
***
Przed lotem co chwila natrafiam na informacje o: wypadkach, śmierci w przestworzach, nieszczęśliwych zdarzeniach. Atakują mnie zewsząd, z każdej książki, czasopisma czy strony internetowej. Z uporem maniaka wiercą mi dziurę w głowie, podsycając jedynie nerwowość towarzyszącą reise fieber. Czy to zły omen? Doleciałem i wróciłem w jednym kawałku, a na owe dziwne uczucie jest nawet naukowy termin. Nazywa się to bodajże „przeczuciem odejścia” i znane jest człowiekowi od epoki kamienia łupanego. Opuszczaliśmy wtedy bezpieczne domostwa, idąc na spotkanie z nieznanym. Każde spojrzenie za siebie mogło być więc tym ostatnim, każde pożegnanie naszą mową końcową dla bliskich. Widać, coś z owego dzikiego zwierzęcia nadal w nas zostało, mimo że mamy XXI wiek, a moja „wyprawa” niebezpieczeństwem przypomina szkolną wycieczkę do muzeum. Aczkolwiek, piloci z krajów dawnego Sojuzu, potrafią dodać pieprzu i do takiego mdłego dania. Swój fach znają doskonale, na tyle, że czasami zdarza im się popić, zasnąć albo wystartować z drogi kołowania. W powietrzu zaś – to ułani! Nagłe skręty, szybkie zmiany wysokości, wszystko robione nieoczekiwanie i bez zbędnej delikatności. Na te moje dziewięćdziesiąt osiem razy w powietrzu (sic!), tylko z Rosjanami, Ukraińcami i Uzbekami odczuwałem lęk zerkając za okno na ziemię, która patrzyła na mnie pod przedziwnie pochyłymi kątami.
Na tym mógłbym zakończyć opowieści na ten dzień. W alternatywnym świecie wsiadam więc do taksówki, jadę do hostelu i klnę w wniebogłosy. Jak tu drogo! Do tego kierowca za żadne skarby nie może znaleźć mojego lokum i zdziera ze mnie jeszcze więcej niż powinien. Ale to w innej rzeczywistości, takiej, gdzie zarabiam krocie i mam dla siebie więcej litości. W praktyce, jest po pierwszej w nocy czasu lokalnego, a ja mam przed sobą kilka godzin koczowania na lotnisku. Szybko zmieniam terminal na dużo przyjemniejszy i pachnący nowością. Rozkładam się przed czynnym całą dobę salonem Svarovskiego (Rosja!) i spędzam całkiem miło czas na lekturach, grzebaniu w internecie i przeglądaniu z rosnącymi emocjami przewodnika. Plan był prosty. Jako, że Moskwa to miasto drogie, postanowiłem zaoszczędzić pieniądze na nocnej taksówce (spokojnie 200 zł) i jednym noclegu (kolejne 200 zł z górką). Zamiast tych zbędnych luksusów, bladym rankiem ruszam Aeroekspresem (za 32 zł), by spełnić jedno ze swych marzeń i zobaczyć Plac Czerwony zimową porą o świcie.
O świcie, czyli kiedy? Rosja to dziwny kraj. Ot chociażby pod względem stref czasowych. Ledwie niecałe dwie godziny lotu od Warszawy, ale zegarki trzeba cofnąć aż o trzy. W ten sposób widno robi się zimą mniej więcej koło 9-tej rano. To oznacza, że moskiewscy ludzie pracy wychodzą z domów, gdy panuje jeszcze ciemna noc. Na pocieszenie, tylko co to za pocieszenie w takie poranki, dzień kończy się dobrze po 18-tej, podczas gdy w Polsce o tej porze jest już zmrok.
Wychodzę z eleganckiego pociągu na Dworcu Białoruskim (jaka nazwa taki wygląd!) i po chwili nakładam na niewyspany łeb zimową czapkę. Jest rześko. Po pewnym czasie zaczyna jednak dominować przenikliwe zimno, które z każdą kolejną godziną spędzoną w tym klimacie, zaczyna wwiercać się w głąb mojego wątłego ciała. Radosny faktem, że jestem w nowym otoczeniu, szybko znajduję wejście do metra, kupuję bilety, wspinając się przy tym na wyżyny mojej znajomości rosyjskiego i po chwili mam okazję pierwszy raz w życiu poznać z bliska jeden z rosyjskich cudów techniki, czyli moskiewską kolej podziemną. Na zachwyty przyjdzie jeszcze pora, można jednak napomknąć o jednej refleksji. Za studenckich czasów zaśmiewaliśmy się z pewnego doktora, który z rozrzewnieniem wspominał czasy swoich stypendiów w ówczesnym ZSRR (po chwili zmieniał temat na problemy seksualne ludzi po 50-tce, co bawiło nas jeszcze bardziej). Tenże naukowiec z ogromną estymą i podnieceniem opowiadał, że jedną z jego pasji było obserwowanie nieprzebranych tłumów podczas jazdy schodami ruchomymi. Przed oczami przewijał mu się cały korowód narodów Imperium – od Rosjan, poprzez Inguszów, Gruzinów, Ormian, skośnych Kazachów, poprzez narody głębokiej północy na Żydach kończąc. Jechałem tak w dół, patrzyłem dookoła siebie rozdziawiając gębę i zacząłem, po latach, rozumieć to dziwne uczucie, którymi próbował się z nami podzielić w tamte dni.
Musiałem oczywiście pojechać w złym kierunku, ale nie minął kwadrans, kiedy wyszedłem na powierzchnię na stacji Teatralna (Teatral'naya), zrobiłem kilka kroków i... moim oczom ukazał się On. Plac Czerwony w pełnej zimowej krasie, w asyście śniegu i słońca, które ledwo, ledwo przebijało się przez gęstą pokrywę chmur.




