Popatrzyłem na małą grupkę czekających, na ich poważne miny i pomyślałem, co ja tak naprawdę tu robię. W granitowej pseudo-piramidzie, w szklanym sarkofagu spoczywa wywoskowane truchło zbrodniarza, dookoła panuje religijna atmosfera obcowania z absolutem, a ja na poważnie zamierzam oddać swoisty hołd ikonie totalitaryzmu. Ogarnia mnie taka wściekłość, że zaciskam swoje malutkie piąstki w geście nienawiści, odwracam się na pięcie i muszę powstrzymywać się, by nie splunąć na pożegnanie w kierunku owej świątyni ludzkiej niepamięci. Znajdą się tacy, którzy krzykną, że przecież Lenin żadnym bandytą nie był, że nie miał krwi na rękach (a jeżeli już miał to mało i tylko tych, którzy zasługiwali na to, by im jej nieco upuścić!). Komunistom udała się sztuka wręcz niebywała. Poprzez wyolbrzymianie Stalina i jego dewiacyjnego charakteru, udało się zepchnąć w niebyt chwalebne „dokonania” jego kompanów. W zbiorowej świadomości, świadomości ludzi prostych i nauczonych, by samemu nie męczyć się procesem dochodzenia do własnych wniosków, Lenin jawi się jako niezbrukany grzechem ideolog. Wiadomo, „chciał dobrze”, ale za szybko mu się zmarło. Napisał kilka mocnych odezw i tekstów quasi-naukowych, gdzie nawoływał do czystek i tłumaczył, że niektórym z ludzi nie będzie po drodze ze zmianami, więc należy ich wybić do nogi, ale traktowane to jest pobłażliwie, niczym bajania sympatycznego w sumie, postrzelonego dziadka. Po co mu wypominać chociażby „rozkozaczanie” Krymu, czyli de facto pierwsze radzieckie ludobójstwo, po co mówić o walce klas i jej ofiarach na które się godził i których oczekiwał, o sądach i ich roli w tępieniu wrogów ludu wskazywanych jego palcem? Lenin stworzył podwaliny aparatu represji, które Stalin jedynie „udoskonalił” w jedyny możliwy, czyli sadystyczny sposób. Osobiście stworzył część paragrafów sowieckiego kodeksu karnego, który jego następcy służył efektywnie przez następne dekady walki klasowej. A dzisiaj, po latach, straszy jego podobizna z tysięcy t-shirtów, a on sam leży wypchany trocinami na Placu Czerwonym, przyjmując kolejne audiencje kretynów niczym faraon komunistycznej religii. Cieszę się, że w porę przyszła do mnie refleksja, która sprawiła, że chociaż do tego grona pół-mózgów, nie można mnie zaliczyć. Niech sobie podziwiają go inni, nie ja. Zresztą, czy Lenin naprawdę umarł? Przecież kilka kroków dalej, w podziemnym przejściu na Twerskiej, codziennie widziałem go w asyście Stalina, gdy pozował do zdjęć na tle czerwonego sztandardu (odpłatnie) i uśmiechał się do przechodniów (za darmo)...

Zamiast więc do Mauzoleum, skierowałem swoje antykomunistyczne nogi do metra i ruszyłem w stronę VVT. Po wysiadce, trafiam do innego świata. Ledwie kilka minut od śródmieścia, ale dookoła mnie jest już Moskwa bliska przedmieściom i robotniczym dzielnicom. Znika gdzieś zwarta zabudowa, wszystko robi się szarawe, rozlazłe i nijakie. Nawet zakorkowane ulice prezentują się skromniej, posępniej. Dominujące do tej pory nowe, drogie SUV-y ustępują miejsca Ładom i innym wybrykom rosyjskiej myśli technicznej. Pod stacją kręcą się drobni pijaczkowie i młodzież w dresach o rozbieganych spojrzeniach.

W pobliskim parku czeka na mnie pierwsza atrakcja tej okolicy. Pomnik Zdobywców Kosmosu, zwany po prostu Obeliskiem, sterczy ze śniegu i sprawia wrażenie jakby pochodził nie z tej ziemi. Słońce świeci w dziwny sposób, nie jest w stanie przebić się przez chmury, starcza mu siły jedynie na rzucanie dookoła nienaturalnej, przyciemnionej poświaty. Dookoła podstawy znajdują się płaskorzeźby przedstawiające cały ów robotniczo-chłopski trud uwieńczony sukcesem w postaci wystrzelenia pierwszego sztucznego satelity na orbitę. Pieczę nad wszystkimi sprawuje oczywiście mój poranny ulubieniec, z tą samą miną co zazwyczaj, wpatrzony gdzieś w dal, pogrążony we własnych, wielkich zapewne, myślach. Tak czy owak, zarówno sam pomnik, jak i sukces, który upamiętnia, robią wrażenie. W końcu, komunizm może i nie produkował podpasek czy papieru toaletowego, nie przywiązywał wagi do użyteczności czy wygody wytwarzanych dóbr, ale zdołał posłać człowieka w kosmos. I jakby tak się nad tym zastanowić, to jest rzecz niesamowita, zupełnie jakby neandertalczyk zagrał chopinowską klasykę na pianinie .







