poniedziałek, 24 stycznia 2011

Hotel Kartli w Tbilisi

Wybrałem hotel na najbliższy mini-urlop w Gruzji. Nazywa się Kartli, mieści się w centrum stolicy, a jest prowadzony przez niemieckie małżeństwo osiadłe na Zakaukaziu od lat. To w sumie gwarancja, że będzie czysto, porządnie i schludnie – jak to u naszych sąsiadów zazwyczaj bywa. Na stronie internetowej przybytku można przeczytać m.in., że gruzińska obsługa jest odpowiednio „wytrenowana” w client service. Nie ma to jak teutońskie wyczucie i elegancja używanych słów.

To taki żart. Wiadomo o co chodzi. Do dzisiaj pamiętam jak w Samarkandzie właściciel co chwila musiał przypominać swoim pracownikom czego od nich wymaga. Ludy wschodnie już tak mają, że praca jest jedynie dodatkiem do życia (podczas gdy u nas jest dokładnie na odwrót – pytanie retoryczne, kto ma tu rację).

Na zdjęciach lokum wydaje się być całkiem miłe. Cenowo jest średnio przyjemnie, czyli nieco drogo ale nie miałem ochoty na nocowanie w dormitoriach – na to jestem już za stary po prostu.




Nie mam jakiegoś konkretnego planu. Zasadniczo, dwa dni spędze raczej w samym Tbilisi, a dwa pozostałe poświęce na eksplorację najbliższych atrakcji. Myślałem o Mcchecie (czy jak tam to się powinno odmieniać) i Gori. To pierwsze, to mała mieścina ze słynnymi zabytkami kościelnymi, drugie zaś jest miejscem gdzie na świat przyszedł Józef Stalin. Kilka lat temu wojska rosyjskie zmasakrowały mieszkańców tego miasta i jest to jakiś horrendalny paradoks historii...

Nawet nie wiadomo jakiej pogody się spodziewać. Obecnie jest tam jakieś dziesięć stopni na plusie w ciągu dnia. To raczej anomalia niż standard, więc będę się szykował na siarczyste mrozy. A może na pluchę godną polskiego listopada?

niedziela, 9 stycznia 2011

09.01, czyli żegnaj Italio, do zobaczenia za rok (kto wie)

Bez żadnych niespodzianek pociąg zawozi nas rankiem do Rzymu. Mamy ponad godzinę wolnego czasu, więc kręcimy się z plecakami po okolicach dworca Termini. Mieliśmy ochotę coś zjeść, ale knajpy w większości były jeszcze zamknięte. Znaleźliśmy nawet restauracyjkę, do której wpadliśmy na pierwszy nasz wspólny rzymski posiłek rok temu. Ach te wspomnienia!

Potem nasze nogi zawiodły nas do... McDonald’sa. Wstyd nieco, tym bardziej, że Ania przypomina mi moje zeszłoroczne wyśmiewanie się z osób, które po przyjeździe do Rzymu kończą w takich miejscach jak to. Być w światowej stolicy makaronów i pizz, a na śniadanie spożywać hamburgera – jest w tym coś wręcz obraźliwego. No cóż, bywa.

Sam lot spokojny i w pewnym sensie metafizyczny. Do Alp mamy za oknem piękną pogodę, słońce operuje pracowicie rozświetalając pod nami kolejne białe szczyty gór. W pewnym momencie jednak, to wszystko się urywa. Przekraczamy niewidzialną klimatyczną linię demarkacyjną i wracamy do szarości. Już nie ma słońca, błękitu i widoków. Wszystko spowite chmurami, których barwa z każdym kilometrem robi się coraz to bardziej nijaka i wyprana. Po kilku dniach spędzonych w południowym klimacie, taka pogoda boli niczym siarczysty policzek wymierzony ręką niesprawiedliwej Aury.

