sobota, 7 maja 2016

07.05, Dyskretny urok nazizmu

Tego dnia udało mi się spełnić jedno z moich dziecięcych marzeń (dziecięcych nie dlatego, że miałem je od dziecka, ale dlatego, że są po prostu dziecinne - to tak gwoli jasności): odwiedziłem słynny Wilczy Szaniec, ukrytą w leśnej gęstwinie tajną kwaterę samego Adolfa Hitlera, miejsce, gdzie spędził on znaczną część wojny, miejsce, gdzie przeprowadzono na niego zamach (którego autor, pułkownik Stauffenberg został niegdyś zrównany swym bohaterstwem do uczestników Powstania Warszawskiego, autora tej złotej myśli pominę z litości), w końcu, miejsce, które, według wielu, może kryć w sobie jeszcze niejedną, nieodkrytą tajemnicę. Czy wyczuwacie radość i podniecenie w moich słowach? Powinniście, bo naprawdę cieszyłem się, że będę miał sposobność zobaczyć w końcu Wilczy Szaniec na własne oczy.

Nie jestem niestety ekspertem od spraw związanych z II Wojną Światową. To co o niej wiem to albo urywki zapamiętane z historii, albo to, co zobaczyłem kiedyś na ekranie telewizora, z naciskiem na kino wojenne pokroju “Tylko dla Orłów” czy “Dział Navarony”. Na Wilczy Szaniec patrzyłem więc z perspektywy wesołego prostaczka, pozbawionego głębokiej wiedzy, za to ciekawego i poszukującego odpowiedzi. A pytań miałem w głowie wiele. Zawsze dziwiło mnie wiele rzeczy związanych z tym obiektem. Po pierwsze, dlaczego tak ważny ośrodek zlokalizowano niedaleko granicy z ZSRR. Logika sugerowałaby, że lokalizacja powinna znajdować się np. bliżej Berlina, serca Rzeszy (tam zresztą Hitler ze świtą przeniósł się, gdy w stronę Kętrzyna zmierzały już rozpędzone zagony czerwonoarmistów). Częściową odpowiedzią jest to, że Mazury zapewniały naturalne maskowanie w postaci gęstego lasu. Okoliczne jeziora praktycznie uniemożliwiały atak lądowy, zaś pobliskie twierdze, w tym Festung Boyen, dawały dodatkowe poczucie bezpieczeństwa. Uzupełnieniem tegoż jest jeszcze psychologia. Ofensywna III Rzesza rozpoczynając Plan Barbarossa nie obawiała się niczego, parła na wschód jak po swoje, a fakt, że Wilczy Szaniec znajdował się tak daleko od Berlina miał pewnie dodatkowo pokazywać wszystkim co o Sowietach i zagrożeniu z ich strony sądzi Fuhrer.

Po drugie, dziwiło mnie zawsze to, że Adolf Hitler spędził tu dobre osiemset dni, czyli znaczną część wojny. W powszechnej świadomości istnieją pewne skojarzenia, obrazy, które pokazują go w pozie zdobywcy świata, rzec by można, w pozie człowieka, który ściska żelazną rękawicą jądra Aliantów: Hitler na tle wieży Eiffla, Hitler witający żołnierzy wkraczających do Warszawy, Hitler machający ręką w Berlinie...

Tymczasem, znaczna część jego wojennej rzeczywistości ograniczała się do kompleksu bunkrów położonych niedaleko Kętrzyna, gdzie rano przez godzinę spacerował ze swoim ukochanym psem, popołudniem jadł obiad w kantynie, a wieczorem pewnie usypiał nad militarnymi mapami. Trochę jednak nuda, z dala od parad, pałaców, balów i hulanek, na których rozpasła generalicja spijała śmietankę sukcesów pierwszych lat pożogi.

