poniedziałek, 12 stycznia 2015

09-12.01, Przystań Olsztyn

Początek roku postanowiliśmy “uczcić” małym wyjazdem w Polskę. Polubiłem te nasze małe wojaże, od ostatniego minęło kilka miesięcy, więc z niecierpliwością wyczekiwałem stosownej okazji na kolejny. Wybór padł na Olsztyn. Nigdy tam nie byłem (raz jeden, wiele lat temu, przesiadałem się na tutejszej stacji w drodze do Dobrego Miasta, ale to było dawno temu i w sumie nieprawda). Co innego Ania. Ona z kolei zna to miejsce doskonale z wakacji, więc dla niej była to wyprawa sentymentalna. Spakowaliśmy się i piątkowego wieczoru ruszyliśmy przed siebie. Wtedy sobie przypomniałem, jak uwielbiam te chwilę, kiedy rusza się w drogę. I nieważne w sumie czy kończy się ona w tropikach czy może dwieście kilometrów dalej.


***

A potem zrobiło się nieco gorzej. Podróże nocą, po polskich drogach, w złej, zimowej pogodzie, mają w sobie coś z mistycyzmu wymieszanego z rosyjską ruletką. Nie powiem, żeby te kilka godzin za kierownicą to była przyjemność. To była wręcz udręka, ale podążanie do celu, nadawało jej jakiś sens. Nocą drogi robią się wrogie. Niekiedy mijane tiry niemal spychały mnie na pobocze. Niekiedy ktoś mnie wyprzedzał i to mimo, iż sam jechałem na granicy przepisów. Szaleństwo, szaleństwo, szaleństwo. Komuś zawsze spieszy się bardziej niż Tobie. Czasami jednak trafiałem na odcinki, gdzie nie widziałem żadnego światła ani za mną, ani przede mną. I wtedy zacząłem wypatrywać jakichkolwiek oznak cywilizacji i tego, że nie jesteśmy tu sami. W takich sytuacjach idealnie pasowałaby muzyka Tangerine Dream z filmu “Sorcerer” - ponura, metaliczna, pełna obaw, dwuznaczna, irytująca. A to przecież tylko zwykła droga do Olsztyna. Trzeba jednak przyznać, że nocą wrażenia były inne niż w drodze powrotnej w dzień, kiedy wszystko robiło się jasne i bardziej przyjazne. Zmrok ma jednak swoje demony.



Trafiliśmy do zupełnie świeżego i bardzo, ale to bardzo snobistycznego hotelu położonego tuż nad jeziorem Ukiel. Miejsce to może stać się kolejną atrakcją, która przyciągnie do Olsztyna turystów. Niestety, wyłącznie tych z grubym portfelem. Załapaliśmy się jeszcze na promocyjne stawki - wiadomo, raz, że zima, dwa, przybytek jest nadal nowy i musi czymś przyciągnąć klientelę. Ale w lato, gdy wszystko się rozkręci, myślę, że to byłoby doświadczenie już poza naszymi możliwościami. Ceny z pewnością poszybują w górę, a eleganckie wnętrza kompleksu zapełnią się szczęściarzami, których na to wszystko stać (a którzy, dodajmy, zazwyczaj nie zdają sobie ze swego szczęścia sprawy). Nowobogactwo uwielbia bowiem takie klimaty. W hotelu było dużo przestrzeni, przeszklonych powierzchni, bezsensownie wielkich pomieszczeń wypełnionych aurą wyjątkowości swoich (przyszłych) klientów. W hotelu znajdują się nawet takie pokoje, które mają wyjście na swoją własną marinę. Czyli - przypływasz nad Ukiel jachtem, który cumujesz pod oknem apartamentu. Niesamowite to wszystko, ale i dziwne. Gdy trafiam tam, gdzie nie pasuję, a tu nie pasowałem zdecydowanie, zawsze czuje się dziwnie. Wolę miejsca skromniejsze. Mimo to, było miło. Cicho, spokojnie, bo byliśmy jednymi z nielicznych klientów. Damska część naszej ekspedycji korzystała z uroków spa, odwiedzała basen, tudzież, pokój zabaw. Ojciec rodziny czytał książki i próbował opanować pilota do telewizora, co nie było łatwym zadaniem. Dużo też spacerowaliśmy nad jeziorem, słuchaliśmy jak na jego powierzchni tworzy się kra, walczyliśmy z brutalnym wiatrem. Muszę przyznać, że wszyscy odpoczęliśmy.



