
Dla cywilizacji tzw. białego człowieka czas symbolizuje prosta linia. Nasze życia to wędrówka do przodu, ku nieznanemu. Możemy się co prawda oglądać za siebie, ale jak mawiają przysłowia czasu się już nie cofnie, tudzież raz na rok to i kura się spierdzi. Zdarzyło się i tyle. Idziemy więc ciągle, wypatrując (i bojąc się) nowego. Dla Indian z Amazonii, czas symbolizuje pętla. Kręcą się Ci Indianie więc po spirali, nie do końca rozumiejąc nasze idee dni, pór roku i godzin. Co prawda teraz są tutaj, ale w tym „tutaju” już kiedyś byli i niebawem znowu będą. Nie zdążysz zrobić czegoś teraz, to zdążysz kiedy indziej. Do życia wsiada się jak do pociągu, który jeździ dookoła. Przyszłość, pomijając, że jest pojęciem nieznanym, nabiera kształtów przyjaznych i rozpoznawalnych.
Piszę o tym ponieważ i my mamy swoje zwyczaje, które sprawiają, że wrogi czas zagina się na podobieństwo indiańskiej spirali. Ot, dla przykładu. Co rok, w styczniu, na powitanie nowych dwunastu miesięcy, własnoręcznie stworzona przeze mnie tradycja każe nam wsiąść do samolotu i lecieć na magiczny Półwysep Apeniński. Nie inaczej było i tym razem. Poprzednio los wskazał Neapol, jeszcze wcześniej Rzym, a tym razem Mediolan i nade wszystko, Genuę.
***
Poza ową filozoficzną nadbudową, nasza włoska przygoda AD 2012, zaczyna się standardowo aż do bólu. Autobus, lotnisko, sklepy bezcłowe (gdzie oglądamy jak bogaci ludzie robią zakupy), w końcu boarding, start przerywany moimi rozmyślaniami o statystyce wypadków lotniczych, rozdawanie posiłków, lektura czasopisma z kanapką w dłoni, lądowanie, odbiór bagażu i już siedzimy w autobusie, który ma nas zawieźć do centrum Mediolanu.
Pierwszy kontakt z tym miastem to zdziwienie. Słyszałem o owej światowej stolicy mody już wiele, więc i zdanie mam wyrobione. To znaczy – wiem, że będę narzekał. Mimo że panuje już głęboka noc, rozmazujące się za szybą kształty nie przypominają niczego co we Włoszech widziałem do tej pory. Nie żebym widział dużo, ale od razu rzuca się w oczy ów mediolański „brak włoskości”. Panorama może należeć równie dobrze do przedmieść dowolnego miasta w USA, Niemiec czy nawet Skandynawii. Mnóstwo nowoczesnych hoteli (w których nie pali się żadne światło), równa jak stół autostrada, przemysłowa zabudowa, ogólnie bezpłciowa nuda. Po wysiadce wcale nie jest lepiej. Kilkaset metrów dzielące nas od naszego lokum pokonujemy żwawo, obserwując mediolańskie cuda reprezentowane przez kilkoro lumpów oraz pijaczków, którzy sikają wprost na chodniku, nie zważając na to, że jesteśmy tuż obok. Jak na miasto o takiej renomie jest pusto, cicho i spokojnie. Jest piątek ledwie po północy a śródmieście śpi i to od dawna.

Na nasz „hotel” warto poświęcić kilka zdań. Zawsze frasowało mnie pytanie – kto rozdaje gwiazdki i jakimi kryteriami kieruje się przy ocenie? Hotel Siena, bo taką nazwę nosiła owa noclegownia, zalicza się do owych tajemnych miejsc, które sprawiają, że ta kwestia robi się jeszcze bardziej mglista. Nieco zmęczeni wkroczyliśmy więc do królestwa świetlówek godnych prosektorium, mebli pamiętających czasy rządów Aldo Moro i recepcjonisty, który nawet nie próbował udawać, że rozumie cokolwiek w jakimkolwiek innym języku niż włoski. Trudno powiedzieć w jaki sposób owe miejsce uchowało się na mapie miasta, które szczyci się Pradą czy Dolce tudzież innym Gabaną. Modowa antifa powinna odwiedzić ten hotel i odpowiednio porozmawiać z właścicielami tego pryszcza na zdrowej tkance społeczeństwa. Trochę wstyd oferować taki standard komukolwiek, nawet Polakom. Ale co się będę wymądrzał. I tak było tanio, nie pobili nas, a wszy pogryzły najmniejszego z członków naszej ekspedycji, czyli Anię. Mnie oszczędziły, widać moje własne były silniejsze od tych lokalnych. Ach, bym zapomniał. Hotel Siena szczyci się aż dwoma gwiazdkami – to tyle samo co niedaleki Ibis, a mam wrażenie, że standardem ciężko jakkolwiek porównać oba miejsca.
Strapiony rozmyślaniem o tym czym Siena musiała przekupić hotelowych inspektorów, udałem się w krainę marzeń. Śniłem o tym, że w końcu stać nas na nocowanie w przybytkach, które mają trzy i więcej gwiazdek przy swej nazwie. Koiły mnie dźwięki tramwajów, które przetaczały się pod oknem wożąc powietrze.