Trzecią rzeczą, która mnie niepomiernie dziwiła jest to, że Wilczy Szaniec przetrwał i istnieje do dzisiaj. W mocno naruszonej formie, ale mimo wszystko. W 1945 roku bunkry co prawda wysadzono, ale niemiecka, solidna materia nie poddała się łatwo, nawet jeżeli za robotę wzięli się sami Niemcy. Z ponad 200 budynków ostały się ruiny, które malowniczo pochłonął las. Władze PRL nie doprowadziły do kompletnego usunięcia pozostałości. I to jest dopiero paradoks. W końcu, był to symbol znienawidzonego wroga, którego kontynuatorów i pomazańców widziano wszędzie, szczególnie po zachodniej stronie muru berlińskiego. Ale tym “żywym” śladom po Hitlerze pozwolono sobie trwać, chociaż można by je było doszczętnie zniszczyć. Zdaje się, że do połowy lat 50-tych wysadzano tysiące min, które Niemcy zostawili po sobie na terenie Szańca. Może tak się tym zmęczono, że z ruinami dano sobie spokój?


Tyle historii. A jak wygląda rzeczywistość? Żeby dotrzeć na miejsce trzeba jechać leśnymi drogami, które po dziś dzień budują klimat. Wrażenie jest takie jakby rzeczywiście wjeżdżało się do tajnego, militarnego kompleksu. Jakiś czas temu obiekt został wydzierżawiony prywatnej firmie, która na jego terenie prowadzi osobliwe muzeum, czy raczej skansen. Spacerować można tam długo i namiętnie. Tak swoją drogą, właśnie trwa batalia prawna, która ma doprowadzić do zwrotu nieruchomości w ręce nadleśnictwa Srokowo. Więc przyszłość Szańca nie jest na ten moment jasna, nie mam jednak wątpliwości, że nadal będzie on atrakcją turystyczną, szczególnie, że co roku odwiedza go ponad dwieście tysięcy osób, które zostawiają w kasach grube miliony złotych.

Czy Wilczy Szaniec mi się podobał? Tak. Ale do jego kontemplacji potrzeba co nieco dystansu. Niestety, wiele obiektów to sterty gruzu. Niektóre zresztą i tak robią kolosalne wrażenie nawet w takim stanie. Dawną potęgę można sobie tylko wyobrażać. Trzeba też przymknąć oko na różne oznaki współczesności, najczęściej nieporadne i trochę wstydliwe. Chyba najbardziej urzekły mnie dziesiątki patyków, które ktoś, chyba dla żartu, wstawił w ziemię, próbując w ten sposób ochronić blok betonu przed zawaleniem się. Niby żart, ale jakże symboliczny w swojej wymowie. Jakby tak się głębiej zastanowić, jest to wręcz nawiązanie do Polski i jej kondycji.

Na szczęście, darowano sobie inne atrakcje, pokroju tego co można zobaczyć w pobliskich Mamerkach. Do dziś pamiętam tamtejszą kukłę Adolfa Hitlera, na widok której, pierwszy raz w życiu, zrobiło mi się szkoda tego człowieka. Na taką karykaturę nie zasługiwał nawet ktoś taki jak on.

***

Kilka dni na Mazurach minęło szybko. Za szybko. Nieodmiennie uważam, że pomysł, by odwiedzać je na początku sezonu, to jest słuszna koncepcja, bo pozwala to delektować się tym miejscem bez przewalających się tłumów i tandety, której celem jest przyciągnięcie jej rozlicznych miłośników. Nie dziwię się, że sam Adolf Hitler spędził w okolicznych lasach tyle czasu, przedkładając widok na mazurskie jeziora nad wielkomiejski Berlin, Paryż czy Pragę. Jest w tym miejscu coś wyjątkowego i jeśli los tylko pozwoli, z chęcią wrócę tam ponownie za czas jakiś.

piątek, 6 maja 2016

06.05, Das ist Festung Boyen

W listach do mnie czytelnicy pytają - Panie Sadacie, jak to jest tak sobie podróżować z dwójką dzieci i żoną? Odpowiadam. Jest trudno. Czasem nawet bardzo trudno. Wystarczy spojrzeć chociażby na zdjęcie zamieszczone na dole. Pokazuje ono pierwszą w Polsce i zapewne pierwszą na świecie operację wyciągania gila z nosa czteromiesięcznego bobasa przeprowadzoną z sukcesem rękami dwulatki.

