sobota, 18 lutego 2012

18.02, Spacerem po Moskwie

Trafiłem na przyjemną, zimową pogodę. Jak na Moskwę w lutym była to pełna odwilż – ledwie dziesięć stopni na minusie. Tyle że odczuwanie tej temperatury różniło się diametralnie od analogicznych mrozów przeżywanych w domu. Wychodzę więc rano pełen energii i wewnętrznego ciepła, ale po kilku krokach zakładam rękawiczki, nasuwam mój gruby kaptur i poprawiam szalik. Mimo iż dzień w dzień spędzam bite dziewięć, dziesięć godzin na nogach, ciągły ruch wcale nie pomaga utrzymać komfortu cieplnego. Mówiąc wprost – marznę, szczękam zębami, na mojej brodzie najpierw zamarzają resztki wydychanej pary wodnej, które potem, w ciepłych wnętrzach roztapiają się zalewając mi usta bliżej nieokreśloną cieczą. Do tego ciągle chce mi się pić, jak już dorwę się do zmarzniętej butelki – wypijam ją całą. W takich chwilach cieszę się, że jeszcze niedawne (i zupełnie normalne!) temperatury po minus dwadzieścia stopni, są chwilowo daleko stąd.


Chociaż spacer ulicą Twerską do Placu zajmuje mi dobre dwadzieścia minut, praktycznie zawsze wybieram własne nogi, zamiast metra. Jest to dobra okazja, by popatrzeć na miasto, jego mieszkańców i otoczenie, które choć podobne do naszego, jest jednak zupełnie inne. Wielkomiejskość Moskwy wpędza w kompleksy nie tylko naszą poczciwą Warszawę. Stolica Rosji jest ogromna, monumentalna, w skali porównywalna chyba jedynie do Nowego Jorku. Tu i tam zniszczona, zaniedbana i zapomniana, ale nadal pokazująca, że na wiele ją jeszcze stać. Przejścia podziemne to tylko jeden przykład potwierdzający te słowa. Korytarze są rozległe, ciągną się pod ulicami, łączą się ze stacjami metra, przechodzą płynnie w ciąg prostych sklepów i bud z jedzeniem jakie znamy chociażby z okolic naszego poczciwego Dworca Centralnego. Ściany są lepkie, powietrzne pachnie dziwnie, ale oczami wyobraźni widzę to wszystko bez tej narośli i wtedy dopiero zdaję sobie można sprawę z tego, że w czasach swej sowieckiej świetności, Moskwa musiała być miastem tyleż dziwnym, co pięknym, marmurowym, alabastrowym i święcącym własnym blaskiem.



Skręcam nieco w bok i zapuszczam się w mniejsze uliczki, które walczyły z nadmiarem śniegu i błota. Nie ma tam nic ciekawego, ale przyjemnie jest popatrzeć na codzienne życie mieszkańców miasta. Niespiesznym tempem docieram do Aleksandrowskich Sadów u podnóża Kremla i kolejny raz pozwalam sobie na kontemplację Placu Czerwonego. Kiedy robi mi się nieznośnie chłodno, kieruje kroki do GUM-u, czyli regularnej bazy, gdzie mogłem za darmo skorzystać z toalety, ogrzać się, a czasem nawet usiąść na jednej z nielicznych ławek.





GUM, czyli (niegdyś) Gosudarstwiennyj Uniwiersalnyj Magazin to nic innego jak Dom Towarowy. Ale jaki! Można jedynie pozazdrościć takiej lokalizacji. Piękny i ogromny budynek pochodzący z końca XIX wieku, zamyka Plac od jednej ze stron i stanowi obok murów Kremla, Bazyliki i Leninowego truchła najważniejszą atrakcję turystyczną serca Moskwy. Wnętrza składają się z trzech piętrowych pasaży, przy których rozlokowały się najlepsze sklepy najlepszych marek. Nowobogaccy Rosjanie z chęcią robią tam zakupy – ilekroć są w domu, zamiast w Mediolanie czy Paryżu. Cała reszta biedaków, w tym ja, głównie spaceruje i podziwia witryny. Trudno uwierzyć, że za Sowietów, GUM był miejscem, gdzie ustawiały się dzikie kolejki po tak deficytowe i mało luksusowe towary jak tampony. Dzisiaj można tam podziwiać na ten przykład kilka egzemplarzy Porsche, ustawionych jeden za drugim ku zainteresowaniu przechodniów. Kupcy na pewno się znaleźli... W końcu, GUM to także wielki plener fotograficzny. Na sesje przychodzą nie tylko młode pary, ale przede wszystkim dziewczęta, które wzajemnie robią sobie zdjęcia i prężą się w wymyślnych pozach. Kto wie, być może za ich pomocą znajdą bogatych mężów, którzy zapewnią im status pozwalający robić w GUM-ie codzienne sprawunki...


