
Jest to idealne zobrazowanie tego czym są dla mnie obecnie urlopy - to walka z materią, ciągłe bycie na posterunku, pilnowanie żeby sobie żona i córki nie zrobiły nawzajem krzywdy. Nie można tego nazwać wypoczynkiem, ale mimo wszystko, ma to swój zabawny urok i działa jak narkotyk. Chce się tego więcej i więcej. Poza tym, jak się jest na urlopie, zawsze można po prostu pójść na spacer, a spacer jest niemal zawsze gwarancją chwili spokoju. Tak też zrobiłem tego dnia. Ania została z bobasem i postanowiła nacieszyć się widokiem jaki mieliśmy zza okna. A ten był piękny.

Ja zaś zapakowałem małego chirurga do wózka i ruszyliśmy przed siebie. Przez pierwsze kilometry Gaba ciągle gadała (głównie o swoich planach związanych z turystyką wodną), ale w pewnym momencie odpłynęła w objęcia Morfeusza, a ja mogłem skupić się na otoczeniu.
Coraz bardziej podobało mi się moje sformułowanie o tym, że Giżycko to jedno z tych miast, które są ciekawe nie dzięki, a mimo swojej architektury. Ale sobie wymyśliłem! Ta myśl idealnie opisuje to miejsce. Nadawałoby się nawet na jego hasło reklamowe, gdyby tylko władze miasta miały jakieś poczucie humoru. O co nie posądzam żadnej władzy.

Im bliżej natury, tym bowiem robi się w Giżycku milej. Tego dnia powędrowałem najpierw na Wzgórze Brunona. Jest to naturalne wzniesienie, położone z dala od zabudowań, z którego rozciąga się widok na Jezioro Niegocin. Na szczycie przed ponad stu laty postawiono krzyż upamiętniający męczeńską śmierć Świętego Brunona z Kwerfurtu. Tak opisuje ją jeden ze świadków, który ocalał z rzezi:
Następnie opanowany przez szatana książę tej krainy przybył konno do biskupa i bez jakiegokolwiek żalu zamęczył na śmierć biskupa i jego kapelanów. Rozkazał by obcięto biskupowi głowę, kapelanów powieszono, a mnie oślepiono. Potem za sprawą Chrystusa widziano tam niezliczone znaki i cuda. Obecnie zaś nad ich ciałami zbudowano klasztory Od tamtego czasu za względu na Boga obszedłem jako podróżny liczne krainy wzywając świętych i święte na pomoc chrześcijanom. Cóż więcej powiedzieć? Z miłości do wszystkich chrześcijan błagam o Boże wspomożenie. Niech ono stanowi osłonę dla mego życia przed waszymi grzechami i będzie lekarstwem na wieczność.
Trzeba przyznać, że wczesne średniowiecze to była ciekawa epoka. Jakiś czas temu zacząłem nawet męczyć Pawła Jasienicę i jego “Polskę Piastów”, ale przerwałem lekturę, gdy zacząłem się gubić w kolejnych pokoleniach lokalnych władców, ich koligacjach i wzajemnych niesnaskach. Może kiedyś do tego wrócę, tym bardziej, że coraz bardziej doceniam architekturę romańską. No nieważne. To taka dygresja. Dygresje są ponoć modne, bo pokazują, że ich autor to osoba myśląca, wielowątkowa, można by napisać, że wręcz renesansowa. Cały ja!
Po Wzgórzu Brunona ruszyłem w leśne zastępy szukając ścieżki prowadzącej do Twierdzy Boyen, naczelnej atrakcji Giżycka. Nie było to takie proste, bo zieleń okazała się być dzika i gęsta. Zgubiłem się tam nawet i przez chwilę czułem, że nie wiem co mam dalej robić. Ale ostatecznie dotarłem pod ogromne mury, które, przynajmniej od zewnętrznej strony, zrobiły na mnie spore wrażenie.

Twierdza Boyen to jedna z kilkunastu fortyfikacji, które zostały zbudowane przez dawne Prusy, a obecnie znajdują się w granicach Polski. Wymienić tu można chociażby Świnoujście, Toruń, Grudziądz, Poznań, Kostrzyn czy też Kołobrzeg. Tak w ogóle, nasz kraj jest nieodkrytą jeszcze w pełni perłą tzw. turystyki militarnej. Ze względu na przeszłość, zabory, rozliczne wojny i dekady trwania jako “ziemia przygraniczna” agresywnych imperiów, na naszych ziemiach znajduje się wiele tego typu zabytków, w tym fortów i fortyfikacji, często - w zaskakująco dobrym stanie. Często - położonych w zaskakujących lokalizacjach, chociażby tak jak warszawska Cytadela, która znajduje się przecież ledwie kilkaset metrów od ścisłego śródmieścia. Powoli, bardzo powoli, otwierają się one na turystykę i (jeszcze wolniej) na komercję. Przykładem tego jest Twierdza Boyen.

To modelowy przykład rzetelnej, pruskiej budowli, która została stworzona po to, by obronić Rzeszę przed jej wrogami. Sprawia wrażenie wręcz pancernej. Nic dziwnego, że nigdy jej nie zdobyto. W 1945 roku jej załoga się poddała bez walki, wcześniej, kilkukrotnie na przestrzeni wieku istnienia, była ona celem nieskutecznych ataków. Mimo lat degeneracji, nadal dzielnie stawia upór czasowi, człowiekowi, przyrodzie.

Te dobre wrażenie nieco mija, gdy przekracza się bramę wejściową. Powierzchnia Twierdzy jest imponująca - to 100 hektarów. Jednak jest to teren w większości pozbawiony atrakcji. Znajduje się tam trochę budynków rozrzuconych po ogólnie zaniedbanej zieleni. Pojedyncze są wyremontowane, inne z kolei chylą się ku ruinie.


Trochę tam pospacerowałem, zajrzałem w kilka kątów i pomyślałem, że to wszystko ma w sobie ciekawy, ale niewykorzystany potencjał. Kiedy nie ma tam imprez masowych (które ponoć odbywają się tam dosyć często), jest tam pusto i nieco melancholijnie. Może zresztą, tak właśnie powinno tam być. W końcu, to nie park rozrywki, a miejsce o przeznaczeniu wojskowym, gdzie przez dobre kilkadziesiąt lat panował pruski dryl. Z drugiej strony, to miejsce zaczyna żyć i powoli odkrywa w swojej przeszłości nową tożsamość. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu znajdowały się tam różne dziwne zakłady produkcyjne, np. kurza ferma i dojrzewalnia serów (sic!). Myślę więc, że jest postęp, a przed Twierdzą Boyen ciekawa przyszłość i z chęcią, za jakiś czas, wrócę tam ponownie, by przekonać się jak się zmieniła. I pokażę ją w końcu dzieciom, bo Gabriela całą moją wycieczkę w przeszłość smacznie przespała.
