
***
A potem zrobiło się nieco gorzej. Podróże nocą, po polskich drogach, w złej, zimowej pogodzie, mają w sobie coś z mistycyzmu wymieszanego z rosyjską ruletką. Nie powiem, żeby te kilka godzin za kierownicą to była przyjemność. To była wręcz udręka, ale podążanie do celu, nadawało jej jakiś sens. Nocą drogi robią się wrogie. Niekiedy mijane tiry niemal spychały mnie na pobocze. Niekiedy ktoś mnie wyprzedzał i to mimo, iż sam jechałem na granicy przepisów. Szaleństwo, szaleństwo, szaleństwo. Komuś zawsze spieszy się bardziej niż Tobie. Czasami jednak trafiałem na odcinki, gdzie nie widziałem żadnego światła ani za mną, ani przede mną. I wtedy zacząłem wypatrywać jakichkolwiek oznak cywilizacji i tego, że nie jesteśmy tu sami. W takich sytuacjach idealnie pasowałaby muzyka Tangerine Dream z filmu “Sorcerer” - ponura, metaliczna, pełna obaw, dwuznaczna, irytująca. A to przecież tylko zwykła droga do Olsztyna. Trzeba jednak przyznać, że nocą wrażenia były inne niż w drodze powrotnej w dzień, kiedy wszystko robiło się jasne i bardziej przyjazne. Zmrok ma jednak swoje demony.
Trafiliśmy do zupełnie świeżego i bardzo, ale to bardzo snobistycznego hotelu położonego tuż nad jeziorem Ukiel. Miejsce to może stać się kolejną atrakcją, która przyciągnie do Olsztyna turystów. Niestety, wyłącznie tych z grubym portfelem. Załapaliśmy się jeszcze na promocyjne stawki - wiadomo, raz, że zima, dwa, przybytek jest nadal nowy i musi czymś przyciągnąć klientelę. Ale w lato, gdy wszystko się rozkręci, myślę, że to byłoby doświadczenie już poza naszymi możliwościami. Ceny z pewnością poszybują w górę, a eleganckie wnętrza kompleksu zapełnią się szczęściarzami, których na to wszystko stać (a którzy, dodajmy, zazwyczaj nie zdają sobie ze swego szczęścia sprawy). Nowobogactwo uwielbia bowiem takie klimaty. W hotelu było dużo przestrzeni, przeszklonych powierzchni, bezsensownie wielkich pomieszczeń wypełnionych aurą wyjątkowości swoich (przyszłych) klientów. W hotelu znajdują się nawet takie pokoje, które mają wyjście na swoją własną marinę. Czyli - przypływasz nad Ukiel jachtem, który cumujesz pod oknem apartamentu. Niesamowite to wszystko, ale i dziwne. Gdy trafiam tam, gdzie nie pasuję, a tu nie pasowałem zdecydowanie, zawsze czuje się dziwnie. Wolę miejsca skromniejsze. Mimo to, było miło. Cicho, spokojnie, bo byliśmy jednymi z nielicznych klientów. Damska część naszej ekspedycji korzystała z uroków spa, odwiedzała basen, tudzież, pokój zabaw. Ojciec rodziny czytał książki i próbował opanować pilota do telewizora, co nie było łatwym zadaniem. Dużo też spacerowaliśmy nad jeziorem, słuchaliśmy jak na jego powierzchni tworzy się kra, walczyliśmy z brutalnym wiatrem. Muszę przyznać, że wszyscy odpoczęliśmy.


Jako, że nie przyjechaliśmy tu dla zabytków, na Starym Mieście byliśmy tylko dwa razy. Jakoś nie było nam po drodze, mimo, iż nie mieliśmy tam daleko. Za pierwszym uciekliśmy spłoszeni deszczem. Potem, niedzielnego poranka, przywędrowałem tam jeszcze sam. Nastawiłem się, że będzie to kolejne miasto, które potwierdzi moją tezę, że Polska jest fajna i … chyba po raz pierwszy się pomyliłem. Przyznać bowiem muszę, że Olsztyn, pod względem swoich zabytków, zupełnie mnie nie uwiódł. Niby jest to miasto “kopernikańskie” (co w piękny sposób domyka mi podróże jego tropem, przynajmniej w Polsce), ale nie posiadało ani krzty czaru, który miał prowincjonalny przecież Frombork, nie wspominając już o Toruniu. Zwalam to na karb pogody. Ta była paskudna i w takiej aurze wszystko dookoła prezentowało się skromnie, licho, nieatrakcyjnie. Nawet Zamek Kapituły Warmińskiej - zabytek klasy “zerowej”, wyglądał smętnie, niezbyt fotogenicznie i zupełnie nie zachęcał do tego, by odwiedzić go od środka.


Stare Miasto zasmuciło mnie swoją szarością, tak jak i tym, że było zupełnie puste. No, może raczej pustawe. Kamienice prezentowały się skromnie, bez zdobień, bez barokowej rozpusty, ot, klocki, w dużej zresztą mierze, zrekonstruowane po zniszczeniach z czasów wojny. Pospacerowałem trochę po brukowanych, krzywych uliczkach, podumałem chwilę i wróciłem do hotelu. Wydaje mi się, że nieprędko przyjadę tam ponownie, chociaż z drugiej strony, wierzę w to, że w słońcu i w asyście błękitnego nieba, Olsztyn potrafiłby zawalczyć z tą negatywną opinią jaką wydałem o nim owego styczniowego poranka roku 2015.
















