niedziela, 9 stycznia 2011

09.01, czyli żegnaj Italio, do zobaczenia za rok (kto wie)

Bez żadnych niespodzianek pociąg zawozi nas rankiem do Rzymu. Mamy ponad godzinę wolnego czasu, więc kręcimy się z plecakami po okolicach dworca Termini. Mieliśmy ochotę coś zjeść, ale knajpy w większości były jeszcze zamknięte. Znaleźliśmy nawet restauracyjkę, do której wpadliśmy na pierwszy nasz wspólny rzymski posiłek rok temu. Ach te wspomnienia!

Potem nasze nogi zawiodły nas do... McDonald’sa. Wstyd nieco, tym bardziej, że Ania przypomina mi moje zeszłoroczne wyśmiewanie się z osób, które po przyjeździe do Rzymu kończą w takich miejscach jak to. Być w światowej stolicy makaronów i pizz, a na śniadanie spożywać hamburgera – jest w tym coś wręcz obraźliwego. No cóż, bywa.

Sam lot spokojny i w pewnym sensie metafizyczny. Do Alp mamy za oknem piękną pogodę, słońce operuje pracowicie rozświetalając pod nami kolejne białe szczyty gór. W pewnym momencie jednak, to wszystko się urywa. Przekraczamy niewidzialną klimatyczną linię demarkacyjną i wracamy do szarości. Już nie ma słońca, błękitu i widoków. Wszystko spowite chmurami, których barwa z każdym kilometrem robi się coraz to bardziej nijaka i wyprana. Po kilku dniach spędzonych w południowym klimacie, taka pogoda boli niczym siarczysty policzek wymierzony ręką niesprawiedliwej Aury.

Neapol bardzo nam się spodobał, a krótkie obcowanie z Rzymem jedynie utwierdziło w tezie, że jest we Włoszech coś co przyciąga do tego miejsca. Niby nie lubię takich komercyjnych klejnotów, ale z drugiej strony, jest tu pięknie i tak klimatycznie, że wiele można wybaczyć. Kto wie, może zrobimy z tego naszą tradycję i za rok również powiemy „Witaj Italio, daj coś zjeść?”

Oby!