Kawałek dalej znajduje się Muzeum Kosmonautyki, na odwiedzenie którego miałem sporą ochotę. Jeszcze w domu śliniłem się na myśl tych wszystkich eksponatów radzieckiej technologii. Niestety, kolejka do wejścia była długa i składała się wyłącznie z małych dzieci. W takim wypadku poszedłem od razu w kierunku naczelnej atrakcji okolicy, czyli VVT.

VVT (albo VVC, tudzież WDNCh) to skrót (mniej więcej) od Ogólnorosyjskiego Centrum Wystawienniczego. Sowieci mieli, to też im trzeba przyznać bez bicia, ogromny talent do tworzenia i używania wszelakich skrótów i synonimów, które brzmiały jak najpilniej strzeżone tajemnice. W praktyce, VVT to spory teren na którym znajdują się rozliczne pawilony oferujące w dzisiejszych czasach rozrywkę rodem z warszawskiego Cricolandu (przaśne lata 90-te dla niewiedzących). Wszystko pachnie radosną, ruską zabawą dla mało wymagających. Tu i tam jakieś strzelnice, gdzie można wygrać misia dla ukochanej, grill z szaszłykami, stoisko z badziewiem albo alkoholowe miejsca rozpusty. Wszędzie panuje typowa bylejakość, nijakość, ale ludzi sporo i widać im się to wszystko podoba. Zawsze można po prostu pospacerować, ale dla mnie, VVT to coś więcej. To podróż w czasie wprost do ZSRR w dobie swego rozkwitu (gdzie przypomnijmy, wysyłano psy i ludzi w kosmos, całej reszcie każąc podcierać się w kiblach gazetami, bo władza ludowa srajtaśmy produkować czasu nie miała).


W Moskwie nikt nie zaprzątał sobie głowy żadną „dekomunizacją”. Owszem, w okresie rozliczania okresu stalinowskiego, pozbyto się popiersi Józefa Wissarionowicza i części reszty śladów po kulcie (tejże) jednostki. Przez jakiś czas jego zwłoki dzieliły zresztą miejsce w Mauzoleum razem z Leninem, ale ostatecznie w 1961 roku pochowano go pod murami Kremla. A cała reszta? Zostało wszystko. Do dzisiaj, elewacje budynków przyozdobione są czerwonymi gwiazdami, sierpami, młotami. Ilicz Uljanow zerka na nas z zupełnie niespodziewanych miejsc i nie przeszkadza mu, że tu czy tam, widok ma lekko zasłonięty kolorowymi szyldami. Tereny VVT zaś to absolutny sowiecki skansen, pełen realizmu socjalistycznego zachowanego praktycznie bez skazy w porównaniu do czasów ZSRR.



W zamierzeniu twórców, park miał być, uwaga, bo to zabawne, komunistyczną odpowiedzią na Disneyland. W pawilonach prezentowano osiągnięcia poszczególnych związkowych republik (dzisiaj wybija się nadal pawilon ormiański, gdzie można kupić najlepsze koniaki pochodzące z Armenii), a porozstawiane tu i tam archiwalne zdjęcia pokazują lśniące, białe budynki i piękne fontanny.

Na końcu kompleksu, naprzeciwko szumnie nazywanego „Pawilonem Kosmosu” budynku, stoi największa dzisiaj atrakcja VVT, czyli … oryginalna rakieta Wostok! Taki sam model m.in. wyniósł na orbitę Jurija Gagarina. I nadal robi ona wrażenie, mimo iż ma już dobre pół wieku... Obok niej znajduje się jeszcze samolot, ale powiedzmy sobie szczerze, kto normalny będzie się patrzył na zwykły samolot, jeżeli ma się przed sobą taki widok jak ten?