Jako, że nie przyjechaliśmy tu dla zabytków, na Starym Mieście byliśmy tylko dwa razy. Jakoś nie było nam po drodze, mimo, iż nie mieliśmy tam daleko. Za pierwszym uciekliśmy spłoszeni deszczem. Potem, niedzielnego poranka, przywędrowałem tam jeszcze sam. Nastawiłem się, że będzie to kolejne miasto, które potwierdzi moją tezę, że Polska jest fajna i … chyba po raz pierwszy się pomyliłem. Przyznać bowiem muszę, że Olsztyn, pod względem swoich zabytków, zupełnie mnie nie uwiódł. Niby jest to miasto “kopernikańskie” (co w piękny sposób domyka mi podróże jego tropem, przynajmniej w Polsce), ale nie posiadało ani krzty czaru, który miał prowincjonalny przecież Frombork, nie wspominając już o Toruniu. Zwalam to na karb pogody. Ta była paskudna i w takiej aurze wszystko dookoła prezentowało się skromnie, licho, nieatrakcyjnie. Nawet Zamek Kapituły Warmińskiej - zabytek klasy “zerowej”, wyglądał smętnie, niezbyt fotogenicznie i zupełnie nie zachęcał do tego, by odwiedzić go od środka.


Stare Miasto zasmuciło mnie swoją szarością, tak jak i tym, że było zupełnie puste. No, może raczej pustawe. Kamienice prezentowały się skromnie, bez zdobień, bez barokowej rozpusty, ot, klocki, w dużej zresztą mierze, zrekonstruowane po zniszczeniach z czasów wojny. Pospacerowałem trochę po brukowanych, krzywych uliczkach, podumałem chwilę i wróciłem do hotelu. Wydaje mi się, że nieprędko przyjadę tam ponownie, chociaż z drugiej strony, wierzę w to, że w słońcu i w asyście błękitnego nieba, Olsztyn potrafiłby zawalczyć z tą negatywną opinią jaką wydałem o nim owego styczniowego poranka roku 2015.




sobota, 3 stycznia 2015

Podsumowanie 2014

Szczerze napisawszy - jestem zdziwiony tym, że w roku 2014 udało mi się kontynuować pasję zwiedzania i poznawania świata. Bądź co bądź, przez ostatnie dwanaście miesięcy, dwa razy byłem w Stanach Zjednoczonych, odwiedziłem Dubaj, byłem w Mediolanie. I mimo, iż były to podróże służbowe, udało się zostać tam trochę dłużej i zobaczyć coś więcej niż sale szkoleniowe, hotel i taksówkę. To spory sukces, bo różnie z tym kiedyś bywało. To również wyraz łaskawości mojej małżonki, która pokornie znosi to, że jej mąż, lat 33, ojciec jej dziecka, znika na kilka, a nawet kilkanaście dni z domu, zostawiając ją samą na pożarcie przez prozę życia. No ale moja życiowa maksyma to “brać co dają, uciekać gdy biją”. Te wyjazdy to był taki jednorazowy dar od losu, żal byłoby tego nie wykorzystać. Nie mam wątpliwości, że taki rok jak ten już się pod tym względem nie ma prawa powtórzyć (a dodać można, że odmówiłem jeszcze wyjazdu do Rzymu i musiałem zrezygnować z podróży do Frankfurtu!). Idąc po kolei:

W styczniu poleciałem do Mediolanu. W sumie, na spotkanie trwające może dwie godziny (sic!). Zostałem prywatnie na jedną noc i miałem okazję przypomnieć sobie, że stolica Lombardii to najmniej włoskie z włoskich miast. Mimo deszczu i ogólnie depresyjnej aury, wspominam ten wyjazd miło. W końcu poranne cappucino nigdzie nie smakuje tak wybornie jak właśnie we Włoszech. W ten sposób udało się także utrzymać ciągłość naszej tradycji, według której, witamy Nowy Rok wyjazdem na Półwysep. Tym razem byłem sam i na chwilę, no ale - byłem.

W lutym poleciałem do Dubaju. Najpierw miałem okazję pożyć cudzym życiem - mieszkałem w ultra drogim hotelu, jadłem eleganckie dania, piłem piwo kosztujące kilkadziesiąt złotych za butelkę. Potem wróciłem do normalności i już prywatnie przekonałem się, że Dubaj to nie tylko bezpłciowe wieżowce, ale również arabskie targowiska i ulice zapchane ciżbą z Półwyspu Hinduskiego. Mimo wszystko, miasto nieszczególnie przypadło mi do gustu.

W marcu poleciałem do Los Angeles. Przez kilka dni uczestniczyłem w konferencji, poznawałem ludzi (na swój nieśmiały sposób…) i obserwowałem życie wielkich tego świata (Beverly Hills, gwiazdy Hollywood, butiki na Melrose Avenue…). Jednak ta aglomeracja, podobnie jak Dubaj, zupełnie nie przypadła mi do gustu.

