Zostawiamy nasze bagaże w tym samym hotelu co poprzednio (aż żal ściska pewne części ciała, gdy sobie przypominam ile za niego płacimy) i ruszamy przed siebie. Gdzieniegdzie miasto przypomina czasami Manhattan. Oczywiście, te brzydsze i mniej monumentalne okolice. Wieżowce pną się do góry z iście amerykańskim rozmachem, co sprawia, że czasami zapominamy, że nadal jesteśmy we Włoszech, gdzie zabytek co do zasady stoi na zabytku. W Mediolanie zachowały się jedynie drobne resztki starej zabudowy, a wojenna pożoga wyżarła antyczne serce metropolii na zawsze. W jej miejsce powstało miasto nowoczesne, betonowe, szklane, ale jednocześnie szare, rozproszone i obrzydliwie bezpłciowe.


Im bliżej właściwego centrum, tym dookoła nas coraz więcej ostentacyjnego luksusu. W końcu skręcamy w niepozorną uliczkę i trafiamy do świata ze snów rosyjskich nowobogackich - Quadrilatero d'Oro. A tam, sklep na sklepie, butik na butiku. Nazwy większości z nich niewiele mi mówią, ale nawet ja czuję, że mamy do czynienia z czymś więcej niż jedynie sprzedażą ubrań. Te sklepy oferują coś jeszcze – dają status, poważanie, kuszą iluzją przynależności do innego, w domyśle lepszego świata. Zerkamy na wystawy i wnętrza po których dostojnie spacerują tłumy kupujących. Czuję wtedy jakbym patrzył przez magiczne lustro i widział na co dzień nieodstępny mym oczom, inny świat. Trudno uwierzyć, że media trąbią o kryzysie ekonomicznym, podczas gdy my przeciskamy się w sporym tłumie osobników, którym nie robi różnicy czy wyszywane cekinami dżinsy kosztują euro dwieście czy może dwa tysiące. Watahy stoją nawet w karnych kolejkach, czekając na wejście do tego czy innego miejsca, którego przed motłochem takim jak my, bronią elegancko ubrani ochroniarze.


Z rzadka słyszymy włoski, dominuje oczywiście pięknie dźwięczący w uszach rosyjski. Naszych wschodnich braci w Mediolanie tego weekendu było istne mnóstwo. Obładowani zakupami, z portfelami wypchanymi kartami oraz żywą gotówką. Błogosławieństwo okolicznego biznesu! Tylko te twarze. Twarze nowobogackich nie zmieniają się tak łatwo. A już rosyjskich w szczególności. Musi minąć wiele pokoleń zanim pieniądze i luksus przezwyciężą geny. Jak ktoś urodził się prostakiem, to niezależnie co na siebie nałoży, nadal będzie wyglądał jak elegancko ubrany, ale jednak nadal człowiek o mało skomplikowanym życiu umysłowym. I to nieprawda, że Mediolan jest pozbawiony klimatu. To jest właśnie atmosfera godna tego miasta – nalana, rozpasła, gnuśna, tandetna i złotozębna. Kochająca przyjemności, na równi z niechęcią do efektywnej pracy. Mediolan jest jak żona piłkarza – wiecznie na zakupach!
W końcu dotarliśmy pod Duomo, czyli najbardziej znany zabytek miasta generalnie ich pozbawionego. Katedra robi wrażenie swoimi rozmiarami, zarówno od zewnątrz jak i od środka. Chwila kontemplacji wewnątrz była jednym z przyjemniejszych doświadczeń owego dnia.



Wybawieniem od tłoku miała być dzielnica Navigli, do której dotarliśmy niespiesznym spacerem, po drodze poznając spokojniejsze i wcale miłe zakątki. Na miejscu okazało się, że magia tej nazwy jest chwilowo nieaktualna. Po obu stronach kanału miało buzować życie, ale nie buzowało tam zupełnie nic. Knajpki były zamknięte na cztery spusty, po ulicach gnał wiatr pachnący pobliskimi górami. Mimo wszystko, spędziliśmy tam nieco czasu, nabierając energii przed nieuchronnym powrotem do szaleństwa wieczornego Mediolanu i cywilizacji „białego człowieka”, zakochanego w zakupach i zakupami chcącego podkreślić swój poziom.


***
Zupełnie jak rok temu (i dwa!), chwilę po starcie przekraczamy linię demarkacyjną, która dzieli nasz kontynent. Kawałek za Alpami kończy się sielska, słoneczna pogoda, a zaczyna się głęboka pokrywa chmur, zwiastująca chłód, słotę i deszcze przynajmniej przez kilka najbliższych miesięcy...

