
Miasto Giżycko należy do najważniejszych ośrodków turystycznych całego regionu i zapewne w lecie jest tu dziko, tłoczno i paradnie. Nie wiem, bo nigdy tam wcześniej nie byłem. Na szczęście, początek maja to dopiero nieśmiały początek sezonu, więc przez cały pobyt mogliśmy cieszyć się względnym spokojem. Do centrum mieliśmy niestety spory kawałek, bo nasz ośrodek położony był na uboczu, blisko lasów i zdaje się, że poligonu wojskowego. Przynajmniej tak sugerowały nam słyszane regularnie wystrzały. Bliskość natury miała swoje zalety. Wieczorami było bowiem idealnie cicho. Mieliśmy ogólnie szczęście, bo sąsiednie domki zajęły również rodziny z dziećmi. Gdyby zatrzymali się tam młodzi, aspirujący ludzie pochodzący z dużych ośrodków miejskich, pewnie robiliby codzienne imprezy, puszczali głośno muzykę, darli swoje aspirujące mordy. Tymczasem, po położeniu dzieci spać można było usiąść na ganku i patrzeć się na pogrążone w mroku jezioro, a jednym hałasem był dźwięk przełykanego piwa. Nie powiem, miało to swój ogromny urok…


...tak swoją drogą, wieczorami dało się też słyszeć “dźwięki natury”. Ania była przekonana, że którejś nocy domek był obwąchiwany przez dzika, którego raciczki tuptały dookoła nas. Możliwe to całkiem, tym bardziej, że nocą znikały śmiecie, które kładliśmy z tyłu domku. Położyłem je tam raz i kiedy chciałem je wyrzucić - już ich nie było. Pomyślałem wtedy, że obsługa ośrodka działa sprawnie i śmieci zabiera sama. Okazało się jednak, że obsługa ma w nosie śmiecie gości, a więc, ich znikanie można było wytłumaczyć albo cudem, albo UFO, albo działalnością zwierząt, które je sobie zabierały do lasu, rozpakowywały z rosnącym apetytem, by przekonać się, że w środku czeka na nie … porcja pieluch z ładunkiem biologicznym czteromiesięcznego bobasa. Przez cały pobyt miałem wyrzuty z tego powodu i oczami wyobraźni ciągle widziałem ubrudzone kupą noski dzików, które przemierzają leśne dukty dookoła Jeziora Kisajno, zastanawiając się co tak tam śmierdzi.