Jest to idealne zobrazowanie tego czym są dla mnie obecnie urlopy - to walka z materią, ciągłe bycie na posterunku, pilnowanie żeby sobie żona i córki nie zrobiły nawzajem krzywdy. Nie można tego nazwać wypoczynkiem, ale mimo wszystko, ma to swój zabawny urok i działa jak narkotyk. Chce się tego więcej i więcej. Poza tym, jak się jest na urlopie, zawsze można po prostu pójść na spacer, a spacer jest niemal zawsze gwarancją chwili spokoju. Tak też zrobiłem tego dnia. Ania została z bobasem i postanowiła nacieszyć się widokiem jaki mieliśmy zza okna. A ten był piękny.

Ja zaś zapakowałem małego chirurga do wózka i ruszyliśmy przed siebie. Przez pierwsze kilometry Gaba ciągle gadała (głównie o swoich planach związanych z turystyką wodną), ale w pewnym momencie odpłynęła w objęcia Morfeusza, a ja mogłem skupić się na otoczeniu.

Coraz bardziej podobało mi się moje sformułowanie o tym, że Giżycko to jedno z tych miast, które są ciekawe nie dzięki, a mimo swojej architektury. Ale sobie wymyśliłem! Ta myśl idealnie opisuje to miejsce. Nadawałoby się nawet na jego hasło reklamowe, gdyby tylko władze miasta miały jakieś poczucie humoru. O co nie posądzam żadnej władzy.

Im bliżej natury, tym bowiem robi się w Giżycku milej. Tego dnia powędrowałem najpierw na Wzgórze Brunona. Jest to naturalne wzniesienie, położone z dala od zabudowań, z którego rozciąga się widok na Jezioro Niegocin. Na szczycie przed ponad stu laty postawiono krzyż upamiętniający męczeńską śmierć Świętego Brunona z Kwerfurtu. Tak opisuje ją jeden ze świadków, który ocalał z rzezi:

Następnie opanowany przez szatana książę tej krainy przybył konno do biskupa i bez jakiegokolwiek żalu zamęczył na śmierć biskupa i jego kapelanów. Rozkazał by obcięto biskupowi głowę, kapelanów powieszono, a mnie oślepiono. Potem za sprawą Chrystusa widziano tam niezliczone znaki i cuda. Obecnie zaś nad ich ciałami zbudowano klasztory Od tamtego czasu za względu na Boga obszedłem jako podróżny liczne krainy wzywając świętych i święte na pomoc chrześcijanom. Cóż więcej powiedzieć? Z miłości do wszystkich chrześcijan błagam o Boże wspomożenie. Niech ono stanowi osłonę dla mego życia przed waszymi grzechami i będzie lekarstwem na wieczność.

Trzeba przyznać, że wczesne średniowiecze to była ciekawa epoka. Jakiś czas temu zacząłem nawet męczyć Pawła Jasienicę i jego “Polskę Piastów”, ale przerwałem lekturę, gdy zacząłem się gubić w kolejnych pokoleniach lokalnych władców, ich koligacjach i wzajemnych niesnaskach. Może kiedyś do tego wrócę, tym bardziej, że coraz bardziej doceniam architekturę romańską. No nieważne. To taka dygresja. Dygresje są ponoć modne, bo pokazują, że ich autor to osoba myśląca, wielowątkowa, można by napisać, że wręcz renesansowa. Cały ja!

Po Wzgórzu Brunona ruszyłem w leśne zastępy szukając ścieżki prowadzącej do Twierdzy Boyen, naczelnej atrakcji Giżycka. Nie było to takie proste, bo zieleń okazała się być dzika i gęsta. Zgubiłem się tam nawet i przez chwilę czułem, że nie wiem co mam dalej robić. Ale ostatecznie dotarłem pod ogromne mury, które, przynajmniej od zewnętrznej strony, zrobiły na mnie spore wrażenie.

