sobota, 19 listopada 2016

18-19.11, Dzień Pełen Gniewu i Kwidzyna

Listopad w Polsce to nie jest dobry miesiąc na podróżowanie. W listopadzie wszystko jest bowiem do bani. Pogoda robi się fatalna, dzień krótki, człowiekowi się przestaje chcieć, a w pracy zazwyczaj jest co robić i ciężko tak po prostu urwać się nawet na dzień czy dwa. A skoro tak, postanowiłem, że wyjedziemy na dosłownie jedną noc. Do towarzystwa zabrałem ze sobą Gabrielę i do tego, mojego brata, żeby mieć z kim wypić piwo wieczorem w hotelu. Sprytne, muszę to przyznać.

Za cel obrałem sobie Gniew. Którego od dawna byłem ciekaw. Jest tam oczywiście Krzyżacki Zamek, a do tego, samo miasteczko jest ładne, kompaktowe i posiada pewien urok. A przynajmniej, tak słyszałem. Wydawało mi się też, że nie jest to daleko, okazało się jednak, że jechaliśmy, jechaliśmy i jechaliśmy. Znowu dałem się oszukać mapie. Gdy dotarliśmy na miejsce było już ciemno, pozostało nam więc się rozpakować do pokoju, zejść do hotelowej restauracji na kolację, pośmiać się z Gaby i z Gabą, a na koniec, skoczyć do pobliskiego sklepu po piwa. Gniew po zmroku wyglądał raczej zniechęcająco. Podobnie jak okolica naszego luksusowego przybytku, który przypominał wyspę rzuconą w morze bylejakości pachnącej węglem i wilgocią. Widoki zza okna wyglądały tak, że faktycznie wyjazd gdziekolwiek w listopadzie wydawał się bardzo głupim pomysłem. Za to kupno piwa wydawało się nagle bardzo mądrym posunięciem.


***

Zamek w Gniewie to jedna z blisko sześćdziesięciu pozostałości po Zakonie Krzyżackim na naszych ziemiach. Pod względem monumentalności czy popularności nie ma oczywiście porównania do Malborka, ale w swojej kategorii jest to zabytek wyjątkowy. Zadziwiające, że w ogóle dotrwał do naszych czasów. Podobnie jak wiele innych pozostałości po Zakonie, i jego losy były ściśle skorelowane z tym, że przez wieki nie traktowano go jako zabytku o większej wartości historycznej. Pełnił więc wiele funkcji, łącznie z byciem spichlerzem, a i zapewne lazaretem oraz więzieniem, ponieważ niemal każdy Krzyżacki Zamek kiedyś nimi był, chociaż przez kilka lat. Zamek w Gniewie przeżył również własną śmierć, i to niejeden raz. Ostatni w latach 20-tych XX wieku, kiedy się częściowo spalił. Prace renowacyjne dopiero stosunkowo niedawno przywróciły mu dawny kształt.



Obecnie jest to własność firmy Polmlek. Panowie właściciele to znani miłośnicy historii, uczestniczą nawet w corocznej inscenizacji bitwy pod Grunwaldem. Zamek kupili za około 14 milionów złotych, a pewnie drugie tyle zainwestowali w remont. Miło, że zamienili kompleks nie tylko w hotel (który mieści się w okolicznych zabudowaniach), ale i sprawili, że sam Zamek żyje i jest otwarty dla różnej maści gości, niekoniecznie tylko tych z zasobnymi portfelami. Tego dnia nie było tego widać, w końcu listopad to kilkadziesiąt dni po sezonie. Ale generalnie, obu panom należą się słowa uznania, szczególnie, że sam hotel i wystrój sugeruje, że nie posiadają zbyt wysublimowanego gustu. Czytając o ich sukcesie, a takowy z pewnością osiągnęli, trudno nie odnieść wrażenia, że mieli dużo szczęścia, albo raczej, szczęścia z domieszką czegoś jeszcze. Jak to sami często powtarzają pytani o swoje początki - “najpierw coś kupili, a potem to jakoś poszło”. Nie wnikam.
Wracając do rzeczy ciekawszych niż Polmlek. Kiedy wyszliśmy na poranny spacer, nie mogłem się nadziwić jak ładny i wymiarowy jest Zamek. Nawet tonąc w jesiennym błocie, na tle szarego, wypranego nieba, robił wrażenie. Niestety, wnętrza były jeszcze nieczynne, więc pokręciliśmy się trochę w jego okolicy, daliśmy się przewiać, ja z kolei upuściłem mój obiektyw warty dwie średnie krajowe w błoto, po czym ruszyliśmy zobaczyć w świetle dziennym, położone u stóp Zamku miasteczko.

Gniew jeszcze spał. A może wcale nie spał, tylko był jaki jest naprawdę - niewyraźny, pusty, cichy. Oraz całkiem ładny, szkoda tylko, że również niestety trochę zaniedbany, co jesienna aura z typową dla siebie brutalnością jeszcze dodatkowo podkreślała. Moją uwagę zwróciło to, że miasteczko i jego zabudowania wyglądały jakby nagle się urywały. Boczne uliczki zdawały się balansować pomiędzy cywilizacją, a pustką dookoła. Przedziwny to był widok.

Dotarliśmy na rynek, gdzie miałem nadzieję znaleźć jakąś kawiarnię z dobrą, aromatyczną kawą, wygodnymi siedzeniami, ciekawymi albumami fotograficznymi do przejrzenia i widokiem na pobliskie zabytki. No, cóż, nie tym razem. W zamian, popatrzyliśmy na smutne witryny lokalnych sklepików, zerknęliśmy fachowym okiem na rozkopy oraz zostawiony na weekend ciężki sprzęt i wróciliśmy do hotelu. Spakowaliśmy się i ruszyliśmy do domu.



Ale mieliśmy plan, by po drodze coś jeszcze zobaczyć. Musieliśmy niestety minąć ruiny zamku w Radzyniu Chełmińskim, bo Gabriela akurat zasnęła, a sen dziecka to przecież rzecz święta. Szkoda, bo jest to akurat miejsce dla mnie szczególne. Ten zabytek “grał” przecież w ekranizacji Pana Samochodzika! Może innym razem się uda.

Zajechaliśmy w zamian do Kwidzyna, miasta, które słynie ze swojego monumentalnego zabytku, czyli Zamku Kapituły Pomezańskiej. Popatrzyliśmy, podumaliśmy, ja powymądrzałem się w temacie niuansów jego architektonicznych rozwiązań i ze świadomością, że czeka nas sporo czasu w trasie, wsiedliśmy i pojechaliśmy do domu.