Lot do Port-of-Spain to była pięciogodzinna gehenna. Cały samolot wypchany. Pasażerowie – w 99% kolorowi. Nic do nich oczywiście nie mam, ale obok Gate’u gdy wszyscy czekali na lot, stworzyli wspólnie mieszkankę zapachową tak wybuchową, że ja postanowiłem postać w innym miejscu. Nie żeby śmierdziało (bo przecież nic do nich nie mam), ale indyjskie curry i woń kadzidełek,plus murzyńskie zamiłowanie do perfum plus “coś jeszcze”, to nie było na moje nozdrza. Oprócz mnie, dosłownie kilka białych twarzy. Pojawia się pytanie “co ja tutaj robię”. Zmęczenie pomaga czarnym (nomen omen) myślom.
Obok mnie znowu matka z dzieckiem!!! Dziecko rozpycha się, w śnie nie zważa na moją wygodę. Zresztą, nie śpiąc też nie zważało. Kultura po prostu. Matka przypominała mi czarownicę voodoo, bałem się, żeby mnie nie zamieniła w żabę, więc nic nie mówiłem. Męczyłem się w ciszy. Patrzyłem z przerażeniem na jej paznokcie u stóp. Długie jak u Marlene Ottey za najlepszych czasów. Na szczęście przychodzi sen.
Wysiadka była prawdziwą ulgą. Jeszcze tylko przejście przez kontrolę (witamy na Karaibach, nam się nie spieszy, a Panu?), pieczątka do paszportu i… kolejna dokładna analiza mojego bagażu. Widać nasze zamiłowanie do kiełbasy dotarło i tutaj.
To nie był oczywiście koniec, bo teraz wypadało odprawić się na lot do Tobago. Wyszedłem na chwilę z lotniska i w twarz uderza we mnie mój dawno nie widziany przyjaciel z Tajlandii – upał z duchotą. W ciągu sekundy przypomniałem sobie dokładnie jak to wtedy było. Tu jest bardzo podobnie, jakaś ulga to zapewne fakt, że żyje się na wyspach, ale wilgotność z pewnością dobija do 100%. Na początku sauna, ale z czasem organizm się przyzwyczaja. W końcu, już to zna :)

Lot na Tobago krótki ale nie byłbym sobą gdybym nie zafundował sobie dodatkowych emocji. Wszyscy już weszli do samolotu a ja głupi nie. W ostatniej chwili się zreflektowałem i musiałem niemalże wsiadać w biegu. Podczas samego przelotu (przelociku raczej – w powietrzu byliśmy mniej niż 20 minut chyba) nieco trzęsło, zanotowaliśmy też jeden mocny spadek, po którym połowa pasażerów krzyknęła, a druga połowa, w tym ja nie krzyknęła tylko dlatego, że miała żołądek w przełyku.
Po tym wszystkim, mam tylko jedną uwagę. Gdybyście kiedykolwiek zamierzali tak jak ja, spędzić blisko 30 godzin w ciągłej podróży – zastanówcie się pięćdziesiąt razy. Dotarcie tutaj to była naprawdę mega męka i następnym razem, będę uważał na takie pomysły. Ale to zawsze przygoda – i to jest drugi koniec tego kija.
Pokój mam nawet fajny, spokojna dzielnica, miły azjatycki właściciel. Nieco poleżakowałem rankiem, ale wstałem i udałem się na rekonesans po Crown Point trwający do samego zmierchu. Zachód słońca oglądany na karaibskiej plaży. Łzawe pocztówki, sęk w tym, że piękne gdy samemu się naciska spust migawki.