Twierdza Boyen to jedna z kilkunastu fortyfikacji, które zostały zbudowane przez dawne Prusy, a obecnie znajdują się w granicach Polski. Wymienić tu można chociażby Świnoujście, Toruń, Grudziądz, Poznań, Kostrzyn czy też Kołobrzeg. Tak w ogóle, nasz kraj jest nieodkrytą jeszcze w pełni perłą tzw. turystyki militarnej. Ze względu na przeszłość, zabory, rozliczne wojny i dekady trwania jako “ziemia przygraniczna” agresywnych imperiów, na naszych ziemiach znajduje się wiele tego typu zabytków, w tym fortów i fortyfikacji, często - w zaskakująco dobrym stanie. Często - położonych w zaskakujących lokalizacjach, chociażby tak jak warszawska Cytadela, która znajduje się przecież ledwie kilkaset metrów od ścisłego śródmieścia. Powoli, bardzo powoli, otwierają się one na turystykę i (jeszcze wolniej) na komercję. Przykładem tego jest Twierdza Boyen.

To modelowy przykład rzetelnej, pruskiej budowli, która została stworzona po to, by obronić Rzeszę przed jej wrogami. Sprawia wrażenie wręcz pancernej. Nic dziwnego, że nigdy jej nie zdobyto. W 1945 roku jej załoga się poddała bez walki, wcześniej, kilkukrotnie na przestrzeni wieku istnienia, była ona celem nieskutecznych ataków. Mimo lat degeneracji, nadal dzielnie stawia upór czasowi, człowiekowi, przyrodzie.

Te dobre wrażenie nieco mija, gdy przekracza się bramę wejściową. Powierzchnia Twierdzy jest imponująca - to 100 hektarów. Jednak jest to teren w większości pozbawiony atrakcji. Znajduje się tam trochę budynków rozrzuconych po ogólnie zaniedbanej zieleni. Pojedyncze są wyremontowane, inne z kolei chylą się ku ruinie.


Trochę tam pospacerowałem, zajrzałem w kilka kątów i pomyślałem, że to wszystko ma w sobie ciekawy, ale niewykorzystany potencjał. Kiedy nie ma tam imprez masowych (które ponoć odbywają się tam dosyć często), jest tam pusto i nieco melancholijnie. Może zresztą, tak właśnie powinno tam być. W końcu, to nie park rozrywki, a miejsce o przeznaczeniu wojskowym, gdzie przez dobre kilkadziesiąt lat panował pruski dryl. Z drugiej strony, to miejsce zaczyna żyć i powoli odkrywa w swojej przeszłości nową tożsamość. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu znajdowały się tam różne dziwne zakłady produkcyjne, np. kurza ferma i dojrzewalnia serów (sic!). Myślę więc, że jest postęp, a przed Twierdzą Boyen ciekawa przyszłość i z chęcią, za jakiś czas, wrócę tam ponownie, by przekonać się jak się zmieniła. I pokażę ją w końcu dzieciom, bo Gabriela całą moją wycieczkę w przeszłość smacznie przespała.

czwartek, 5 maja 2016

05.05, Jakie jest Giżycko?

