czwartek, 10 września 2009

10.09 czyli "ja już tu byłem!"

Trudno napisać o Nowym Jorku cokolwiek co nie zostało już wcześniej przez kogoś powiedziane. Wystarczyło pięć minut w tym mieście, by niedawne przecież, wspomnienia odżyły na nowo. NYC pociąga - nawet kiedy czeka się na metro na dalekiej Howard Beach Station, czuć jego zniewalającą potęgę.
Lot był udany. Może już powoli się przyzwyczajam do takich tras. W rzędzie obok młody człowiek ma mniej szczęścia. Rozwrzeszczany bachor zagłuszał nawet silniki. Było blisko, ale tym razem to nie ja jestem ofiarą. Ponad pięć godzin minęło szybko i bardzo znośnie. Kultowy Terminal 3 ma kolejnego minusa. Czekaliśmy dobre kilkanaście minut aż łaskawie jakiś pracownik Urzędu Imigracyjnego zajmie się nami, czyli pęczniejącą kolejką stojącą po stempelek w paszporcie. Tym razem, o dziwo, mój bagaż nie wzbudził podejrzeń. Nic to, że wracam z Trynidadu uważanego za jeden z ważniejszych punktów przerzutowych narkotyków z Wenezueli i reszty dzikiej Ameryki Południowej. Ważne, że nie lecę z Polski, bo wtedy mógłbym mieć w bagażu coś gorszego niż kilogram kokainy. Mógłbym mieć KIEŁBASĘ. Zapytany jaki jest mój zawód, odpowiadam "advertisement" i od razu procedura się kończy. Słowo klucz!
Jadę metrem i czuję radość. Znajoma trasa. Znowu jestem w NYC. Nie minęło siedem miesięcy od mojej pierwszej tu wizyty i już jestem z powrotem. Wyciągam z pamięci jeden z cytatów odnośnie tego miasta: raz przyjedziesz, zawsze będziesz chciał wracać. Choć to sztampa i mądrość "klozetowa", to przecież, coś w tym jest.

Nie mając czasu na odpoczynek, udaje się na rekonesans. Na początek, dolna część Manhattanu, czyli to co lubię najbardziej. Znowu przystań nr 17, zacumowany Peking i majestatyczna panorama Brooklynu. Nawet hot-dog ze stoiska smakuje tu lepiej niż powinien w rzeczywistości.

Dookoła Ground Zero przygotowania do jutrzejszych obchodów rocznicowych. Chór trenuje śpiew, słyszę go w oddali, co dodatkowo buduje nastrój. Jutro będzie nieco patetyzmu i tutejszego prostego, czy wręcz prostackiego patriotyzmu. Ale Ameryka to Ameryka, coraz mniej osób żyje 9/11, szczególnie w czasach recesji. Jakiej recesji? Tu jej nie widać. Szaleństwo na ulicach jak było tak jest. Dzisiaj dodatkowo, bo wieczorem rozpoczyna się Noc Mody. Sklepy zamieniają się w kluby, na ulicach paradują wystrojone panie i panowie. Długie kolejki czekają przed wejściami.

Muszę wyglądać zabawnie w tym wystylizowanym tłumie w moich krótkich spodenkach, szarej bluzie i trekingowych butach. Te ostatnie nieco cuchną tygodniowym ciężkim używaniem. Czuję się niezręcznie, ale tylko przez chwilę. W tym mieście jest miejsce i dla takich jak ja. Zresztą. Czy te użelowane modnisie wiedzą co znaczy jechać przez bezdroża Trynidadu z czerwonookim Etiopczykiem? Czy wiedzą, że jeszcze wczoraj byłem w dusznym Sangre Grande? Czy wiedzą, że po zmierzchu przemierzałem ulicę dzikiego Port-of-Spain? Pewnie nie. I pewnie gdyby wiedzieli, nic by to ich nie obchodziło. Tak to już bywa, że opowieści podróżników interesują ich samych oraz ewentualnie innych obieżyświatów. Dla reszty są tylko bełkotem szaleńca.
Tych ostatnich w Nowym Jorku jest już wystarczająco dużo. Dzisiaj spotkałem kilku. Jeszcze zwracam na nich uwagę, jutro pewnie mi przejdzie. Pierwszy był typem niepospolitym. Usiadł obok mnie w metrze. Z torby wyjął dwa wielkie zapisane zeszyty. Pełno dziwnych notatek. Nazwy stacji, numery, jakieś zdania bez sensu i układu. Zerkam nieśmiało zza ramienia. Człowiek z zaangażowaniem godnej lepszej sprawy podkreśla kilka liter, niecierpliwie przerzuca kartki czegoś szukając. Po chwili wysiada. Pozornie bez sensu, tylko czy aby moje codzienne obowiązki i nerwy z nimi związane, nie są również takim absurdalnym zabiegiem? To spotkanie znowu przypomniało mi o pracy. Już niebawem i ja zamienię się w wariata.
Nie mogę sobie odmówić jednej przyjemności. A w sumie kilku. Antykwariat Strand to nowojorska legenda. Dla moli książkowych pozycja obowiązkowa i absolutnie kultowa. Reklama, wyjątkowo, prawdę mówi. Osiemnaście mil książek. Nie precyzują jednak jak ustawionych. To i tak nie ma znaczenia. Księgarnia jest wielka i znalezienie czegoś wymaga szczęścia i doświadczenia. Wychodzę z dwoma książkami i nie jestem w stanie sobie obiecać, że to będzie koniec. Dzisiaj "poszło" już nieco zielonych, tu pieniądze wydaje się tak łatwo...

Pierwszy dzień w NYC to jak spotkanie z dawno nie widzianą kochanką. Nie chce się żegnać. Przechodzę od Battery Park (sam południowy cypel) do rogu Broadwayu i 94th Street. To grubo ponad sto przecznic. Po drodze obserwuje otoczenie i z radością witam miejsca już mi znane. Jutro ambitny plan, więc pora na chwilę regeneracji. A cuchnące wyspami buty właśnie wietrzą się na klimatyzatorze.