Neapol bardzo nam się spodobał, a krótkie obcowanie z Rzymem jedynie utwierdziło w tezie, że jest we Włoszech coś co przyciąga do tego miejsca. Niby nie lubię takich komercyjnych klejnotów, ale z drugiej strony, jest tu pięknie i tak klimatycznie, że wiele można wybaczyć. Kto wie, może zrobimy z tego naszą tradycję i za rok również powiemy „Witaj Italio, daj coś zjeść?”

Oby!

sobota, 8 stycznia 2011

08.01, czyli woda, zamki i czego chcieć więcej?



Ten pan obok Ani to właśnie mityczny Eugenio, czyli człowiek któremu natura nie poskąpiła gościnności oraz serdeczności. Gdybyście kiedyś chcieli zatrzymać się w Neapolu to polecamy zaokrętować się w jego B&B Cinque stelle. Z pewnością warto, a i drogo nie jest.

Żegnamy się rano z gospodarzem, bo wpada do nas jedynie w porze śniadaniowej i potem już nie będzie ku temu sposobności. Poza tym, mamy cały „hotel” dla siebie, bo jesteśmy jedynymi goścmi. Nieco nas to dziwi, bo w porównaniu do północnych rubieży Kontynentu, pogoda tu przecież miła i idealna na zwiedzanie. Turystów jednak nie ma prawie wcale.

Znaleźć można opinie, że miasto jest dobre w sam raz na jeden dzień. Nie jest to jednak prawda, bo nam dwa starczyły tylko na główne atrakcje, a Neapol oferuje także sporo więcej. Najpierw udajemy się sprawdzoną już trasą w czeluści Centro Storico. Znowu możemy podziwiać grę cieni. Kluczymy wąskimi uliczkami. Trafiamy do miejsc, które już znamy z wczoraj, jak i znajdujemy zupełnie nowe. Dzielnica iście to Dickensowska, można by powiedzieć, że wyjęta żywcem z Oliviera Twista. Mroczna i duszna, klaustrofobiczna i pachnącą tajemnicami, których sedna lepiej nie zgłębiać...




Trudno w sumie powiedzieć jak stare jest to miejsce. Znajdują się tu kościoły (na czele z tym najsłynniejszym na Via Duomo), które sięgają swoją przeszłością do mrocznego średniowiecza.



Budynki mieszkalne i ich wiek to dla mnie jednak spora zagadka. Wyglądają na bardzo leciwe, ale z drugiej strony w tym mieście brud szybko zaczyna „robić swoje”.



Mnóstwo tu zagubionych kapliczek. Włoska pomysłowość i dewotyzm nie zna granic. Wita nas nawet postać Ojca Pio, nie wspominając o ołtarzu, który postawiono Diego Maradonie.



Słynny argentyńczyk jest tu kochany tak jak w ojczyźnie. Neapol doskonale pamięta komu zawdzięcza dwa scudetto zdobyte w 1987 i 1990 roku. Boski Diego w błękitnej koszulce SSC Napoli to także jeden z symboli i mojego dzieciństwa, więc również przystaję na chwilę, by oddać mu należną cześć.



Trafiamy na Mercato, czyli dzielnicę handlową, jak sama nazwa wskazuje. W sumie nic specjalnie ciekawego, tylko jakby śmieci jeszcze więcej (jakby to było w ogóle możliwe). Handel trwa tu w najlepsze. Swoją drogą, neapolitański port to chyba jeden z największych tego typu obiektów w całej Europie. A do tego spora część towarów jaka przez niego przepływa to czysta kontrabanda, która po chwili trafia także na uliczki takie jak ta.



Stamtąd wędrujemy do kościoła Gesù Nuovo. Wyróżnia go oryginalna faktura zdobień. Niby widzieliśmy to już wczoraj, ale nie od środka, więc wchodzimy. Zostałem tam zaatakowany przez wściekłą staruszkę-wariatkę, której nie spodobało się to, że trzymałem w ręku aparat fotograficzny. Dostało mi się nieco wyzwisk (po włosku więc nie szkodzi, bo nie zrozumiałem) i kuksańców wymierzonych nader energicznymi dłońmi. Jesteśmy w mieście, którym tręsie Camorra, a ja niemal ginę z rąk osiemdziesięciolatki...