Co prawda do “centrum” Giżycka mieliśmy kawałek, ale każdego dnia dużo spacerowaliśmy i regularnie odwiedzaliśmy śródmieście. Zresztą, nic innego nam nie pozostawało, bo w naszym “ośrodku” nie było zbyt wiele atrakcji. Pogoda była wspaniała, powietrze ciepłe, a niebo błękitne, co sprawiało, że nawet szare bloki zyskiwały trochę na urodzie. A tych w Giżycku nie brakuje. Ukułem tam nawet taką oto teorię: miasta podzielić można na ciekawe dzięki swojej architekturze i ciekawe pomimo swojej architektury. Do tej pierwszej grupy zaliczyć można Rzym, Paryż, Nowy Orlean i setki innych miejsc, które wszyscy znamy przynajmniej z pocztówek i filmowych klisz. Do drugiej kategorii zaś wypada zaliczyć chociażby Giżycko, ale również niemal wszystkie aglomeracje regionu Mazur (z wyłączeniem Warmii, gdzie paradoksalnie, sprawa ma się znacząco lepiej - by wymienić chociażby Reszel czy Ornetę). Piękno architektury tego miasta jest bowiem mocno dyskusyjne. Co nie powinno dziwić, jeżeli weźmie się pod uwagę historię. Niestety, nie obeszła się ona z jego tkanką łaskawie. Dawne niemieckie Lötzen zostało dosłownie zgwałcone pod koniec wojny przez Armię Sowiecką i z dawnego mazurskiego kurortu nie zostało wiele. W sumie - ostały się jedynie resztki, obecnie wtopione w powojenną zabudowę, która powstała bez większego ładu & składu. Historia podobna do wielu innych miejsc, w których byłem i które opisałem w podobny sposób, zaczynając od znamiennego słowa “niestety”. Na całe szczęście, wojna nie zdołała zniszczyć tego, co najpiękniejsze, czyli przyrody.


Giżycko jest pięknie położone. I tym się broni! Otoczone jest siedmioma jeziorami, więc nic dziwnego, że miasto żyje w głębokiej symbiozie ze światem żeglarskim. Szczególnie rozbudowane jest północne wybrzeże Jeziora Niegocin, gdzie znajduje się kilka portów, marin i molo. Można tam leniwie pospacerować wzdłuż wody. Piękne widoki skutecznie odciągają uwagę od miejskiej tkanki, która, raz jeszcze to napiszę, trochę mnie rozczarowała swoją nijakością.

Trochę właśnie taki nijaki jest bowiem Zamek Krzyżacki. Czy raczej, jego resztki, obecnie przekształcone w elegancki hotel. Dobrze, że budynek z tak bogatą historią przetrwał. Szkoda wielka, że stał się kolejnym (po Rynie) snobistycznym miejscem dla elit, praktycznie niedostępnym dla takich zwykłych śmiertelników jak ja. Byłem ciekaw tego budynku, ale gdy pierwszy raz koło niego przechodziłem … nie zauważyłem go. Tak czy owak, to kolejny Zamek Krzyżacki jaki zobaczyłem, ale na liście mam nadal kilkadziesiąt pozycji do odhaczenia.

Zabawny (powiedziałbym nawet, że paradny) był z kolei Most Obrotowy nad Kanałem Giżyckim. Kilka razy trafiliśmy na moment, gdy był on w użyciu. Zamiera wtedy ruch uliczny, most jest obracany ręcznie przez operatora, a łódki mają wtedy możliwość wpłynięcia lub wypłynięcia z akwenu Jeziora Niegocin. To jedyny działający w Europie mechanizm tego typu. Pomyślałem wtedy, że już niejeden raz słyszałem i widziałem u nas w kraju rzeczy, które są “ostatnie” w swoim gatunku. Zawsze chodzi o eksponaty techniki i zawsze są one nadal w użyciu, bo kilkadziesiąt lat temu nie było środków, by je zastąpić, a obecnie są to już eksponaty muzealne i zastąpić ich nie wypada. No i zawsze, co do zasady, są to pozostałości po Niemcach, co stawia nas, Polaków, w dwuznacznej roli depozytariuszy pozostałości po dawnych władcach Ziem Odzyskanych.

Poza tymi atrakcjami w mieście zachowało się jeszcze trochę kamienic oraz oczywiście Twierdza Boyen, do której jednak wybraliśmy się innego dnia i o której napiszę więcej w stosownym momencie.

