sobota, 7 stycznia 2012

07.01, Refleksje o kawie i La Dolce Vita

Po wygrzebaniu się z hotelowych pieleszy, raźnym krokiem zmierzamy w okolice portu. Bez trudu znajdujemy miłą knajpkę (tak naprawdę to obskurną, ale tanią i autentyczną aż do przesady). Za w sumie niewielką kwotę spożywamy panini na ciepło, popijamy kawą i rozkoszujemy się tą krótką chwilą, gdy nasze życia pulsują w rytmie la dolce vita, a nie kolejnych rat kredytów i nerwowego zerkania na stan konta bankowego. Uwielbiam ową południową „kulturę kawiarnianą”, która w Polsce jest niestety w powijakach i przypomina sztuczny przerzut przylepiony na siłę do niepasującej siermiężnej całości. Mamy oczywiście „swoje” Starbucksy i różne jego mutacje, ale kto tam tak naprawdę przychodzi? Studenci i bananowa młodzież, bo przecież nie emeryci i renciści. O ile w centrum Warszawy kawiarnia stoi na kawiarni, o tyle ledwie dwa kilometry dalej, żeby się napić małej czarnej muszę iść do kuchni i sam ją sobie zrobić (w szklance oczywiście!). A tak chciałbym wpaść do osiedlowej knajpki, usiąść tam gdzie zawsze i bez słowa dostać po chwili parujący kubek...Taka to ta nasza kultura kawowa, sztuczna i napompowana, a w rzeczywistości ograniczająca się do nielicznych odszczepieńców.



Tymczasem we Włoszech każdy ma swój bar, gdzie codziennie wpada na poranne cappuccino, czy popołudniowe espresso. Przy kontuarach są i dziadkowie i młodzież, a nawet, niespodzianka, kobiety oraz emigranci. Każdy ze sobą rozmawia, każdy zna każdego i nawet jeżeli nie zawsze życie układa się dobrze, to na chwilę chociaż można zapomnieć o troskach i podyskutować o calcio albo bunga bunga (oczywiście, bardzo głośno). No i najważniejsze. Kawa kosztuje czasem okolice jednego euro i stać na nią nawet nas. W takich chwilach człowiek cieszy się życiem, smakując każdy jego moment.


Znowuż kręcimy się długimi godzinami po Starówce i dostrzegamy kolejne różnice pomiędzy Genuą, a Neapolem. Ot chociażby, ruch kołowy. Na południu co chwila mijały nas rozpędzone skuterki, które nic nie robiły sobie z faktu, że uliczki są wąskie i kręte. Tymczasem tutaj pojazdy te okupują głównie parkingi i nowoczesną część miasta.


Po Centro Storico spacerujemy więc bez asysty ich brzęczących silniczków i emocji wywołanych pytaniem „potrąci nas, czy nie potrąci”. Gdzieś pomiędzy starym, a nowym znajduje się Casa di Colombo, czyli odrestaurowany dom, w którym wedle podań, narodził się Krzysztof Kolumb. Budynek nie należy do szczególnie imponujących i szczerze napisawszy, gdyby nie uważne zerkanie dookoła, zapewne przeszlibyśmy obok niezainteresowani. W środku znajduje się małe muzeum, ale nie skorzystaliśmy z tej okazji, tym bardziej, że przecież każdy Polak wie, że Kolumb był naszym rodakiem i narodził się nie w Genui, a pod Radomiem.




Niby trudno się zgubić w tym mieście, gdzie azymut wyznacza powiew morskiej bryzy, ale nam się udało. Tak się zagłębiliśmy w labirynt przejść i kiszek, że wylądowaliśmy daleko od celu naszej wędrówki. Może to i dobrze, bo mieliśmy okazję zetknąć się z nader fotogeniczną okolicą, gdzie blask wieżowców i plątanina ulicznych serpentyn konkuruje z pomnikami przeszłości. Genua, podobnie jak całe niemal Włochy, cierpi na odwieczny problem związany z faktem, że zabytki są wszędzie i jest ich za dużo. Kamiennym wiaduktem przeszliśmy w kierunku ogromnego kościoła i dopiero po dłuższej chwili zorientowaliśmy się gdzie w ogóle jesteśmy.




Należy poświecić chociaż kilka zdań nowoczesnej części miasta. Przy czym słowo „nowoczesna” oznacza przełom XIX i XX wieku, gdzie budowano kamienice masywne, o kubaturze potężnej i przepastnej. Dookoła głównej arterii miasta, Via XX Settembre, jest ich pełno. Pod ich arkadami wrze handlowe życie o niemal każdej porze dnia (bo w nocy to jednak było spokojnie i pusto). Nie wiem gdzie ten włoski kryzys jest, ale w Genui nikt o nim jeszcze nie słyszał. Autochtoni w tysiącach napadali na sklepy, gdzie zostawiali grube zwitki banknotów, wychodząc w zamian z dziesiątkami toreb pełnymi ubrań. W godzinach szczytu, przejście tą ulicą było istną mordęgą. Trudno było zrobić jeden krok nie wpadając na kogoś, albo nie czując czyichś zakupów obijających nogi. Harmider i chaos Via XX Settembre szybko mnie męczyły, sprawiając, że niemal biegłem w kierunku cichszego Centro Storico, aczkolwiek Ania zerkała na sklepowe witryny z rozmarzeniem, jak to kobieta na widok słowa „przecena” (kobiety są w stanie rozpoznać je w każdym języku świata, już to sprawdziłem i udowodniłem niejeden raz!).







Wieczorna pora ukazuje nieco inne oblicze tego miasta. Po pierwsze, wszędzie robi się pusto i spokojnie. Jest niby sobota, ale o godzinie 20-tej część knajp zamyka swoje podwoje. Klientów nie ma. Może wydali już wszystko na buty i bluzki? Na szczęście nasza upatrzona restauracja była jeszcze otwarta i mieliśmy okazję przewertować bogate menu, spożywając posiłek atrakcyjny cenowo oraz kalorycznie. Wracaliśmy do hotelu już uliczkami ciemnymi i niepokojąco czasem wyludnionymi. Niechcący nawet, weszliśmy w ten kwartał miasta, który radzi się omijać z daleka. Zapuszczone domostwa są siedzibą różnorakich emigrantów. Pod drzwiami trwały więc rodzinne spotkania, dzieci biegały po trotuarach, a dorośli patrzyli się na nas z mieszanią zdziwienia i niechęci. Trudno jednak uwierzyć, że może tu być niebezpiecznie, chociażby z tego względu, że część mieszkańców jest tu nielegalnie i ostatnią rzeczą, którą by chcieli jest wizyta patrolu policji.