Ten etap wędrówki kończymy na Plaza San Domenico Maggiore, gdzie pijemy kawę i uprawiamy nieskrępowane niczym włoskie „la dolce vita”. Tak to można żyć.



Potem pora nad morze. W końcu! Spacer wzdłuż wybrzeża zachwyca. Pogoda rozpieszcza i nasze lekkie wiosenne kurtki aż proszą się o zdjęcie. Najsmutniej robi się gdy zdajemy sobie sprawę, że u nas taka pogoda będzie za jakieś trzy miesiące...



Piaskowej barwy Castel Del’Ovo (zamkami Neapol stoi!) okazuje się być atrakcją dostępną za darmo, co nas niepomiernie cieszy. Wdrapujemy się na górę, by, dla odmiany, podziwiać kolejną porcję nieziemskich widoków cieszących nasze oczy.






Sam zamek też całkiem ciekawy. Na górze są nawet armaty wycelowane w pobliski hotel klasy lux. No właśnie, hotel! Nazywa się Albergo Vesuvio i skądś go jakby znam. To w nim „nocował” w Neapolu sam Bourvil w klasyczej komedii „Gamoń” (a partnerował mu wtedy Louis de Funes).



Trafiamy też ostatecznie na Plazza Plebiscito, ale po tych wszystkich atrakcjach wcześniej, ten duży pustawy plac nie może na nas zrobić żadnego wrażenia. Mamy ochotę wejść na jeszcze jedną górę, ale dajemy sobie spokój i zamiast tego skręcamy w dzielnicę hiszpańską.



To tutaj narodziła się słynna neapolitańska Camorra. Miejsce sprzyja mafijnym układom. Ulice tu znowu wąskie, biegną to w górę, to w dół. Pełno zakątków, zakamarków, skrętów i skrótów. Byłoby łatwo się zgubić, gdyby nie to, że zza balkonów zawsze widać wzgórze gdzie stoi zamek San Elmo, który wyznacza azymut marszruty.




Zaczynamy trafiać w miejsca na widok, których mówimy sobie, że już tu byliśmy. No i racja, Neapol ma przed nami coraz mniej tajemnic. Mimo wszystko, osobiście odczuwam niedosyt. Chciałoby się zostać tam na nieco dłużej...

Wieczorem pora na pożegnalną kolację. Wybór pada na restaurację Trianton, czyli jedno z miejsc kultowych na mapie jadłodalni Neapolu. To tam biesiadował znany reżyser Vittorio de Sica, a przybytek istnieje od lat 20-tych ubiegłego wieku. Droga wiedzie przez okolice dworcowe i plac Garibaldiego. To „nowsza” część centrum, gdzie dominują szersze ulice i bardziej monumentalne kamienice. Można by odetchnąć pełną piersią, ale brudno tu wyjątkowo, a do tego wieczorem miejsce pełne jest znowu ludzi o podejrzanej prowienencji. Nieco kluczymy zanim znajdujemy cel naszej podróży, no i niestety. Jest przecież sobota wieczór, Włosi lubią zjeść, więc przed wejściem kłębi się tłum ludzi czekających na wolny stolik. Trianton nie uzna więc nas za kolejnych szacownych gości i obchodzimy się ze smakiem. Ostatecznie lądujemy „tam gdzie zawsze”. Kelnerzy już nas witają od progu, ale bywają nader bezczelni w wymuszaniu napiwków (które są zresztą doliczane do rachunku).

Nieco szkoda, że jutro trzeba już wracać do domu. Przydałby się może jeszcze jeden dzień na słodkie lenistwo gdzieś nad brzegiem Zatoki.

piątek, 7 stycznia 2011

07.01, czyli Trzeci Świat tak blisko nas

Trochę się śmiejemy z tym Eugenio. Plan wycieczki oczywiście sami sobie układamy tak jak chcemy (chociaż jego wskazówki okazują się bardzo pomocne). Jemy grzecznie śniadanie i gramy swoje role, gdzie ja jestem pod pantoflem, zaś „Ania is the chief”. Nasz gospodarz zaraża nas śmiechem, a na mnie patrzy się ze zrozumieniem. W końcu przeciętny Włoch najpierw czterdzieści lat mieszka w domu rodzinnym, a potem na drugie pół życia wędruje pod skrzydła zaborczej małżonki...

