sobota, 3 stycznia 2015

Podsumowanie 2014

Szczerze napisawszy - jestem zdziwiony tym, że w roku 2014 udało mi się kontynuować pasję zwiedzania i poznawania świata. Bądź co bądź, przez ostatnie dwanaście miesięcy, dwa razy byłem w Stanach Zjednoczonych, odwiedziłem Dubaj, byłem w Mediolanie. I mimo, iż były to podróże służbowe, udało się zostać tam trochę dłużej i zobaczyć coś więcej niż sale szkoleniowe, hotel i taksówkę. To spory sukces, bo różnie z tym kiedyś bywało. To również wyraz łaskawości mojej małżonki, która pokornie znosi to, że jej mąż, lat 33, ojciec jej dziecka, znika na kilka, a nawet kilkanaście dni z domu, zostawiając ją samą na pożarcie przez prozę życia. No ale moja życiowa maksyma to “brać co dają, uciekać gdy biją”. Te wyjazdy to był taki jednorazowy dar od losu, żal byłoby tego nie wykorzystać. Nie mam wątpliwości, że taki rok jak ten już się pod tym względem nie ma prawa powtórzyć (a dodać można, że odmówiłem jeszcze wyjazdu do Rzymu i musiałem zrezygnować z podróży do Frankfurtu!). Idąc po kolei:

W styczniu poleciałem do Mediolanu. W sumie, na spotkanie trwające może dwie godziny (sic!). Zostałem prywatnie na jedną noc i miałem okazję przypomnieć sobie, że stolica Lombardii to najmniej włoskie z włoskich miast. Mimo deszczu i ogólnie depresyjnej aury, wspominam ten wyjazd miło. W końcu poranne cappucino nigdzie nie smakuje tak wybornie jak właśnie we Włoszech. W ten sposób udało się także utrzymać ciągłość naszej tradycji, według której, witamy Nowy Rok wyjazdem na Półwysep. Tym razem byłem sam i na chwilę, no ale - byłem.

W lutym poleciałem do Dubaju. Najpierw miałem okazję pożyć cudzym życiem - mieszkałem w ultra drogim hotelu, jadłem eleganckie dania, piłem piwo kosztujące kilkadziesiąt złotych za butelkę. Potem wróciłem do normalności i już prywatnie przekonałem się, że Dubaj to nie tylko bezpłciowe wieżowce, ale również arabskie targowiska i ulice zapchane ciżbą z Półwyspu Hinduskiego. Mimo wszystko, miasto nieszczególnie przypadło mi do gustu.

W marcu poleciałem do Los Angeles. Przez kilka dni uczestniczyłem w konferencji, poznawałem ludzi (na swój nieśmiały sposób…) i obserwowałem życie wielkich tego świata (Beverly Hills, gwiazdy Hollywood, butiki na Melrose Avenue…). Jednak ta aglomeracja, podobnie jak Dubaj, zupełnie nie przypadła mi do gustu.

Po zakończeniu części służbowej wybrałem się już prywatnie do San Francisco. A tam, rewia wrażeń. Chinatown, Alcatraz, Golden Gate. Do tego świetna pogoda, różnorodna architektura, bliskość Wielkiej Wody… Same piękne wspomnienia. Uważam to miasto za jedno z najciekawszych jakie kiedykolwiek odwiedziłem. I z chęcią bym tam się wybrał ponownie, a nawet - mógłbym tam zamieszkać.

W październiku, co za ironia, znowu poleciałem do Los Angeles. Tak normalnie, to nikt z mojej firmy nie lata do tego miasta w ogóle, więc mi się poszczęściło wybitnie. Tym razem na prawie tygodniowe szkolenie. O tym mieście nie mogę napisać wiele dobrego. Druga szansa nie zmieniła mojej percepcji. Mnie do gustu nie przypadło w nim nic, chociaż, na dobrą sprawę, niewiele go widziałem. Może innym razem, chociaż z własnej woli tam nie polecę na pewno…

Po szkoleniu udałem się do Nowego Jorku, co była dla mnie podróżą sentymentalną. Do dzisiaj pamiętam pierwszą swoją wizytę w tym mieście. Był to luty 2009 roku, a ja, biedny chłopak z robotniczej rodziny z Bielan, znalazłem się sam pośród strzelistych wieżowców, oglądając na własne oczy to wszystko co znałem do tej pory jedynie z “małego ekranu”. Dla takich chwil warto było, jest i będzie podróżować. Samo Wielkie Jabłko okazało się warte powrotów.


