Trzeci dzień jest zawsze kryzysowy. Tym razem również. Pewnie nie ma to żadnego związku z upływem czasu, dostosowywaniem się do temperatury i zaduchu. Zapewne chodzi po prostu o to, że trzeciego dnia, tak tutaj jak i rok temu w Tajlandii, zmieniam miejsce pobytu na nowe. A to w tym klimacie łatwe nie jest, wierzcie mi.
Crown Point opuściłem bez problemu, chociaż gdyby nie starszy tubylec również czekający na autobus, pewnie nie wiedziałbym co robić. Pusty przystanek to nie jest dobry prognostyk. Przystanek z chociaż jednym tubylcem, który potwierdzi, że to jest szukane przeze mnie miejsce, to już coś innego. Na szczęście autobus przyjechał, punktualnie! I zabrał mnie gdzie trzeba.
Scarborough to w porównaniu do Crown Point prawdziwa metropolia. Są ulice, sklepy, gęsta miejska zabudowa. Z ulicznych stoisk słychać soca. Może się podobać – zawsze jakaś odmiana po dwudniowej ciszy i spokoju.

Na początku, my, tzn. ja i moje cholerne bagaże idziemy kupić bilety na prom do Port-of-Spain. W budynku odpraw promowych pierwsza niemiła niespodzianka. Miejsc na promie nie ma! Wolny termin to dopiero godzina 17:00 jutro – niby zgodnie z planem, tylko, że miałem płynąć ranem, nie wieczorem. Oznacza to, że do Port-of-Spain dotrę po zmroku, co już samo w sobie nie jest dobrym pomysłem. A po drugie, nie będę miał go jak zwiedzić i kupić kilku bezsensownych prezentów, o które zostałem poproszony. Tak więc, wszystko wskazuje na to, że odpuszczam sobie Manzanillę i spędzam kolejny dzień w stolicy kraju oraz ewentualnie w jego okolicach. Przeżywam to lekko, w tym klimacie, ambitne plany topią się błyskawicznie zalewane potokami potu.
W tym zamiarze utwierdziłem się zmierzając do mojej nowej noclegowni. Hope Cottage położone jest niezwykle malowniczo, w “Upper Scarborough”, co oznacza ni mniej ni więcej, że trzeba się tam wspiąć. Oczywiście, po co mi taksówka, na mapie nie wygląda, że jest daleko, więc idę sam. Na początku radość i optymizm, bo żwawo skręcam w odpowiednie ulice. Pierwsze podejście mnie nie przeraża.

Za zakrętem jednak widzę kolejne. I kolejne. I kolejne. Podejścia pod naprawdę wysokimi kątami, gdybym się potknął – zleciałbym jako biało-plecakowa kulka z powrotem w okolice przystani promowej. Dawno już tak się nie wymęczyłem. W pełnym słońcu, z dwoma plecakami szedłem uparcie jak osioł. Pot dosłownie ściekał ze mnie na ulicę, więc wyglądałem jak głupi biały żółw idący na pewną śmierć. Myślałem, że nie dojdę, naprawdę. Stromizmy radykalne, nawet dla samochodów. Po tym doświadczeniu już wiem. Po prostu nie chce mi się tak tarabanić z plecakiem kolejny raz. Tak czy owak, będę musiał, ale chyba lepiej ograniczyć to do minimum…