Wychodzimy z lokum i pierwszy kontakt z Neapolem w świetle dziennym radosny nie jest. Coś tu brudno, ubogo i „mało zachodnio”.



Ludzie też jacyś bardziej zmęczeni, jak to zazwyczaj z biedotą bywa. Sklepowe witryny rodem z lat 80-tych do zakupów nie zachęcają, mimo iż w drzwiach każdego przybytku stoi właściciel zerkający z nadzieją na każdego kolejnego przechodnia.



Ale trzeba oddać jedną rzecz już na początku. Otoczenie otoczeniem, ale czystość osobista wydaje się być tutaj pierwszorzędną potrzebą ludzką. Wszędzie jak okiem nie sięgnąć na balkonach, w oknach i w bramach suszą się sznury bielizny, ubrań, pościeli oraz męskich kalesonów słusznych gabarytów. Dookoła roznosi się zapach świeżego niczym Alpy prania.



Wchodzimy ogromną bramą wjazdową Castel Capuano i jesteśmy już w Centro Storico, czyli neapolitańskiej „starówce”.



Jeszcze kilka kroków i meldujemy się w plątanine wąskich, wysokich uliczek. Zdawać się może, że światło do niektórych zaułków nie dociera nigdy. Bruk skąpany jest w mroku, który rozświetla od czasu do czasu padający niemal pionowo z góry promień słońca. Nielicznym udaje się przebić aż tak daleko wgłąb tej gęstej tkanki miejskiej.




Uliczne kiszki są tak wąskie i niewielkie, że sąsiedzi mogą nie tylko zaglądać sobie do okien, ale robiąc niemal krok nad ulicą, odwiedzać siebie nawzajem. Wszystko jest zapuszczone i tak kolorowe jak tylko to bieda potrafi. Przyjemnie jest się tam zagubić, zaglądać do kolejnych uliczek, przejść i bram, odkrywając ciągle coś nowego i pięknego.




Brak miejsca nie przeszkadza ruchowi kołowemu, który rankiem buzuje. Co chwila przejeżdża obok nas kolejny skuter (wcale nie zwalniają), a nawet samochód. Niektóre z nich skręcają w boczne alejki, mimo iż lusterkami ocierają niemal o ściany. Po wszechobecnych zarysowaniach i uszczerbkach widać, że nie każdemu sztuka manewrowania wychodzi równie sprawnie i lekko.

Mieszkańcy zdają się być poświęceni w pełni podstawowym czynnościom. W takich miejscach, człowiek przypomina sobie, że tak naprawdę wszystko dookoła nas rozgrywa się wokół jedzenia, picia i ogólnie – przeżycia kolejnego dnia (u Włochów dochodzi do tego jeszcze moda oraz wspominane już pranie). Wszystko inne to nadbudowa, której gabaryty czasem zasłaniają nam to co najważniejsze. A więc, w Centro Storico dużo jest sklepów, sklepików i kramów. Sprzedają wszystko i nic.




Zmaltretowane Vespy i Piaggio służą celom transportowym. Niektóre są tak załadowane, że zawstydziłyby nawet Wietnamczyków. Na ich widok można się wzruszyć, bo trafiają się i takie jednostki, które „reperowane” są za pomocą taśmy samoprzylepnej...

Dookoła sporo śmieci, a im dalej w dzień, tym przybywa ich więcej i więcej.



Neapol regularnie nawiedzają swoiste „śmieciowe powodzie”, kiedy ulice toną w brudzie (dosłownie i w przenośni). Obecnie problem jest jakby rozwiązany, ale i tak miasto należy do najbrudniejszych na Starym Kontynencie. Świat arabski by się niektórych widoków nie powstydził.