Miasteczko nie jest duże, trudno mówić tu o jakimś centrum. Nawet słowo “miasteczko” wydaje się być sporym nadużyciem. Nieco więcej dzieje się w okolicach lotniska, ale to ostatnie określenie też jest na wyrost. Hala odpraw jest otwarta na zewnątrz, wszystko wygląda porządnie ale jest małych rozmiarów. Ma swój kolonialny, leniwy klimat. Trudno uwierzyć, że na tym lotnisku lądują samoloty z Europy. I to szerokie kadłuby. Przewodnik wspomina, że lądowanie takowego jest tutaj wydarzeniem. Muszę wierzyć “na słowo pisane”, bo poza sezonem jest tutaj martwo.
Jedynym zabytkiem miasta jest Fort Milford, zbudowany przez Anglików w XVIII wieku. Ale to tutaj swoje umocnienia budowali także Kurlandczycy. Całość jest malutka, ale sympatyczna. Pozostałości murów, sześć bodaj armat z epoki (w tym jedna francuska – mam oko na takie nieznaczące głupoty), ławeczki, ładny widok na morze, czysto i porządek. W budce strażnika pani informuje mnie, że chociaż za darmo to jednak zbiera dobrowolne datki. Pytam się ile, mówi, że po 20 TT$ i… odwraca głowę z uśmiechem. Oj wstydzą się tu jeszcze nacinać turystów, ale kiedyś to przejdzie. Daje jej dużo mniej, chociaż tak naprawdę wiem, że nie powinienem. No ale jestem białym frajerem i wypada zachowywać się zgodnie z narzuconą rolą.

Tobago to plaże i dzisiaj także zobaczyłem praktycznie wszystkie w okolicy. Szeroko reklamowana Store Bay to jakieś nieporozumienie – myślę na początku. Pas piasku malutki, pierwsze wrażenie – chyba źle trafiłem. Ale nie, to właśnie plaża reklamowana w przewodniku. Sięgam po niego w wolnej chwili i w sumie wszystko się zgadza. Bo plaża brzydka nie jest, ale i tam zaznaczają, że jest miniaturowych rozmiarów.
Inny hit piaskowy to Pigeon Point, czyli miejsce gdzie spotyka się Morze Karaibskie z Oceanem Atlantyckim. Idę zobaczyć. Do samego celu wędrówki w końcu… nie dotarłem dzisiaj, ale tym razem chodziło nie o to, żeby dojść, a o to żeby iść. Trasa wiedzie wzdłuż wybrzeża i po chwili zamiast po wąskim asfalcie, skręcam w swoją stronę . Idę po wąskim pasie piasku. Woda obmywa stopy, z jednej strony morze, z drugiej palmy i zielony żywioł. Leniwi autochtoni siedzą nad brzegiem, łódki zabezpieczone sznurami kołyszą się na falach. Co chwila omijam leżące orzechy kokosowe. Same spadają i zaczynam się zastanawiać czy aby nie oberwę takim. Więc pod palmami spędzam mało czasu. Poza tą fobią, trasa była bardzo relaksująca i gdy dotarłem w szpony komercji, postanowiłem wrócić. Może jutro, chociaż z drugiej strony, Pigeon Point jest płatne, więc to chyba nie jest miejsce dla osoby która nie lubi się opalać (to ja).

Sandy Point, trzecia plaża Crown Point, też jest niewielka. Tak jak poprzedniczkom, nie można jej odmówić uroku, ale dla osoby spodziewającej się cudów, może to być jakieś rozczarowanie. Położenie sprawia, że można ją nazwać malutkim Saint Marteen – tuż obok zaczyna się pas startowy, więc samoloty przelatują naprawdę nisko nad głowami.

Jeszcze tylko dwa Cariby wypite w dwóch różnych miejscach, jedno Shark ‘n Bake (bez rekina!!!) i dzień można uznać za z grubsza opowiedzony. W takim klimacie nie chce się jeść. Chce się pić pić pić!!! Dzisiaj wypróbowałem kilka tutejszych wynalazków: gazowany napój bananowy był ok. Energizer z owoców egzotycznych również. Woda sodowa o smaku… kremowym, zadziwiająca. Połączenie szokujące, ale sam smak całkiem dobry. Do wypicia, chociaż w Polsce chyba nic z tego by się nie przyjęło. Tu lubią na słodko. Carib to inna opowieść – lekki lager, zawsze zimy i naprawdę orzeźwiający. Na panującą duchotę rozwiązanie doskonałe.

Zmęczenie daje znać o sobie. Tutaj jest jakaś 20-ta, a która jest w Polsce to mi się nawet już nie chce sprawdzać :). Jutro ambitne plany udania się na drugi kraniec wyspy, więc spora spaaaaaać.