Samo Hope Cottage, jak to dyplomatycznie można nazwać, jest miejscem klimatycznym. Pokój, w porównaniu do Candles in the Wind z Crown Point, jest bardzo skromny i mocno przechodzony. Nie wiem dlaczego, ale zawsze dostaje słabe pokoje. Tym razem również – za drzwiami mam salon, w którym gra telewizor i pozostali lokatorzy (sami tribagonianie, czy jak tam ich nazwać) się relaksują, nie szczędząc sobie głośnych rozmów. Gospodarz miły, oprowadził mnie po całym przybytku. Lata świetności ma już za sobą (przybytek, chociaż i gospodarz już niemłody), ale ma to swój urok. Dom to dawna rezydencja gubernatora wyspy, który jest nawet pochowany na podwórzu. Wszędzie ten kolonializm.
Niezrażony tym, że wypociłem połowę siebie, udałem się na rekonesans. Kawałek w górę znajduje się Fort King George, czyli jedno z pocztówkowych miejsc na Tobago. Brytyjskie umocnienia robią znakomite wrażenie. Co ja piszę. Jestem nimi zachwycony. Obrazek jak z filmów o piratach. Wzgórze z olśniewającym widokiem na wyspę i bezkresny Ocean, mury obronne, kilka armat ciągle jakby gotowych do użycia. Brakuje tylko widoku statku z piracką banderą na horyzoncie. Całość świetnie utrzymana i całkiem spora. Można tam spędzić długie godziny na patrzeniu się w bezkres błękitu. A gdy ten się znudzi, można odwrócić wzrok w drugą stronę i popatrzeć na niezbyt ruchliwy, ale zawsze – port Scarborough poniżej.

Skoro powiedziało się A, należy też powiedzieć B. B tym razem to Plymouth. Miasteczko, wg przewodnika, senne i leniwe, mające w posiadaniu kilka, niezbyt wysokiej wartości poznawczej, miejsc historycznych. Przewodnik przewodnikiem, ale ja wiem swoje. To przecież miejsce dla mnie szczególne i postanawiam, mimo tego, że wypociłem już ¾ siebie tam się wybrać.
Daleko nie jest, w poprzek wyspy to 15 minut. Na postoju udaje mi się złapać taksówkarza, który przewiezie mnie tam za 30 TT$. Niby sporo ale nie chce mi się czekać aż złapię podobną taksówkę, tyle, że regularną. Powiem szczerze – krępuje mnie stanie na ulicy i machanie na samochody. Rozumiem, że to tutaj powszechne, ale samochody do których się wsiada, nie są oznakowane w żaden sposób!!! Co najwyżej, różnią się tym, że mają literę H na tablicy rejestracyjnej, ale żeby było śmiesznie nie wszystkie. Więc pan-taksówka mnie wiezie jak sróla w poprzek wyspy. Po drodze rozmawiamy o Leo Beenhakerze, kierowca jest nim zachwycony, ja nieco mniej, ale dla spokoju przytakuję :)

To w Plymouth mieści się Fort James, czyli miejsce gdzie dzielni Kurlandzycy zbudowali swoje umocnienia kolonizując Tobago w XVII wieku. Wracam myślami do dawnych lat gdy pacholęciem będąc oglądam historyczny atlas świata. Na mapie z drugiej połowy XVII wieku zaczyna się roić od kolonii i terytoriów zależnych europejskich mocarstw. Szkoda, że nie ma Polski. Niby szkoda, ale co robi ta dziwna kropka u wybrzeży Wenezueli. I dlaczego napisano przy niej, że to tereny Kurlandii? No i tak, po wielu latach, stawiam stopę w tym miejscu. Czy życie nie jest czasami przewrotne?
Koniec tych reminescencji. Sam fort niezbyt imponujący. Pewne to wina złej kolejności zwiedzania. Po Fort King George, czy nawet Fort Milford, Fort James prezentuje się mizernie. To co stoi tam obecnie, to już wybudowane przez Brytyjczyków umocnienia. Jest prochownia i kilka armat. Do tego, co na Tobago typowe, każdy fort to mały park i tu jest podobnie. Widok znowu piękny – zatoka, nomen omen, Kurladzka aż się prosi o odwiedzenie. To co mi się strasznie podoba – plaża plażą, ale tuż za linią brzegu rozpoczyna się palmowisko i gęste zielone poszycie. Blisko fortu woda rozbija się o samotną skałę. Pięknie. No może nie do końca, bo sprzedawca własnoręcznie rzeźbionych bambusów próbuje sprzedać mi swoje dzieło. Kupiłbym nawet, ale nie mogę przecież swoimi drobniakami wspierać każdego lokalnego “artystę”. Gdy mówię, że może później, odpowiada mi wyluzowanym “later will be ever better”. Co chwila zajeżdża kolejny samochód z którego wysypują się podobne do siebie hinduskie rodziny. Nieco im zazdroszczę – samochodu, bo tutaj to jednak przydatne narzędzie.