Nie jest to najpiękniejsze miejsce jakie kiedykolwiek widziałem. Ale w takim anturażu prezentowało się iście zjawiskowo, jednocześnie posępnie i bajkowo, magicznie. Plac jest ogromny. Po przekroczeniu Bramy Zmartwychwstania aż wydałem z siebie jęk podziwu. Po jednej stronie dumnie prężą się czerwone mury Kremla, po drugiej, słynny GUM, niegdyś Dom Towarowy, obecnie czołowe miejsce zbytku i moskiewskiej rozpusty. Obok, nieśmiały i malutki, Sobór Kazański, pobudowany zresztą w podzięce za … wygonienie Polaków w XVII wieku. Ale widok najbardziej zapadający w pamięci kryje się za lodowiskiem. Co roku stawiają je na środku placu, skutecznie zamieniając miejsce kontemplacji na jarmarczny odpust.




Katedra Św. Bazylego to klasyczny pocztówkowy widok made in Moscow. Jej piękne, cebulaste i kolorowe kopuły przynależą do światowego dziedzictwa pop-kultury na równi z wieżowcami Manhattanu, czy wieżą Eiffla. Za nią unoszą się w powietrzu wielkie kłęby pary wodnej z pobliskiego, nieznanego mi pochodzenia komina przemysłowego. Takie tło dodaje temu widokowi dodatkowego uroku. W powietrzu wirują płatki śniegu, słońce z trudem przebija się przez pokrywę chmur. A ja stoję na środku pustawego Placu Czerwonego, w miejscu, gdzie działa się historia i gdzie czuć ją nadal na każdym kroku. To tutaj w końcu odbywały się (i nadal się odbywają) rozliczne parady rocznicowe, gdzie obecnie rosyjskie, a niegdyś sowieckie muskuły prezentowane są całemu światu. To tutaj bije serce Mateczki Rosji, a tuż za grubymi murami Kremla urzędują najważniejsze osoby tego państwa. To tutaj znajduje się w końcu prawdziwy relikt komunistycznej religii, czyli Mauzoleum Lenina. Jego budynek, futurystyczny chociaż sam w sobie już nie najmłodszy, robi wrażenie przedziwne. Wygląda jak pozostałość po obcej cywilizacji, jest zupełnie oderwany od tradycji i otoczenia dookoła. Od jego marmurowych ścian bije dziwny chłód, a ja lepiej i przyjemniej czuję się z dala od bijącej od niego pompatycznej aury.


Jako że jest nadal bardzo wcześnie, idę na śniadanie do Drovy. Całodobowa knajpa znajduje się tuż obok Placu, a ceny w środku, jak na Moskwę i taką lokalizację, są dosyć przystępne. Drova od razu została moim głównym miejscem popasu i wracałem do niej regularnie w następnych dniach, chociaż menu było skromne, a poza ofertą śniadaniową za wszystko inne trzeba było płacić jak za zboże. Posilony i wygrzany założyłem z powrotem plecak i udałem się ulicą Twerską do mojego hotelu. Chociaż spodziewałem się, że o tej porze będę przeklinał swój pomysł z zarwaniem nocy, wystarczyło mi jeszcze raz odwrócić się i spojrzeć na Plac, by wszelkie wątpliwości minęły raptownie.