Łącznie skończyło się na “zaledwie” czternastu lotach, ale zdołałem okrążyć ziemię dookoła, ponieważ na pokładach samolotów przemierzyłem aż 53 tysiące kilometrów.

Jednak zdecydowanie najciekawsze, i nie piszę tego, by zaklinać rzeczywistość, były podróże po Polsce, z rodziną i bagażnikiem wypchanym do granic możliwości. Czasami trudno było nazwać je wypoczynkiem, niemniej, każdy wyjazd wspominam doskonale i wyczekiwałem kolejnych z niecierpliwością. Planując je uważnie śledziłem mapy, zbierałem (nadal bardzo skromną) literaturę i niejeden raz, zadziwiałem się jak ta nasza ojczyzna jest piękna i jak bardzo mało o niej wiem. W zeszłym roku pojechaliśmy w kilka miejsc, takich jak:

Wilga. O tej “wyprawie” nie wspomniałem nawet na tych łamach. Bo raczej nie było o czym, no chyba, że z kronikarskiego obowiązku. Weekend w hotelu zagubionym gdzieś w lesie był z pewnością miły, ale wolę jednak przebywać bliżej cywilizacji. Dookoła przybytku nie było bowiem nic - chociaż spacery po owej głuszy były relaksujące.

Toruń. Spędziliśmy tam majowy długi weekend. Spaliśmy w naprawdę fajnym hotelu. Ja miałem okazję powałęsać się po zaułkach pachnących średniowieczem. Szkoda jedynie, że pogoda była brzydka, przez co uroda miasta została zdominowana wiosennymi szarościami.

Gdynia. A raczej, Orłowo, czyli willowa dzielnica z piękną promenadą i sympatycznym molo. Było cicho i spokojnie, zaś widok samego morza działa na mnie wręcz terapeutyczne, więc wspominam te dni nader miło.

W lipcu pojechaliśmy zaś w nasze “duże” wakacje po Polsce. Odwiedziliśmy Malbork, Frombork, Mierzeję Wiślaną, Władysławowo i Chełmno. Widzieliśmy Bałtyk oraz Gotyk. Ten wyjazd wspominam chyba w ogóle najcieplej, strasznie spodobała mi się idea takich wakacji “w drodze” i planuję już podobny wypad w najbliższe lato. Oby się udało i oby było jeszcze ciekawiej niż za pierwszym razem.

Mazury. Nigdy tam wcześniej nie byłem. Pojechałem, zobaczyłem i chciałbym z pewnością wrócić tam jeszcze w niedalekiej przyszłości. Oprócz pięknych widoków, odwiedziliśmy, aczkolwiek pobieżnie Ryn, Reszel i Mrągowo, ale marzy mi się wizyta nad jeziorem. Nawet zimą i nawet z dala od cywilizacji.

Lublin oraz Nałęczów. Ten pierwszy - piękny, królewski, nieco zaropiały, ale dumny i posiadający bogatą przeszłość. Ten drugi - spędziliśmy kilka dni w domku na drzewie i również chcielibyśmy kiedyś tam jeszcze wrócić. Oraz napić się wody zdrojowej dobrej na wszystko.

Czego wypada sobie życzyć na kolejny rok? Chyba żeby starczyło nam energii (wszelkiego rodzaju, także finansowej!) na to, by nie rezygnować z poznawania świata. Pewne plany już są, zobaczymy jednak jak pójdzie ich realizacja. The show is on!