***

Wieczorem poszliśmy na spacer sami z Gabą. Lubię takie chwile, szczególnie, gdy dzieją się one na urlopach, przy dobrej pogodzie. Gaba ciągle coś mówiła. Było sporo śmiechu. Zjedliśmy lody nad jeziorem, popatrzyliśmy na rozstawione automaty “do grania”, pooglądaliśmy pływające po wodzie łódki i wyjaśniliśmy sobie, że w przyszłości Gabriela będzie kapitanem, a ja majtkiem na jej statku. Śmieszne nawet. W ten sposób, zrobiliśmy kilkanaście kilometrów, a łącznie z wcześniejszym spacerem z całą rodziną, wyszło nam, że mieliśmy w nogach jakieś 30 kilometrów, i to w ciągu zaledwie jednego dnia. Nieźle.

środa, 4 maja 2016

04.05, Sprawa pieluch nad Jeziorem Kisajno

Było miło, ale na nas już pora. Na całe szczęście, nie wracaliśmy jeszcze do domu, a wręcz odwrotnie - ledwo co zaczynaliśmy nasz pobyt na Mazurach. Po dwóch dniach spakowaliśmy się i pożegnaliśmy miłe progi Zagrody. Kolejne kilka dni mieliśmy bowiem spędzić w Giżycku, w domku położonym tuż nad brzegami Jeziora Kisajno. Nie powiem, trochę żałowałem tej decyzji, bo zamienialiśmy przyjemne miejsce prowadzone przez ciepłych ludzi na ośrodek, który już z daleka sugerował mi, że pozycjonuje się jako modne miejsce idealne dla aspirującej klasy średniej, a to nie jest to, co lubię najbardziej. Z drugiej jednak strony, lubię zmieniać otoczenie i po kilku dniach w jednym miejscu zazwyczaj już przebieram nogami, by pojechać gdzieś dalej.

Miasto Giżycko należy do najważniejszych ośrodków turystycznych całego regionu i zapewne w lecie jest tu dziko, tłoczno i paradnie. Nie wiem, bo nigdy tam wcześniej nie byłem. Na szczęście, początek maja to dopiero nieśmiały początek sezonu, więc przez cały pobyt mogliśmy cieszyć się względnym spokojem. Do centrum mieliśmy niestety spory kawałek, bo nasz ośrodek położony był na uboczu, blisko lasów i zdaje się, że poligonu wojskowego. Przynajmniej tak sugerowały nam słyszane regularnie wystrzały. Bliskość natury miała swoje zalety. Wieczorami było bowiem idealnie cicho. Mieliśmy ogólnie szczęście, bo sąsiednie domki zajęły również rodziny z dziećmi. Gdyby zatrzymali się tam młodzi, aspirujący ludzie pochodzący z dużych ośrodków miejskich, pewnie robiliby codzienne imprezy, puszczali głośno muzykę, darli swoje aspirujące mordy. Tymczasem, po położeniu dzieci spać można było usiąść na ganku i patrzeć się na pogrążone w mroku jezioro, a jednym hałasem był dźwięk przełykanego piwa. Nie powiem, miało to swój ogromny urok…


...tak swoją drogą, wieczorami dało się też słyszeć “dźwięki natury”. Ania była przekonana, że którejś nocy domek był obwąchiwany przez dzika, którego raciczki tuptały dookoła nas. Możliwe to całkiem, tym bardziej, że nocą znikały śmiecie, które kładliśmy z tyłu domku. Położyłem je tam raz i kiedy chciałem je wyrzucić - już ich nie było. Pomyślałem wtedy, że obsługa ośrodka działa sprawnie i śmieci zabiera sama. Okazało się jednak, że obsługa ma w nosie śmiecie gości, a więc, ich znikanie można było wytłumaczyć albo cudem, albo UFO, albo działalnością zwierząt, które je sobie zabierały do lasu, rozpakowywały z rosnącym apetytem, by przekonać się, że w środku czeka na nie … porcja pieluch z ładunkiem biologicznym czteromiesięcznego bobasa. Przez cały pobyt miałem wyrzuty z tego powodu i oczami wyobraźni ciągle widziałem ubrudzone kupą noski dzików, które przemierzają leśne dukty dookoła Jeziora Kisajno, zastanawiając się co tak tam śmierdzi.