Ambitnie wędrujemy pod Montesanto, czyli jedno ze wzgórz na których miasto jest położone. Lekko czasem nie jest ale widok na plątaninę ulicy z góry wynagradza wiele. Ania jest nieco zła, bo chwilę po wejściu stwierdzam, że pomyliliśmy drogi i musimy zejść. No to po co się pociliśmy?



Skręcamy w Via Toledo.



To już koniec Centro Storico i początek najsłynniejszego handlowego deptaka metropolii. Sklepów dużo, podobnie jak ludzi, a część ulicy to „area pedonale”. Co z tego jednak, skoro i tak co jakiś czas trafi się zabłąkany kierowca, który wie lepiej. Także i tutaj trafiła już swoista mafia Senegalczyków sprzedających torebki na ulicy. Plan jest prosty. Towar jest „wykładany” wprost na bruk na prześcieradle. Jeżeli w okolicy pojawia się patrol straży miejskiej jednym sprawnym ruchem wszystko znika w czeluściach worka. Nikt przecież nie zabrania stania na ulicy z workiem na plecach, prawda?



Swoją drogą, niedawno czytałem o ludziach organizujących ów handel. Są to członkowie jednego plemienia, którzy pracują na „wspólny rachunek”. Nie dziwi już więc fakt, że obok siebie stoi czasem kilku murzynów z tym samym asortymentem. W końcu zysk jest jeden i trafia do tej samej kieszeni, więc konkurencji sobie nie robią. Ciekawe kiedy dotrze do Polski owa specyficzna dystrybucja torebek damskich...

Kawałek dalej jest galeria Umberto I, czyli brat bliźniak słynniejszej Galerii Vitorrio Emanuelle II z Mediolanu. Robi wrażenie i nieco zawstydza gdy pomyślimy o naszych nowożytnych Arkadiach i innych centrach. Wątpię by kiedykolwiek stały się perełką architektoniczną pokroju dzieł Emmanuele Rocco.



Jeszcze tylko jeden skręt w ulicę i na naszych oczach rysuje się bryła Castel Nuovo. Zamek Nowy to pozostałość po skomplikowanej przeszłości tych ziem. Wybudowany „za Francuzów”, rozkwit przeżywał „za Hiszpanów”. Powstał w XIII wieku i jest pięknym przykładem średniowiecznej architektury, której w Neapolu zachowało się nader dużo.




Sam środek może nie zachwyca, ale za „drobną” opłatą możemy sobie pospacerować po wnętrzach. Z górnych tarasów rozciąga się piękny widok na Zatokę. Lazur morza walczy o naszą uwagę z błękitem nieba, świeci słońce, temperatura przekracza magiczne dwadzieścia stopni. W oddali majaczy przed nami groźny Wezuwiusz, czyli jeden z najsłynniejszych czynnych wulkanów na świecie.



Boskie widoki i pierwszy przykład na to, że Neapol ma dwoistą naturę. Z jednej strony, odrapane mury i brud, ale z drugiej wybrzeże to riwiera „pełną gębą”.

Kolejny punkt to Castel San Elmo. Żeby się tam dostać postanawiamy skorzystać z jednej z transportowych ciekawostek, czyli Funicolare. To ni mniej, ni więcej, a kolejka elektryczna, która wspina się na wzgórze zamkowe. Jej początkowa stacja jest dosłownie ukryta w budynku kamienicy i z poziomu ulicy łatwo ją przeoczyć. Kolejka skonstruowana jest w ciekawy sposób: jako, że jazda odbywa się pod dużym kątem, same wagoniki są również pochyłe. Droga w górę zajmuje kilka minut ale łakomych widoków trzeba rozczarować – cała niemal droga odbywa się tunelami.

Zanim dotrzemy do San Elmo nieco kluczymy. Zgubić się nie ma szans, bo co chwila napotykamy na tablicę wskazujące kierunek, ale idzie się ładnych kilka minut.