Po zakończeniu części służbowej wybrałem się już prywatnie do San Francisco. A tam, rewia wrażeń. Chinatown, Alcatraz, Golden Gate. Do tego świetna pogoda, różnorodna architektura, bliskość Wielkiej Wody… Same piękne wspomnienia. Uważam to miasto za jedno z najciekawszych jakie kiedykolwiek odwiedziłem. I z chęcią bym tam się wybrał ponownie, a nawet - mógłbym tam zamieszkać.

W październiku, co za ironia, znowu poleciałem do Los Angeles. Tak normalnie, to nikt z mojej firmy nie lata do tego miasta w ogóle, więc mi się poszczęściło wybitnie. Tym razem na prawie tygodniowe szkolenie. O tym mieście nie mogę napisać wiele dobrego. Druga szansa nie zmieniła mojej percepcji. Mnie do gustu nie przypadło w nim nic, chociaż, na dobrą sprawę, niewiele go widziałem. Może innym razem, chociaż z własnej woli tam nie polecę na pewno…

Po szkoleniu udałem się do Nowego Jorku, co była dla mnie podróżą sentymentalną. Do dzisiaj pamiętam pierwszą swoją wizytę w tym mieście. Był to luty 2009 roku, a ja, biedny chłopak z robotniczej rodziny z Bielan, znalazłem się sam pośród strzelistych wieżowców, oglądając na własne oczy to wszystko co znałem do tej pory jedynie z “małego ekranu”. Dla takich chwil warto było, jest i będzie podróżować. Samo Wielkie Jabłko okazało się warte powrotów.


Łącznie skończyło się na “zaledwie” czternastu lotach, ale zdołałem okrążyć ziemię dookoła, ponieważ na pokładach samolotów przemierzyłem aż 53 tysiące kilometrów.

Jednak zdecydowanie najciekawsze, i nie piszę tego, by zaklinać rzeczywistość, były podróże po Polsce, z rodziną i bagażnikiem wypchanym do granic możliwości. Czasami trudno było nazwać je wypoczynkiem, niemniej, każdy wyjazd wspominam doskonale i wyczekiwałem kolejnych z niecierpliwością. Planując je uważnie śledziłem mapy, zbierałem (nadal bardzo skromną) literaturę i niejeden raz, zadziwiałem się jak ta nasza ojczyzna jest piękna i jak bardzo mało o niej wiem. W zeszłym roku pojechaliśmy w kilka miejsc, takich jak:

Wilga. O tej “wyprawie” nie wspomniałem nawet na tych łamach. Bo raczej nie było o czym, no chyba, że z kronikarskiego obowiązku. Weekend w hotelu zagubionym gdzieś w lesie był z pewnością miły, ale wolę jednak przebywać bliżej cywilizacji. Dookoła przybytku nie było bowiem nic - chociaż spacery po owej głuszy były relaksujące.

Toruń. Spędziliśmy tam majowy długi weekend. Spaliśmy w naprawdę fajnym hotelu. Ja miałem okazję powałęsać się po zaułkach pachnących średniowieczem. Szkoda jedynie, że pogoda była brzydka, przez co uroda miasta została zdominowana wiosennymi szarościami.

Gdynia. A raczej, Orłowo, czyli willowa dzielnica z piękną promenadą i sympatycznym molo. Było cicho i spokojnie, zaś widok samego morza działa na mnie wręcz terapeutyczne, więc wspominam te dni nader miło.

W lipcu pojechaliśmy zaś w nasze “duże” wakacje po Polsce. Odwiedziliśmy Malbork, Frombork, Mierzeję Wiślaną, Władysławowo i Chełmno. Widzieliśmy Bałtyk oraz Gotyk. Ten wyjazd wspominam chyba w ogóle najcieplej, strasznie spodobała mi się idea takich wakacji “w drodze” i planuję już podobny wypad w najbliższe lato. Oby się udało i oby było jeszcze ciekawiej niż za pierwszym razem.

Mazury. Nigdy tam wcześniej nie byłem. Pojechałem, zobaczyłem i chciałbym z pewnością wrócić tam jeszcze w niedalekiej przyszłości. Oprócz pięknych widoków, odwiedziliśmy, aczkolwiek pobieżnie Ryn, Reszel i Mrągowo, ale marzy mi się wizyta nad jeziorem. Nawet zimą i nawet z dala od cywilizacji.

Lublin oraz Nałęczów. Ten pierwszy - piękny, królewski, nieco zaropiały, ale dumny i posiadający bogatą przeszłość. Ten drugi - spędziliśmy kilka dni w domku na drzewie i również chcielibyśmy kiedyś tam jeszcze wrócić. Oraz napić się wody zdrojowej dobrej na wszystko.

Czego wypada sobie życzyć na kolejny rok? Chyba żeby starczyło nam energii (wszelkiego rodzaju, także finansowej!) na to, by nie rezygnować z poznawania świata. Pewne plany już są, zobaczymy jednak jak pójdzie ich realizacja. The show is on!