Sam Kreml oznacza ni mniej ni więcej a warownię, zbudowaną na wzniesieniu i znajdującą się w granicach miejskich (w praktyce współczesności – samemu stanowiąc obecnie centrum miast). Podobnych tworów jest w całym kraju bez liku. Swój własny Kreml ma więc zarówno Jarosław, Psków, Kazań, jak i syberyjski Tobolsk. Ale najsłynniejszy to oczywiście ten największy, moskiewski, który stanowi symbol władzy, niezależnie od tego czy była ona carska, komunistyczna, jelcynowska czy putinowska. W jego murach, ponoć grubych czasem i na sześć metrów, znajdują się nie tylko ważne budynki publiczne i urzędowe, ale również cerkwie. Z tego oto miejsca swoimi włościami rządzili kolejni carowie, a na początku XVII wieku, w twierdzy dwukrotnie osadziły się oddziały polskie. O tym ostatnim zresztą, Rosjanie nam pamiętają do dzisiaj...
Tereny wewnątrz dostępne są dla zwiedzających jedynie w małej części, a zdecydowana większość budynków nadal pełni takie czy inne, państwowe funkcje, strzegąc tajemnic przed ciekawskimi. Spacerować po „turystycznej” części można na szczęście dosyć swobodnie, chociaż porządku strzegą rozstawieni co kilkanaście metrów żołnierze. Co jakiś czas powietrze przeszywa dźwięk gwizdka i krótkie słowne ostrzeżenie, gdy któryś z cywili przekroczy granicę między sacrum a profanum. Nie mogłem być gorszy i również stałem się na chwilę zagrożeniem dla porządku Rosji, zbliżając się zanadto do miejsc, gdzie nie byłem mile widziany. Po szerokich trotuarach brukowanych kostką przejeżdżają eleganckie samochody prowadzone przez panów o poważnych minach i okularach godnych detektywa Rutkowskiego. Nie muszę dodawać, że tzw. migałki, wcale nie zwalniały widząc mnie na swojej drodze. Zarówno w kremlowskich murach, jak i na zewnątrz nich, są prawdziwym utrapieniem tak przechodniów jak i innych użytkowników dróg, którym co chwila pokazują kto tu tak naprawdę rządzi. Ot, jesteśmy w Rosji.

Zaraz przy wejściu pierwszym budynkiem, który rzuca się w oczy jest biało-szklany Państwowy Pałac Kremlowski, czyli dawny Pałac Zjazdów. Gdzie, jak można się domyśleć,odbywały się kolejne zjazdy KC KPZR. Nie za bardzo pasuje on do reszty, bo pochodzi z przełomu lat 50/60-tych i z poziomu obserwatora nie prezentuje się jakoś imponująco. Sekret polega bowiem na tym, że oprócz tych kilku pięter „w górę”, posiada on również kilka pięter „w dół”. Wszystko ponoć po to, by nie wybijał się on zanadto z reszty zabudowy. Dzisiaj odbywają się tam koncerty pop, gdzie gośćmi jest zapewne ściśle wybrana wierchuszka Moskwy i okolic.


Zabudowa dookoła, tak szczerze, imponuje pod względem historycznym, imponuje pod względem znaczenia, ale wizualnie wygląda dokładnie tak samo jak setki innych budynków z epoki renesansu (Arsenał, Senat). Dopiero kawałek dalej, na Placu Terenmoj, widać prawdziwą Rosję w oryginalnych szatach. Władza komunistyczna zajadle zwalczała wpływy kościoła, słusznie, widząc w nim głównego konkurenta w walce o rząd dusz. Nie przebierano w środkach, niszczono tysiące cerkwi na terenie całego kraju, mordowano duchownych, sprowadzano wiarę do wymiaru zabobonu. Jednak na Kremlu zachowano wszystkie zabytki sakralne w dobrym stanie, zmieniając jedynie ich przeznaczenie z religijnego na muzealne. Zupełnie jakby owa batalia z kościołem była jedynie pozorem, występem dla szerokiej publiczności. W zaciszu własnego gniazda ani Leninowi, ani Stalinowi nie przeszkadzał już zupełnie widok na cerkiewne kopuły, wieże i prawosławne krzyże...






Warto było starannie zwiedzić wnętrza wszystkich soborów i przenieść się o dobre kilkaset lat wstecz. Ikony, ikonostasy, zdobienia, malowidła, obrazy zrobiły wrażenie nawet na mnie, chociaż nie należę do miłośników sztuki, tym bardziej, sztuki sakralnej. Z niechęcią wychodziłem na zewnątrz, także dlatego, że czwarty dzień na mrozie kosztował mnie coraz więcej trudności. Podmuchy lodowego wiatru sprawiały, że szczękałem zębami, a połowa nóg zaczęła palić, przypominając o tym, że Moskwa w zimę to nie są rurki z kremem, a noszenie kalesonów wcale nie przekreśla tego, że jest się macho...





