
Mieszkaliśmy w gospodarstwie agroturystycznym, położonym niedaleko Rynu, ale … wystarczająco daleko od jakiejkolwiek cywilizacji. Ich właścicielami było sympatyczne małżeństwo - Lusia i Jurek. Nie żebym się z nimi spoufalił do tego stopnia, imiona zdradziły nam spersonalizowane tablice rejestracyjne ich nowych, lśniących i trochę szpanerskich samochodów. Trochę one do nich nie pasowały, bo oboje wyglądali na ludzi skromnych, normalnych, ale przede wszystkim, szczęśliwych oraz spełnionych. Szczerze, to trochę im nawet zazdrościłem. Mieszkali w pięknym otoczeniu, blisko przyrody i daleko od miejskiego, nerwowego jazgotu. Mieli ponad 17 hektarów pięknych terenów po których spacerowali trzymając się za ręce. Taki spacer po włościach mógł spokojnie zająć im godzinę, jak nie dłużej - jak ja bym chciał mieć kiedyś działkę po której można tyle chodzić, nie kręcąc się w kółko.... W wolnych chwilach mogli pograć w tenisa na korcie, albo posiedzieć nad jednym z kilku zarybionych jezior, a niebawem - popływać w basenie, który się właśnie budował. Wydawało mi się, że ich życie to idylla.


Rzeczywistość jest być może inna. Być może, Jurka i Lusię dławią raty kredytów, turyści nie pokrywają wydatków związanych z utrzymaniem gospodarstwa, wszystko się co chwila psuje, robotnicy piją i nie pracują, dachy przeciekają, a samotność doskwiera. Tego nie wiem, nie miałem śmiałości o to zapytać. Zresztą, wolałem pozostawać w błogiej nieświadomości, tworząc z ich osób wyidealizowaną wizję tego jakie życie chciałbym wieść jak już zarobię w korporacji tyle pieniędzy, że będę mógł ją rzucić w cholerę.

W ich obejściu było trochę zwierząt, w tym rozliczne koty, ładne kuce szetlandzkie i baran. Gabrysia nie posiadała się ze szczęścia. Dawała im chleb, z pasją zrywała kwiatki, dokarmiając je nimi. Widząc ile radości sprawia jej obcowanie ze zwierzętami, zawsze żałuję, że mieszkamy w mieście i mamy z nimi kontakt jedynie okazjonalny. Przypomina mi to też o mojej działce, którą kupiłem niedawno i z którą nic jeszcze nie zrobiłem, mimo szumnych zapowiedzi z mojej strony.



Jak już pisałem, państwo właściciele byli naprawdę sympatyczni, ale i trochę dziwni. Może to przez ten nieustanny kontakt z przyrodą… Nieopodal jednego z oczek wodnych postawili tabliczkę informującą, że jest to “miejsce mocy”. Na drzewie powiesili dziwne wahadło, pod nim była ławka. Usiadłem na niej, zamknąłem oczy, skupiłem się, ale nie poczułem żadnej międzygalaktycznej transmisji energii. Musiało się więc coś w nim zepsuć, a szkoda, bo w moim życiu ojca dwójki małych dzieci, przydałoby się małe “doładowanie”. Zawsze mnie bawiła ludzka wiara w takie rzeczy, ale po latach dochodzę do wniosku, że jest to mniej szkodliwe niż czytanie “Wyborczej”, chodzenie na wybory czy też promowanie swojej głupoty za pomocą mediów społecznościowych.


Nie za bardzo chciało nam się opuszczać te miłe progi. Zmusił nas do tego narastający głód. W ciągu dnia wyjechaliśmy tylko na obiad - do pobliskiego Rynu. Już tam kiedyś byliśmy i coś mi się wydaje, że ma on do nas pecha (albo raczej, my do niego). Jak na standardy mazurskie, jest to naprawdę sympatyczne i klimatyczne miasteczko, które posiada jakąś architekturę i ogólnie rzecz ujmując, wygląda jak aglomeracja, a nie zbiór rozrzuconych przypadkowo budynków. Ale kolejny raz zobaczyliśmy je tylko przelotnie. Przeszliśmy się po marinie, popatrzyliśmy na wody Jeziora Ryńskiego, a następnie usiedliśmy w restauracji, zjedliśmy i wróciliśmy “do siebie”. Wszystko oczywiście pod dyktando dzieci, których spokojny sen był dla nas priorytetem, robiliśmy więc wszystko tak, by im go nie zakłócać.

Mam wrażenie, że Ryn zasługuje na trochę więcej uwagi i może kiedyś będzie okazja do tego, by spędzić tam więcej czasu, odwiedzić tamtejszy Zamek (poza hotelową restauracją, którą nas nie uwiodła poprzednim razem), odpocząć nad brzegiem jednego czy drugiego akwenu, czyli po prostu - pobyć tam.