wtorek, 3 maja 2016

03.05, Miejsce Dobrej Mocy


Mieszkaliśmy w gospodarstwie agroturystycznym, położonym niedaleko Rynu, ale … wystarczająco daleko od jakiejkolwiek cywilizacji. Ich właścicielami było sympatyczne małżeństwo - Lusia i Jurek. Nie żebym się z nimi spoufalił do tego stopnia, imiona zdradziły nam spersonalizowane tablice rejestracyjne ich nowych, lśniących i trochę szpanerskich samochodów. Trochę one do nich nie pasowały, bo oboje wyglądali na ludzi skromnych, normalnych, ale przede wszystkim, szczęśliwych oraz spełnionych. Szczerze, to trochę im nawet zazdrościłem. Mieszkali w pięknym otoczeniu, blisko przyrody i daleko od miejskiego, nerwowego jazgotu. Mieli ponad 17 hektarów pięknych terenów po których spacerowali trzymając się za ręce. Taki spacer po włościach mógł spokojnie zająć im godzinę, jak nie dłużej - jak ja bym chciał mieć kiedyś działkę po której można tyle chodzić, nie kręcąc się w kółko.... W wolnych chwilach mogli pograć w tenisa na korcie, albo posiedzieć nad jednym z kilku zarybionych jezior, a niebawem - popływać w basenie, który się właśnie budował. Wydawało mi się, że ich życie to idylla.


Rzeczywistość jest być może inna. Być może, Jurka i Lusię dławią raty kredytów, turyści nie pokrywają wydatków związanych z utrzymaniem gospodarstwa, wszystko się co chwila psuje, robotnicy piją i nie pracują, dachy przeciekają, a samotność doskwiera. Tego nie wiem, nie miałem śmiałości o to zapytać. Zresztą, wolałem pozostawać w błogiej nieświadomości, tworząc z ich osób wyidealizowaną wizję tego jakie życie chciałbym wieść jak już zarobię w korporacji tyle pieniędzy, że będę mógł ją rzucić w cholerę.

W ich obejściu było trochę zwierząt, w tym rozliczne koty, ładne kuce szetlandzkie i baran. Gabrysia nie posiadała się ze szczęścia. Dawała im chleb, z pasją zrywała kwiatki, dokarmiając je nimi. Widząc ile radości sprawia jej obcowanie ze zwierzętami, zawsze żałuję, że mieszkamy w mieście i mamy z nimi kontakt jedynie okazjonalny. Przypomina mi to też o mojej działce, którą kupiłem niedawno i z którą nic jeszcze nie zrobiłem, mimo szumnych zapowiedzi z mojej strony.



Jak już pisałem, państwo właściciele byli naprawdę sympatyczni, ale i trochę dziwni. Może to przez ten nieustanny kontakt z przyrodą… Nieopodal jednego z oczek wodnych postawili tabliczkę informującą, że jest to “miejsce mocy”. Na drzewie powiesili dziwne wahadło, pod nim była ławka. Usiadłem na niej, zamknąłem oczy, skupiłem się, ale nie poczułem żadnej międzygalaktycznej transmisji energii. Musiało się więc coś w nim zepsuć, a szkoda, bo w moim życiu ojca dwójki małych dzieci, przydałoby się małe “doładowanie”. Zawsze mnie bawiła ludzka wiara w takie rzeczy, ale po latach dochodzę do wniosku, że jest to mniej szkodliwe niż czytanie “Wyborczej”, chodzenie na wybory czy też promowanie swojej głupoty za pomocą mediów społecznościowych.