Miejsce jest urodziwe i cieszyłem się, że znalazłem się tam, szczególnie, że w poniedziałek nie było tłumów i byłem „niemal” sam. Trudno mi jednak zrozumieć te wszystkie przewodnikowe mądrości, które sugerują, że na Kreml należy przeznaczyć cały dzień, albo najlepiej dwa. W bardzo niespiesznym tempie zobaczyłem wszystko co mogłem i wszystko co nie było zamknięte na cztery spusty. Po trzech godzinach znowu byłem wolnym człowiekiem i w te pędy pobiegłem do GUM-u, żeby w darmowym cieple nieco podreperować zdrowie przed ostatnim akordem moskiewskiej przygody, jakim miało być kilka podróży metrem.

Tak naprawdę, każdego dnia korzystałem z jego usług, chociaż nie zawsze było to rozwiązanie wygodne. Przejście Twerską z hotelu na Plac zajmowało mi może dwadzieścia minut, a znalezienie wejścia do podziemi, zjechanie w dół schodami, przejazd, wyjście na powierzchnię, mam wrażenie, pozwalało zaoszczędzić mi ledwie kilka minut. Mimo wszystko, odczuwałem spory niedosyt, bo na metro można spokojnie byłoby poświęcić oddzielny dzień, jeżdżąc po ponad 300 km tras, wysiadając na ponad 180 (!!!) stacjach.




Niektóre z nich są piękne, monumentalne i marmurowe aż do przesady. Inne przypominały mi bardziej te znane z Taszkientu czy Tbilisi – skromne, funkcjonalne i obdarte z upiększeń. Najstarsze pochodzą z lat 30-tych, największe – z lat 50-tych, ale system rozbudowuje się nadal, po dziś dzień, sięgając dalej i dalej od śródmieścia. Większość z nich położona jest głęboko pod ziemią, tylko w kilku miejscach można wyjechać na powierzchnię i zobaczyć niebo. Stacja przy Parku Pokoju należy do tych wywierconych najgłębiej – 84 metry pod ziemią. Ale nawet 30-40 metrów daje gwarancję, że człowiek zanim zjedzie na dół zdąży zapomnieć po co i gdzie się w ogóle wybiera. Ten system oczywiście żyje, dzień w dzień wkłada w siebie i wypluwa dziesiątki milionów pasażerów, więc czasami marmury lśnią, często jednak wszystko jest popękane, śmierdzące i gnijące. Nigdzie nie znalazłem do końca zrozumiałej odpowiedzi, dlaczego władza komunistyczna, zazwyczaj ostatnia w poprawianiu jakości życia swoich poddanych, postanowiła wybudować coś tak imponującego i dodatkowo coś, co z samego założenia nie będzie służyło samej władzy. Była w tym na pewno jakaś argumentacja quasi-wojskowa (ale nie dominująca, bo epoka atomu była dopiero wizją przyszłości), na pewno chęć współzawodnictwa z zachodem, ale to nadal nie wyjaśnia prawdziwych intencji. No nieważne. Plotki głoszą, że oprócz części „publicznej” istnieje jeszcze Metro-2, które powstało na potrzeby szybkiego przemieszczania się elity z miejsca na miejsce. Nawet jeżeli to tylko „urban legend”, jak na dawne ZSRR brzmi realnie i wręcz namacalnie.





Na początku miałem nieco oporów przed robieniem zdjęć, w końcu, prawie rok temu z tego powodu zostałem spisany w Gruzji i nie miałem zaufania do tego czy tutaj aby na pewno jest inaczej. Metro w Moskwie było ponurą areną kilku zamachów terrorystycznych i patrząc na „zabezpieczenia”, w postaci strażniczki siedzącej w budce oraz lekko tępawych z twarz policjantów, niestety, można spodziewać się, że to nie koniec...

Perony zawsze były pełne ludzi, chociaż w godzinach szczytu, kolejne kolejki podjeżdżały dosłownie co minutę. Szkoda, że zaczęło mi już brakować czasu, bo stacje Arbacka i Kijowska rozbudziły mój apetyt na dalsze poszukiwania smaczków z minionej epoki. O ile na powierzchni nikt nie przejmował się żadną dekomunizacją, tak w metrze nawet destalinizacja została przeprowadzano po łebkach. Oczy przechodniów nadal więc cieszą płaskorzeźby chłopów i robotników, mozaiki składające się na Lenina, Marksa, Engelsa, a tu i tam, mignie nawet poczciwy Soso w łanach zbóż.



Wyszedłem ostatecznie na Aleksandrowskich Sadach (znajdując fresk ku czci największego myśliciela naszych czasów) i z wielkim, wielkim żalem postałem chwilę na Placu jeszcze raz delektując się faktem, że jestem w miejscu, gdzie niegdyś przetaczały się defilady, a tuż obok, na mównicy stali przywódcy państwa, którego bali się wszyscy. Tak wrogowie, jak i jego obywatele. Co by nie pisać, muszę przyznać, że w tamtych czasach, Moskwa MUSIAŁA robić wrażenie na przyjezdnych i była imponującą reklamówką potencjału jaki rzekomo drzemał w komunizmie.

Już na lotnisku zerkam na przewodnik i … ech, tylu miejsc nie zobaczyłem, że chyba wypadałoby wrócić. Najlepiej w lato. Więc, zapewne, Moskwo, do zobaczenia :)


































