
Ten pan obok Ani to właśnie mityczny Eugenio, czyli człowiek któremu natura nie poskąpiła gościnności oraz serdeczności. Gdybyście kiedyś chcieli zatrzymać się w Neapolu to polecamy zaokrętować się w jego B&B Cinque stelle. Z pewnością warto, a i drogo nie jest.
Żegnamy się rano z gospodarzem, bo wpada do nas jedynie w porze śniadaniowej i potem już nie będzie ku temu sposobności. Poza tym, mamy cały „hotel” dla siebie, bo jesteśmy jedynymi goścmi. Nieco nas to dziwi, bo w porównaniu do północnych rubieży Kontynentu, pogoda tu przecież miła i idealna na zwiedzanie. Turystów jednak nie ma prawie wcale.
Znaleźć można opinie, że miasto jest dobre w sam raz na jeden dzień. Nie jest to jednak prawda, bo nam dwa starczyły tylko na główne atrakcje, a Neapol oferuje także sporo więcej. Najpierw udajemy się sprawdzoną już trasą w czeluści Centro Storico. Znowu możemy podziwiać grę cieni. Kluczymy wąskimi uliczkami. Trafiamy do miejsc, które już znamy z wczoraj, jak i znajdujemy zupełnie nowe. Dzielnica iście to Dickensowska, można by powiedzieć, że wyjęta żywcem z Oliviera Twista. Mroczna i duszna, klaustrofobiczna i pachnącą tajemnicami, których sedna lepiej nie zgłębiać...


Trudno w sumie powiedzieć jak stare jest to miejsce. Znajdują się tu kościoły (na czele z tym najsłynniejszym na Via Duomo), które sięgają swoją przeszłością do mrocznego średniowiecza.

Budynki mieszkalne i ich wiek to dla mnie jednak spora zagadka. Wyglądają na bardzo leciwe, ale z drugiej strony w tym mieście brud szybko zaczyna „robić swoje”.

Mnóstwo tu zagubionych kapliczek. Włoska pomysłowość i dewotyzm nie zna granic. Wita nas nawet postać Ojca Pio, nie wspominając o ołtarzu, który postawiono Diego Maradonie.

Słynny argentyńczyk jest tu kochany tak jak w ojczyźnie. Neapol doskonale pamięta komu zawdzięcza dwa scudetto zdobyte w 1987 i 1990 roku. Boski Diego w błękitnej koszulce SSC Napoli to także jeden z symboli i mojego dzieciństwa, więc również przystaję na chwilę, by oddać mu należną cześć.

Trafiamy na Mercato, czyli dzielnicę handlową, jak sama nazwa wskazuje. W sumie nic specjalnie ciekawego, tylko jakby śmieci jeszcze więcej (jakby to było w ogóle możliwe). Handel trwa tu w najlepsze. Swoją drogą, neapolitański port to chyba jeden z największych tego typu obiektów w całej Europie. A do tego spora część towarów jaka przez niego przepływa to czysta kontrabanda, która po chwili trafia także na uliczki takie jak ta.

Stamtąd wędrujemy do kościoła Gesù Nuovo. Wyróżnia go oryginalna faktura zdobień. Niby widzieliśmy to już wczoraj, ale nie od środka, więc wchodzimy. Zostałem tam zaatakowany przez wściekłą staruszkę-wariatkę, której nie spodobało się to, że trzymałem w ręku aparat fotograficzny. Dostało mi się nieco wyzwisk (po włosku więc nie szkodzi, bo nie zrozumiałem) i kuksańców wymierzonych nader energicznymi dłońmi. Jesteśmy w mieście, którym tręsie Camorra, a ja niemal ginę z rąk osiemdziesięciolatki...

Ten etap wędrówki kończymy na Plaza San Domenico Maggiore, gdzie pijemy kawę i uprawiamy nieskrępowane niczym włoskie „la dolce vita”. Tak to można żyć.

Potem pora nad morze. W końcu! Spacer wzdłuż wybrzeża zachwyca. Pogoda rozpieszcza i nasze lekkie wiosenne kurtki aż proszą się o zdjęcie. Najsmutniej robi się gdy zdajemy sobie sprawę, że u nas taka pogoda będzie za jakieś trzy miesiące...

Piaskowej barwy Castel Del’Ovo (zamkami Neapol stoi!) okazuje się być atrakcją dostępną za darmo, co nas niepomiernie cieszy. Wdrapujemy się na górę, by, dla odmiany, podziwiać kolejną porcję nieziemskich widoków cieszących nasze oczy.





Sam zamek też całkiem ciekawy. Na górze są nawet armaty wycelowane w pobliski hotel klasy lux. No właśnie, hotel! Nazywa się Albergo Vesuvio i skądś go jakby znam. To w nim „nocował” w Neapolu sam Bourvil w klasyczej komedii „Gamoń” (a partnerował mu wtedy Louis de Funes).

Trafiamy też ostatecznie na Plazza Plebiscito, ale po tych wszystkich atrakcjach wcześniej, ten duży pustawy plac nie może na nas zrobić żadnego wrażenia. Mamy ochotę wejść na jeszcze jedną górę, ale dajemy sobie spokój i zamiast tego skręcamy w dzielnicę hiszpańską.

To tutaj narodziła się słynna neapolitańska Camorra. Miejsce sprzyja mafijnym układom. Ulice tu znowu wąskie, biegną to w górę, to w dół. Pełno zakątków, zakamarków, skrętów i skrótów. Byłoby łatwo się zgubić, gdyby nie to, że zza balkonów zawsze widać wzgórze gdzie stoi zamek San Elmo, który wyznacza azymut marszruty.


Zaczynamy trafiać w miejsca na widok, których mówimy sobie, że już tu byliśmy. No i racja, Neapol ma przed nami coraz mniej tajemnic. Mimo wszystko, osobiście odczuwam niedosyt. Chciałoby się zostać tam na nieco dłużej...
Wieczorem pora na pożegnalną kolację. Wybór pada na restaurację Trianton, czyli jedno z miejsc kultowych na mapie jadłodalni Neapolu. To tam biesiadował znany reżyser Vittorio de Sica, a przybytek istnieje od lat 20-tych ubiegłego wieku. Droga wiedzie przez okolice dworcowe i plac Garibaldiego. To „nowsza” część centrum, gdzie dominują szersze ulice i bardziej monumentalne kamienice. Można by odetchnąć pełną piersią, ale brudno tu wyjątkowo, a do tego wieczorem miejsce pełne jest znowu ludzi o podejrzanej prowienencji. Nieco kluczymy zanim znajdujemy cel naszej podróży, no i niestety. Jest przecież sobota wieczór, Włosi lubią zjeść, więc przed wejściem kłębi się tłum ludzi czekających na wolny stolik. Trianton nie uzna więc nas za kolejnych szacownych gości i obchodzimy się ze smakiem. Ostatecznie lądujemy „tam gdzie zawsze”. Kelnerzy już nas witają od progu, ale bywają nader bezczelni w wymuszaniu napiwków (które są zresztą doliczane do rachunku).
Nieco szkoda, że jutro trzeba już wracać do domu. Przydałby się może jeszcze jeden dzień na słodkie lenistwo gdzieś nad brzegiem Zatoki.