Wszystko to jednak nic, bo widoki z góry wynagradzają wiele, a nawet jeszcze więcej. Tym razem jesteśmy dużo wyżej, więc i panoramę mamy bardziej zachwycającą.



Szczególnie długo czasu można spędzić na obserwowaniu Centro Storico, łącznie z ciągiem głównych ulic, które tworzą wyraźną z tego poziomu bruzdę dzielącą dzielnicę na dwie części.



Kawałek dalej widać nie tylko zgrupowanie wieżowców, ale nawet lokalne lotnisko, z którego startują samoloty. Ich huk szczególnie słyszalny jest w wąskich uliczkach, gdzie dudni jeszcze chwilę po samym przelocie.

Jest tak pięknie, że człowiek nie chce się wcale żegnać z tym miejscem (nawet jeżeli jest tak głodny jak my!)



Wieczorny powrót do domu to okazja, by przekonać się jak Neapol potrafi się zmienić w ciągu kilku chwil. Zdecydowanie najlepiej prezentuje się w porannym słońcu. Popołudniu te same ulice Centro Storico przypominają bardziej slumsy. Jest ciemno, szaro, a skutery śmigające obok nas zaczynają już denerwować. Śmieci coraz to więcej, ludzie coraz to bardziej nieprzyjemni, gdzieś znika owa radosna i szczera afirmacja prostego życia, którą czuło się kilka godzin temu. Nie szkodzi – świtem pojawi się tam znowu.

Kolacja to potwierdzenie tego, że dwie pizze jednego dnia to za dużo na mój żołądek. Ania ma więcej szczęścia, bo obiadową porą nie najadła się tak jak ja. Jest jednak smacznie, a i cenowo w miarę przyswajalnie. Ten dzień nas nieźle wymęczył i zaskoczył – nie spodziewaliśmy się, że tak blisko nas możemy znaleźć miejsce, gdzie ducha trzeciego świata czuć tak wyraźnie jak właśnie tutaj. Śpimy snem tak głębokim jakbyśmy stoczyli ciężki bój z tkanką miejską nie Neapolu, a co najmniej Hanoi.

czwartek, 6 stycznia 2011

06.01, czyli jowialny Eugenio i ojczyzna włoskiego placka

Za oknem typowa polska zima. Szaro, brudno, ponuro i chłodno. Mamy w tle taką oto scenerię, gdy wybieramy się do miejsca, gdzie w ciągu dnia będzie ponad piętnaście stopni, a niebo będzie w jedynie słusznym, błękitnym odcieniu.

Samolot do Rzymu jak zawsze niemal pełen. Towarzystwo iście mieszane. Pielgrzymi, turyści, emigranci wracający do swoich obowiązków zawodowych. No ale nieważne. Istotne jest to, że po raz trzeci będę na Fiumicino. Kto by się spodziewał, że będzie mi dane tak często odwiedzać to akurat lotnisko?

Szybko przemieszczamy się do Termini. Przez ponad godzinę nudzimy się oraz wspominamy poprzednią tu wizytę oczekując na pociąg do Neapolu. Odwiedzamy lokalnego Spar-a, gdzie ponownie dajemy się zadziwić mnogości tutejszych makaronów. Jest w czym wybierać i tylko szkoda, że plecaki nie są z gumy.

Włoska kolej ma wiele wspólnego z naszym rodzimym PKP, jednakowoż jakość świadczonych usług jest na zupełnie innym, wyższym poziomie (no bo na niższym to byłoby już doprawdy trudno).


Skład przyjeżdża na ten peron na który powinien, nasze miejsca na nas czekają wolne, nasze bilety zabukowane przez internet są ważne, a odjeżdżamy o czasie. A do tego, na miejsce przyjeżdżamy tak jak powinniśmy. A nawet chwilę wcześniej. Wszystko jak we włoskim zegarku.