Kręcę się nieco po Kitaj Gorodzie, a długa okrężna trasa wiedzie mnie w objęcia największej świątyni miasta, czyli Cerkwi Chrystusa Zbawiciela. W latach 30-tych została ona zrównana z ziemią na osobisty rozkaz Stalina. Na jej miejscu miał powstać Pałac Rad, wedle projektu, najwyższy wtenczas budynek na świecie, plany te przerwała jednak wojna i słabe podłoże (które zresztą sprawiło, że samą świątynię budowano w XIX wieku, bagatela, kilkadziesiąt lat!). Ostatecznie stanął tam … basen, a w latach 90-tych mer Moskwy, Jurij Łużkow, postanowił, że miastu zostanie przywrócona Cerkiew. Budowla robi wrażenie, tak z zewnątrz, jak i od środka, chociaż ulega ono nieco stępieniu, gdy człowiek przypomina sobie, że to jedynie rekonstrukcja (do tego, pospieszna, bo ukończona w kilka lat).




Sam Łużkow zresztą pozostawił po sobie jeszcze jedną „pamiątkę”. Na brzegu rzeki Moskwa wybudował ogromny pomnik Piotra Wielkiego, który godnie podkreśla wybitność tego władcy – łączna wysokość monumentu sięga bowiem prawie stu metrów. Spaceruję mostem i z zaciekawieniem zauważam, że w tej okolicy rzeka jest skuta lodem i całkowicie pokryta białym puchem. Rosyjska zima w najpiękniejszej swej odsłonie!




Z oddali mami mnie bliski kuzyn „naszego” Pałacu Kultury i Nauki. Angielskojęzyczna literatura nazywa owe budynki „Stalin Skyscrappers”, ale najlepiej pasujące do nich określenie to „siedem sióstr Stalina”. Różnią się wielkością, przeznaczeniem, jak i swymi losami w post-sowieckiej rzeczywistości. W przeciwieństwie do swego zagranicznego kuzyna z Polski, ich kubatura i wygląd pasują do Moskwy idealnie. Postanawiam więc zobaczyć ten jeden z bliska.

Najpierw idę przyjemnym Bulwarem Gogola, gdzie można odpocząć od hałasu pobliskich ulic. W Moskwie pełno jest wszelkich alej, bulwarów, parków. Mimo całego chaosu i zatłoczenia to bardzo zielone miasto, co szczególnie docenia się zapewne nie zimą, a latem. Chociaż i teraz ma to swoje uroki, szczególnie o tyle, iż wszędzie dookoła oczy cieszy gruba pokrywa białego, świeżego śniegu.


Skręcam w niepozorną uliczkę i melduję się na słynnym Starym Arbacie. To coś na wzór naszej Chmielnej, tyle, że naturalnie w zupełnie innej skali. W kamieniczkach przycupnęły rozliczne bary, kawiarnie i restauracje, które dzielą miejsce z galeriami sztuki. Na bruku, mimo mrozów, rozstawili się okoliczni artyści, którzy sprzedają swoje dzieła, albo czekają na chętnego na własny portret narysowany w pięć minut. Zza dachów kamienic co chwila pojawia się niekształtna bryła wieżowca, przypominając mi po co i gdzie idę.

Jak to często bywa, chodziło o to, by króliczka gonić, a nie złapać. Budynek to Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Sądząc po ozdobach na elewacji – nadal jest to organ władzy ZSRR. W porównaniu do PKiN, ta „siostra” wypada nieco skromniej, jeżeli chodzi o swoje gabaryty i wysokość (około 170 metrów w porównaniu do 230 metrów wersji rodzimej), natomiast zupełnie inna, co tu dużo pisać, czystsza jest jej barwa. Zamiast szarości, w oczy rzuca się dosyć żywy brąz, zgodny z oryginalnymi zamiarami.


Wrażenie ogromu jest przytępione także z tego względu, że w przeciwieństwie do PKiN budynek nie sterczy samotnie na placu, tylko jest zespolony z innymi, znajdując się tuż przy ruchliwej ulicy. Dumam chwilę, zadzieram głowę do góry i przeżywam uczucie, o które chodziło autorom owego pomnika komunizmu. Czuję się małym, nieistotnym pionkiem w wielkiej grze. Uciekam stamtąd z poczuciem ulgi, ale po przerwie na popas, odpoczynek i kwas chlebowy, trafiam w miejsce z jeszcze bardziej posępną historią.


Łubianka. Ogromny, ponury budynek stojący przy wielkim Placu Łubiańskim, którego nazwa, nawet po latach, budzi w człowieku nieprzyjemne skojarzenia, ściskające za żołądek. Dzisiaj to siedziba Federalnej Służby Bezpieczeństwa, ale na swoją ponurą opinię budowla ta zapracowała przed laty, gdy mieściła w sobie centrum dowodzenia KGB i NKWD. Za czasów stalinowskiego terroru, rozległe podziemia budynku używane były jako więzienie i miejsce tortur osób podejrzanych „ideowo”. Mijam bijące chłodem mury i zagłębiam się ponownie w plątaninę nieznanych mi ulic i bulwarów, gdzie spędzam czas do wieczora, dopóki ziąb nie wygania mnie z powrotem w kierunku hotelu.