Lubię drogę na Mazury. Może nie całą, bo dopiero po pewnym czasie zaczyna się ona robić naprawdę ładna i klimatyczna. Wcześniej jest zazwyczaj tłoczno, brzydko i smutno, ale wystarczy minąć niewidzialną linię demarkacyjną, którą wyznacza Ostrołęka, by otoczenie nabrało zupełnie innego kolorytu. Pojawiają się gęste lasy, miejscowości mijane po drodze, robią się coraz mniejsze i mniej wpychane tandetą, znikają za to gdzieś reklamy, hurtownie, zdewastowane zakłady przemysłowe i inne symbole rodzimej przedsiębiorczości połączonej z brakiem troski o aspekty wizualne. Ot, chociażby taki poukładany wydaje się Myszyniec - spokojna mieścina z masywnym kościołem i mieszkańcami, którzy w świętą zakładają ludowe stroje i paradują w nich po ulicach. Gdy pewnego dnia przejeżdżaliśmy przez to miasteczko, nie mogliśmy się temu widokowi nadziwić. Najbardziej cieszy nas zawsze gdy mijamy Spychowo, niewielką wioskę, która jest dla nas wrotami do Krainy Wielkich Jezior. Stamtąd jest zawsze blisko do celu (dla jasności, załączone zdjęcie przedstawia okolice Różana, miasta, które jest tak brzydkie, że muszę mu kiedyś poświęcić osobny wpis).

Tyle słodzenia i dyrdymałów. Tym razem droga była jednak fatalna. Jechaliśmy długo, mieliśmy mnóstwo postojów, bo okazało się, że młodsza córka nie lubi jeździć samochodem, a starsza szybko zaczęła się w nim nudzić. Skończyło się to tym, że dostałem pierwszy w życiu mandat, bo nie zauważyłem ograniczenia prędkości i dałem się złapać patrolowi, który łapał “weekendowiczów”. Ja byłem ich ostatnią ofiarą. Gdy ze mną skończyli panowie odjechali w siną dal, zapewne zadowoleni ze świątecznego “utargu”. Na miejsce dojechaliśmy już mocno po zmroku. Na całe szczęście czekali na nas mili gospodarze, którzy nas ugościli i rozpalili w kominku. W kominku! Mieliśmy przecież maj, tymczasem wieczory były chłodne, zupełnie jakby od lata dzieliły nas miesiące, a nie tygodnie.