Nie omieszkałem także odwiedzić kosmicznego Pawilonu. Spodziewałem się … sam nie wiem czego. Że będzie tam chociaż ciepło? Przestronnie i czysto? W środku budynek wyglądał jak opuszczona tańcbuda ze wsi, do tego było tam równie zimno co na zewnątrz. Kilka sklepów nieszczególnie zachęcało do zakupów, chociaż, gdyby ktoś szukał, znajdzie tam miły i dosyć tani punkt, gdzie można nabyć sensowne pamiątki z tego szalonego miasta.



Jako że tej niedzieli pogoda była naprawdę ekstremalna, wracam powoli w objęcia metra. Wysiadam na stacji Turgieniewskiej i doświadczam na własnej skórze ogromu tego systemu komunikacji. Podziemnymi przejściami idę dobre dziesięć minut. I to ciągle w dobrym kierunku! Świeże, mroźne powietrze witam z radością i ulgą. Przez chwilę myślałem, że już nigdy nie skończę wędrować korytarzami.


Spaceruję po przemiłym bulwarze Czystyje Płudy, który jest centrum równie miłej, przyjemnej dzielnicy dookoła. Na środku parku znajduje się zamarznięte jezioro, na którym moskwiczanie trenują hokej albo jazdę prawie-figurową. Do tej pory zobaczyłem drobny wycinek miasta, ale to miejsce przypadło mi do gustu wyjątkowo. Może ze względu na ciszę wymieszaną z poczuciem wielkomiejskości? Możliwe. W lato musi tu być jeszcze pięknej, kiedy kwitną drzewa, a powietrze jest ciepłym przyjacielem, a nie zimnym wrogiem. Jako, że w plecaku nosiłem ze sobą „Mistrza i Małgorzatę” chciałem tego dnia dotrzeć do miejsc znanych z powieści. Oczywiście, nie byłbym sobą gdybym się nie pomylił. Chciałem naturalnie zobaczyć Patriarsze Płudy, ale zbieżność nazw doprowadziła mnie w inne miejsce. I tak nie żałowałem...




… A jak już zjadłem, popiłem kwasu i zregenerowałem się po pierwszych odmrożeniach, postanowiłem, że wizyta w Moskwie bez odwiedzenia wyżej wzmiankowanych Patriarszych Płud nie może zostać uznana za udaną, więc boli czy nie boli, trzeba tam dotrzeć. Oczywiście piechotą, bo metrem to żadna sztuka. Wędrowałem długo, przez rozliczne bulwary i zagracone samochodami uliczki. Mapka z przewodnika szybko przestała mieć jakikolwiek sens, więc zdałem się na swój instynkt, który, o dziwo, powiódł mnie w poprawnym kierunku. I w końcu, jeszcze przed zmrokiem, dotarłem na miejsce, spełniając swą powinność. Na środku skweru, małe deja vu, toczyła się w najlepsze zabawa na zamarzniętym stawie. Na ławkach przesiadywali spacerowicze, a ja przypominałem sobie jak to w licealnych czasach, z pewną nieśmiałością, zabrałem się za czytanie dzieła Bułchakowa, tylko po to, by je skończyć po długiej, nieprzespanej nocy. Po wielu latach jestem w miejscu, gdzie książkowy Berlioz pierwszy raz spotkał Szatana.

Chociaż ledwo już powłóczyłem nogami, nad dachami majaczyła mi kolejna wieża następnej „siostry Stalina” i postanowiłem popatrzeć na wieżowiec z bliska. Nie wydawało się, że jest to jakoś daleko, ale pozory mylą. W końcu, „nasz” PKiN też wygląda jakby był na wyciągnięcie ręki nawet z Dolnego Mokotowa. Trasa wiodła mnie dziwną, szeroką i pustą ulicą, po której hulał zimny, wrogi wręcz wiatr. To była, kolejny raz, Moskwa odległa od wyobrażeń napędzanych kolorowymi reklamami.

Sam budynek okazał się przynależeć do tych najmniejszych z całej siódemki. Zlokalizowany przy Placu Kudrińskiego, był za czasów świetności apartamentowcem dla sowieckich elit. Jego obecne przeznaczenie nieco chyba odbiega od zamierzeń, a i otoczenie sparszywiało. Postałem chwilę na mrozie i ostatkiem sił dotarłem Nowym Arbatem w kierunku Kremla.




Tego wieczoru ciężko było mi pożegnać się ze skąpanym w nocnych światłach, Placem Czerwonym. Ilekroć miałem już wracać do hotelu, tylekroć odwracałem się, by popatrzeć na kolorowe kopuły Bazyliki. Pod nogami spacerowiczów przyjemnie chrzęścił ubijany śnieg, wygrywając przyjemną dla ucha melodię. Kto by się spodziewał, że Moskwa zrobi na mnie tak pozytywne wrażenie?