Nie za bardzo chciało nam się opuszczać te miłe progi. Zmusił nas do tego narastający głód. W ciągu dnia wyjechaliśmy tylko na obiad - do pobliskiego Rynu. Już tam kiedyś byliśmy i coś mi się wydaje, że ma on do nas pecha (albo raczej, my do niego). Jak na standardy mazurskie, jest to naprawdę sympatyczne i klimatyczne miasteczko, które posiada jakąś architekturę i ogólnie rzecz ujmując, wygląda jak aglomeracja, a nie zbiór rozrzuconych przypadkowo budynków. Ale kolejny raz zobaczyliśmy je tylko przelotnie. Przeszliśmy się po marinie, popatrzyliśmy na wody Jeziora Ryńskiego, a następnie usiedliśmy w restauracji, zjedliśmy i wróciliśmy “do siebie”. Wszystko oczywiście pod dyktando dzieci, których spokojny sen był dla nas priorytetem, robiliśmy więc wszystko tak, by im go nie zakłócać.

Mam wrażenie, że Ryn zasługuje na trochę więcej uwagi i może kiedyś będzie okazja do tego, by spędzić tam więcej czasu, odwiedzić tamtejszy Zamek (poza hotelową restauracją, którą nas nie uwiodła poprzednim razem), odpocząć nad brzegiem jednego czy drugiego akwenu, czyli po prostu - pobyć tam.

poniedziałek, 2 maja 2016

02.05, Rozprawa o drodze na Mazury

Minęło ledwie kilkanaście dni od poprzedniego wyjazdu, a my znowu spakowaliśmy walizki i ruszyliśmy przed siebie. Tak to można żyć, można by napisać. Tym razem - wybraliśmy się na Mazury, gdzie mieliśmy spędzić niemal tydzień, wykorzystując majowy długi weekend. Co prawda, prognozy pogody były fatalne, ale nie od dziś powtarzam, że lepszy deszcz i słota na urlopie, niż najpiękniejsze nawet słońce obserwowane z pozycji biurkowego niewolnika.

Lubię drogę na Mazury. Może nie całą, bo dopiero po pewnym czasie zaczyna się ona robić naprawdę ładna i klimatyczna. Wcześniej jest zazwyczaj tłoczno, brzydko i smutno, ale wystarczy minąć niewidzialną linię demarkacyjną, którą wyznacza Ostrołęka, by otoczenie nabrało zupełnie innego kolorytu. Pojawiają się gęste lasy, miejscowości mijane po drodze, robią się coraz mniejsze i mniej wpychane tandetą, znikają za to gdzieś reklamy, hurtownie, zdewastowane zakłady przemysłowe i inne symbole rodzimej przedsiębiorczości połączonej z brakiem troski o aspekty wizualne. Ot, chociażby taki poukładany wydaje się Myszyniec - spokojna mieścina z masywnym kościołem i mieszkańcami, którzy w świętą zakładają ludowe stroje i paradują w nich po ulicach. Gdy pewnego dnia przejeżdżaliśmy przez to miasteczko, nie mogliśmy się temu widokowi nadziwić. Najbardziej cieszy nas zawsze gdy mijamy Spychowo, niewielką wioskę, która jest dla nas wrotami do Krainy Wielkich Jezior. Stamtąd jest zawsze blisko do celu (dla jasności, załączone zdjęcie przedstawia okolice Różana, miasta, które jest tak brzydkie, że muszę mu kiedyś poświęcić osobny wpis).

Tyle słodzenia i dyrdymałów. Tym razem droga była jednak fatalna. Jechaliśmy długo, mieliśmy mnóstwo postojów, bo okazało się, że młodsza córka nie lubi jeździć samochodem, a starsza szybko zaczęła się w nim nudzić. Skończyło się to tym, że dostałem pierwszy w życiu mandat, bo nie zauważyłem ograniczenia prędkości i dałem się złapać patrolowi, który łapał “weekendowiczów”. Ja byłem ich ostatnią ofiarą. Gdy ze mną skończyli panowie odjechali w siną dal, zapewne zadowoleni ze świątecznego “utargu”. Na miejsce dojechaliśmy już mocno po zmroku. Na całe szczęście czekali na nas mili gospodarze, którzy nas ugościli i rozpalili w kominku. W kominku! Mieliśmy przecież maj, tymczasem wieczory były chłodne, zupełnie jakby od lata dzieliły nas miesiące, a nie tygodnie.