Stacja kolejowa w Neapolu zaskoczyła pozytywnie. Budynek przeszedł gruntowny remont i prezentuje się schludnie oraz nowocześnie – przynajmniej do czasu gdy nie zarośnie go kolejna warstwa patyny oraz brudu. Na zewnątrz panuje przedziwny chaos typowy dla tego miasta. Pełno obcokrajowców, bezdomnych i innych dziwnych jednostek. Ulice ciemne, niedoświetlone i brudne. Szybkim krokiem mijamy to wszystko i kierujemy się do naszego noclegu. I tu wielkie zaskoczenie tego dnia jakim jest nasz gospodarz, Eugenio. Czeka na nas na dole budynku i prowadzi na swoje włości. Na miejscu cierpliwie wszystko nam tłumaczy, dając skrócony kurs korzystania z toalety, kuchni i pokojowej aparatury grzewczo-rozrywkowej (w końcu, jesteśmy Polakami więc nie wiadomo czy mieliśmy wcześniej kontakt z bieżącą wodą). Następnie otwiera przed nami mapę Neapolu i pokazuje co&jak. Mówi co warto, czego nie warto, jakich miejsc lepiej unikać, a gdzie pójść trzeba obowiązkowo. Złoty osobnik, a do tego niezwykle serdeczny i wesoły. Jego angielski prezentuje poziom podstawowy, ale tak się składa, że wszystko rozumiemy. To czego nie jest w stanie powiedzieć pokazuje rękami albo dźwiękami. W wielu miejscach już człowiek nocował, ale pierwszy raz spotykam kogoś tak pozytywnie zakręconego na punkcie swoich klientów. Neapol powinien mu kiedyś postawić pomnik.

W końcu Eugenio pozwala nam wrócić do siebie i nieco odpocząć.

Przegrupowanie nie trwa długo, bo jest już wieczór, my zaś nic prawie nie jedliśmy. Kierujemy się więc na kolację. Mieszkamy w średniej okolicy. Ma poważną zaletę, bo jest w centrum i wszędzie blisko. Ale niedoświetlone i brudne uliczki jakoś nie wzbudzają do końca zaufania. Eugenio co prawda ciągle powtarzał, że Neapol to bezpieczne miasto, ale mówiąc to pokazywał jakich miejsc unikać. Nam jednak nic nie straszne.


Wybór pada na pobliski Plazza Nazionale i restaurację, którą, a jakże, polecił nam nasz gospodarz.

Tak się składa, że trafialiśmy potem tam co wieczór. Nawet jeżeli chcieliśmy zjeść gdzieś indziej, w tej części miasta ciężko było znaleźć coś konkurencyjnego. Inna sprawa jest taka, że na miejscu było smacznie, a jak jest smacznie to po co cokolwiek zmieniać? Przyzwyczajenie to w końcu druga natura człowieka.

Pierwszy dzień w Neapolu musieliśmy zakończyć lokalnymi specjałami, więc na naszym stole wylądowały dwie pizze – Margerita i Marinara.

Tutejsze specjalności smakowały nader dobrze, chociaż w sumie oba dania należą do tych najprostszych. Ale właśnie taka jest kuchnia neapolitańska. Nie ma tu ekstrawagancji, a wszystko powinno być „jak u mamy”, czyli zdrowo, syto i bez udziwnień. Miasto to ojczyzna pizzy i warto przypomnieć sobie, że niegdyś był to właśnie taki oto najtańszy placek, którym żywiła się biedota.

W lokalu mamy okazję poznać neapolitański charakter z jeszcze jednej strony. Trwa transmisja z meczu lokalnych herosów, czyli SSC Napoli. Grają z Interem Mediolan i emocje sięgają zenitu. Radość po strzelonej wyrównującej bramce nie zna granic, krzyczą nawet kelnerzy (i nieważne, że w ręku trzymają talerz z czyimś zamówieniem). Ostatecznie wszystko zakończyło się porażką 1:3, ale o tej porze byliśmy już w hotelowym pokoju. Trawiąc posiłek planowaliśmy co i jak zobaczymy jutro (to w sumie metafora, albowiem w kieszeni mieliśmy mapę miasta z trasą naznaczoną przez Eugenio).