środa, 4 maja 2016

04.05, Sprawa pieluch nad Jeziorem Kisajno

Było miło, ale na nas już pora. Na całe szczęście, nie wracaliśmy jeszcze do domu, a wręcz odwrotnie - ledwo co zaczynaliśmy nasz pobyt na Mazurach. Po dwóch dniach spakowaliśmy się i pożegnaliśmy miłe progi Zagrody. Kolejne kilka dni mieliśmy bowiem spędzić w Giżycku, w domku położonym tuż nad brzegami Jeziora Kisajno. Nie powiem, trochę żałowałem tej decyzji, bo zamienialiśmy przyjemne miejsce prowadzone przez ciepłych ludzi na ośrodek, który już z daleka sugerował mi, że pozycjonuje się jako modne miejsce idealne dla aspirującej klasy średniej, a to nie jest to, co lubię najbardziej. Z drugiej jednak strony, lubię zmieniać otoczenie i po kilku dniach w jednym miejscu zazwyczaj już przebieram nogami, by pojechać gdzieś dalej.

Miasto Giżycko należy do najważniejszych ośrodków turystycznych całego regionu i zapewne w lecie jest tu dziko, tłoczno i paradnie. Nie wiem, bo nigdy tam wcześniej nie byłem. Na szczęście, początek maja to dopiero nieśmiały początek sezonu, więc przez cały pobyt mogliśmy cieszyć się względnym spokojem. Do centrum mieliśmy niestety spory kawałek, bo nasz ośrodek położony był na uboczu, blisko lasów i zdaje się, że poligonu wojskowego. Przynajmniej tak sugerowały nam słyszane regularnie wystrzały. Bliskość natury miała swoje zalety. Wieczorami było bowiem idealnie cicho. Mieliśmy ogólnie szczęście, bo sąsiednie domki zajęły również rodziny z dziećmi. Gdyby zatrzymali się tam młodzi, aspirujący ludzie pochodzący z dużych ośrodków miejskich, pewnie robiliby codzienne imprezy, puszczali głośno muzykę, darli swoje aspirujące mordy. Tymczasem, po położeniu dzieci spać można było usiąść na ganku i patrzeć się na pogrążone w mroku jezioro, a jednym hałasem był dźwięk przełykanego piwa. Nie powiem, miało to swój ogromny urok…


...tak swoją drogą, wieczorami dało się też słyszeć “dźwięki natury”. Ania była przekonana, że którejś nocy domek był obwąchiwany przez dzika, którego raciczki tuptały dookoła nas. Możliwe to całkiem, tym bardziej, że nocą znikały śmiecie, które kładliśmy z tyłu domku. Położyłem je tam raz i kiedy chciałem je wyrzucić - już ich nie było. Pomyślałem wtedy, że obsługa ośrodka działa sprawnie i śmieci zabiera sama. Okazało się jednak, że obsługa ma w nosie śmiecie gości, a więc, ich znikanie można było wytłumaczyć albo cudem, albo UFO, albo działalnością zwierząt, które je sobie zabierały do lasu, rozpakowywały z rosnącym apetytem, by przekonać się, że w środku czeka na nie … porcja pieluch z ładunkiem biologicznym czteromiesięcznego bobasa. Przez cały pobyt miałem wyrzuty z tego powodu i oczami wyobraźni ciągle widziałem ubrudzone kupą noski dzików, które przemierzają leśne dukty dookoła Jeziora Kisajno, zastanawiając się co tak tam śmierdzi.