Jeszcze obowiązkowe “złożenie kwiatów” pod wyjątkowo nijakim pomnikiem upamiętniającym owych dzielnych Kurlandczyków, którzy mieli czelność realizować szalone plany Jakuba Kurlandzkiego i mogę wracać. Wracać, tylko jak? Taksówkarz powiedział, że to proste. Stoisz i machasz. Jasne. Tylko że on nie jest wstydliwym białasem. Pić się chcę więc szukam sklepu. Plymouth bardzo niewielkie. Może i urocze, ale nie wtedy kiedy nie masz co pić, a wszystkie sklepy zamknięte. Cholerna niedziela. I nagle, znikąd, widok jak ze starej dobrej Polski.
Otwarty sklep. A pod nim kilka samochodów, z których dobywa się muzyka. A raczej łomot. Pod sklepem dwie grupki mężczyzn. Po jednej stronie starsi, po drugiej młodsi. Piwo i te sprawy. Kupuję co muszę i idę w swoją stronę. Po chwili – wracam. Słyszę jakieś niecenzuralne słowo i coś odnośnie białego koloru. Mógłbym je w sumie połączyć w jedno zdanie, ale w tamtej chwili, wolałem dodatkowo się nie denerwować. Puste miasto, a w nim ja – głupi białas i oni – czarni i jeszcze głupsi. Już widziałem oczami wyobraźni jak roznoszą mnie na maczetach. Miłe Plymouth nagle stało się posępną pułapką. Stanąłem jakieś sto metrów od nich i niemrawo macham na samochody. Myślę sobie, że jak zaraz jakiś mnie nie weźmie, to mam problem. A tu jak na złość , cisza na jezdni. Na szczęście przyjechał, zatrzymał się i łaskawie powiedział, że jedzie do Scarborough. Wsiadam z ulgą ale…
Jedziemy dookoła. Znowu robię się podejrzliwy. Biała skóra to tutaj widoczny stygmat frajerstwa. Ale spokojnie. Kierowca odwozi to jedną, to drugą osobę (to taka prywatna taksówka co zabiera trzy/cztery osoby). Na końcu pora i na mnie. W sumie to dobrze, mam okazję pooglądać widoki za oknem. A tu jest pięknie. Palmy, domki, wzgórza i podjazdy, a za nimi morze. Kolejny raz żałuję, że nie mam tu samochodu, ale z drugiej strony, własne auto sprawiłoby, że koszty podróży poleciałyby w kosmos, i to już beze mnie.
W końcu, jestem “u siebie”. Jeszcze “tylko” drugie podejście pod górę. Znowu ktoś mnie zaczepia, nie wiem, może śmiesznie wyglądam, taki spocony, mokry, czerwony od słońca? A może w tym mieście gdzie prawie nie ma białych twarzy, tak po prostu jest?
Wieczorem… znowu pod górę. Już się nie pocę, bo nie mam chyba czym. Ale tylko kawałek, znowu do fortu. Zachód słońca i wieczór wspaniały. Cisza i spokój. Chyba za często to powtarzam. Taka mantra, ale tutaj wyjątkowo na czasie.

Może nie zawsze -za drzwiami tubylcy oglądają TV i głośno rozmawiają. Staram się zrozumieć o czym ale nie jestem w stanie. Ten akcent mnie dobija, wiem, że to angielski, ale jeżeli się nie skupię, to najczęściej jestem w stanie zaoferować rozmówcy tylko głupie spojrzenie.
Plan na jutro – nie wiem. Chyba jakieś zakupy w centrum i nudne odliczanie do godziny 15:00, kiedy to rozpoczyna się “boarding”. Promy są tu fajne, więc i ten etap podróży zapowiada się ciekawie. Wieczorem Port-of-Spain, szybko do hotelu i mam nadzieję, że nie będzie problemu z przedłużeniem pobytu o jeden dzień.
Dzisiaj po raz pierwszy pomyślałem o pracy – a dokładnie, pomyślałem, że o niej w ogóle nie myślę. Dobre i to.