Z hotelami w Moskwie sprawa jest dziwna. To że są drogie jak cholera, nie jest warte głębszej analizy. Stolica Rosji to poziom Londynu czy Nowego Jorku. Przy najtańszych noclegach pojawia się jednak ta sama, typowo ruska, pretensja rozlicznych gości. Trudno je znaleźć. Działają prężnie tylko w sieci, a w rzeczywistości sprawiają wrażenie jakby starały się nie wychylać, nie podpowiadać nikomu o swoim istnieniu. Większość z nich nie posiada żadnych oznaczeń, szyldów, informujących, że trafia się pod właściwy adres. Jeżeli nie zapiszesz sobie DOKŁADNIE, krok po kroku, jak do do nich dotrzeć, nie masz szans trafić bez pudła. Z moim było tak samo.

To że znalazłem go za pierwszym razem było czystym przypadkiem. Niepozorny dom poznałem tylko dlatego, że kilkanaście godzin wcześniej uparcie wpatrywałem się w jego zdjęcie na stronie hotelu, próbując zakodować w pamięci jego wygląd. Mi się udało, ale potencjalny klient „z ulicy” nie miałby większych szans. Można jedynie domyślać się dlaczego tak jest, a w Rosji zapewne nic nie dzieje się bez przyczyny...
Zarwana noc dawała mi nieco w kość (szczególnie gdy już się siedzi na wygodnym łóżku!), a aura za oknem sprawiła, że przez kilka godzin dałem sobie czas na regenerację w ciepłym i przytulnym pokoju. Potem wygrzebałem się na zewnątrz i do wieczora zagłębiałem się w moskiewskie zaułki. A nie jest to łatwa sztuka, szczególnie zimą. Wszędzie samochody. Wszędzie! Twerska o każdej porze dnia i nocy była potokiem nieustannie przewijających się aut, które szczelnie zajmowały nie tylko jezdnię (ledwie osiem pasów ruchu), ale i chodniki, krawężniki i placyki. Do tego ludzi dużo, zarówno tych ubranych elegancko, jak i dziwnych pół-kloszardów, patrzących z ukosa i ze złością. W przejściach podziemnych, tu i tam, w błocie i brudzie leżał jakiś pijaczyna, a obok jego koledzy prowadzili ze sobą ożywione dyskusje w oparach nieprzetrawionej wódki. Moskwa uderza w zmysły mocno i nieoczekiwanie, niewiele dając czasu na jakąkolwiek adaptację.



Kiedy już dotarłem do Placu Czerwonego odetchnąłem z ulgą na widok wolnej przestrzeni dookoła. Popołudniem było już na nim co prawda tłoczno, a do tego nieczynne rano lodowisko działało pełną parą. Pewną przewrotnością jest to, że znajduje się ono dokładnie naprzeciwko Mauzoleum, pokazując jaką zmianę przeszła Moskwa od upadku ZSRR. Nie każdemu się to pewnie podoba, a wiele osób tęskni do „starych, dobrych czasów”. Na moich oczach starsza kobiecina, za pozwoleniem żołnierzy strzegących spokoju Lenina, składa kwiaty pod wejściem do budynku, oddając hołd człowiekowi, który na swoim sumieniu ma miliony jej rodaków. Po wszystkim odchodzi powolnym krokiem w siną dal w asyście najnowszych przebojów muzyki pop, które dudnią z głośników i brzmią niczym triumfalny marsz zwycięstwa kapitalizmu nad utopią komunizmu.
Plac Czerwony wraz z Kremlem na mapie przypominają centralnie umiejscowioną pestkę otoczoną przez kolejne słoje zabudowy. Pierwszym z nich jest Kitaj Gorod, czyli moskiewskie „China Town”, tak naprawdę jednak nie mające nic wspólnego z Chinami i ich mieszkańcami. W tej okolicy jest nieco kamienic, zwartej przedsowieckiej zabudowy, czyli ogólnie, czuć tu wielkim, bogatym miastem z historią. Trafiam w zakątki takie, gdzie sklepy to wyłącznie najdroższe butiki, a zaparkowane w błocie samochody to same Bentley'e czy Lexusy. Jest więc dostojnie, ale jednocześnie rusko, czyli prowizorycznie i bylejako.


Nikomu widać nie wadzą dziurawe drogi, brudne elewacje i paskudne płachty zakrywające remontowane budynki. Panie w pięknych kreacjach chodzą więc krokami ostrożnymi, uważnie stawiając szpilki na śliskich, wybrakowanych chodnikach, a panowie podnoszą wysoko nogi, starając się omijać głębokie kałuże lodowatej, czarnej wody. Można tu jednak znaleźć wytchnienie w kilku świątyniach, albo popatrzeć na jeden z najsłynniejszych teatrów świata, czyli Teatr Bolszoj. Kiedy wracam do „siebie” jest już ciemno, ale Moskwa wcale nie kładła się spać (w przeciwieństwie do mnie).
