Wychodzimy z lokum i pierwszy kontakt z Neapolem w świetle dziennym radosny nie jest. Coś tu brudno, ubogo i „mało zachodnio”.

Ludzie też jacyś bardziej zmęczeni, jak to zazwyczaj z biedotą bywa. Sklepowe witryny rodem z lat 80-tych do zakupów nie zachęcają, mimo iż w drzwiach każdego przybytku stoi właściciel zerkający z nadzieją na każdego kolejnego przechodnia.

Ale trzeba oddać jedną rzecz już na początku. Otoczenie otoczeniem, ale czystość osobista wydaje się być tutaj pierwszorzędną potrzebą ludzką. Wszędzie jak okiem nie sięgnąć na balkonach, w oknach i w bramach suszą się sznury bielizny, ubrań, pościeli oraz męskich kalesonów słusznych gabarytów. Dookoła roznosi się zapach świeżego niczym Alpy prania.

Wchodzimy ogromną bramą wjazdową Castel Capuano i jesteśmy już w Centro Storico, czyli neapolitańskiej „starówce”.

Jeszcze kilka kroków i meldujemy się w plątanine wąskich, wysokich uliczek. Zdawać się może, że światło do niektórych zaułków nie dociera nigdy. Bruk skąpany jest w mroku, który rozświetla od czasu do czasu padający niemal pionowo z góry promień słońca. Nielicznym udaje się przebić aż tak daleko wgłąb tej gęstej tkanki miejskiej.


Uliczne kiszki są tak wąskie i niewielkie, że sąsiedzi mogą nie tylko zaglądać sobie do okien, ale robiąc niemal krok nad ulicą, odwiedzać siebie nawzajem. Wszystko jest zapuszczone i tak kolorowe jak tylko to bieda potrafi. Przyjemnie jest się tam zagubić, zaglądać do kolejnych uliczek, przejść i bram, odkrywając ciągle coś nowego i pięknego.


Brak miejsca nie przeszkadza ruchowi kołowemu, który rankiem buzuje. Co chwila przejeżdża obok nas kolejny skuter (wcale nie zwalniają), a nawet samochód. Niektóre z nich skręcają w boczne alejki, mimo iż lusterkami ocierają niemal o ściany. Po wszechobecnych zarysowaniach i uszczerbkach widać, że nie każdemu sztuka manewrowania wychodzi równie sprawnie i lekko.
Mieszkańcy zdają się być poświęceni w pełni podstawowym czynnościom. W takich miejscach, człowiek przypomina sobie, że tak naprawdę wszystko dookoła nas rozgrywa się wokół jedzenia, picia i ogólnie – przeżycia kolejnego dnia (u Włochów dochodzi do tego jeszcze moda oraz wspominane już pranie). Wszystko inne to nadbudowa, której gabaryty czasem zasłaniają nam to co najważniejsze. A więc, w Centro Storico dużo jest sklepów, sklepików i kramów. Sprzedają wszystko i nic.


Zmaltretowane Vespy i Piaggio służą celom transportowym. Niektóre są tak załadowane, że zawstydziłyby nawet Wietnamczyków. Na ich widok można się wzruszyć, bo trafiają się i takie jednostki, które „reperowane” są za pomocą taśmy samoprzylepnej...
Dookoła sporo śmieci, a im dalej w dzień, tym przybywa ich więcej i więcej.

Neapol regularnie nawiedzają swoiste „śmieciowe powodzie”, kiedy ulice toną w brudzie (dosłownie i w przenośni). Obecnie problem jest jakby rozwiązany, ale i tak miasto należy do najbrudniejszych na Starym Kontynencie. Świat arabski by się niektórych widoków nie powstydził.
Ambitnie wędrujemy pod Montesanto, czyli jedno ze wzgórz na których miasto jest położone. Lekko czasem nie jest ale widok na plątaninę ulicy z góry wynagradza wiele. Ania jest nieco zła, bo chwilę po wejściu stwierdzam, że pomyliliśmy drogi i musimy zejść. No to po co się pociliśmy?

Skręcamy w Via Toledo.

To już koniec Centro Storico i początek najsłynniejszego handlowego deptaka metropolii. Sklepów dużo, podobnie jak ludzi, a część ulicy to „area pedonale”. Co z tego jednak, skoro i tak co jakiś czas trafi się zabłąkany kierowca, który wie lepiej. Także i tutaj trafiła już swoista mafia Senegalczyków sprzedających torebki na ulicy. Plan jest prosty. Towar jest „wykładany” wprost na bruk na prześcieradle. Jeżeli w okolicy pojawia się patrol straży miejskiej jednym sprawnym ruchem wszystko znika w czeluściach worka. Nikt przecież nie zabrania stania na ulicy z workiem na plecach, prawda?

Swoją drogą, niedawno czytałem o ludziach organizujących ów handel. Są to członkowie jednego plemienia, którzy pracują na „wspólny rachunek”. Nie dziwi już więc fakt, że obok siebie stoi czasem kilku murzynów z tym samym asortymentem. W końcu zysk jest jeden i trafia do tej samej kieszeni, więc konkurencji sobie nie robią. Ciekawe kiedy dotrze do Polski owa specyficzna dystrybucja torebek damskich...
Kawałek dalej jest galeria Umberto I, czyli brat bliźniak słynniejszej Galerii Vitorrio Emanuelle II z Mediolanu. Robi wrażenie i nieco zawstydza gdy pomyślimy o naszych nowożytnych Arkadiach i innych centrach. Wątpię by kiedykolwiek stały się perełką architektoniczną pokroju dzieł Emmanuele Rocco.

Jeszcze tylko jeden skręt w ulicę i na naszych oczach rysuje się bryła Castel Nuovo. Zamek Nowy to pozostałość po skomplikowanej przeszłości tych ziem. Wybudowany „za Francuzów”, rozkwit przeżywał „za Hiszpanów”. Powstał w XIII wieku i jest pięknym przykładem średniowiecznej architektury, której w Neapolu zachowało się nader dużo.


Sam środek może nie zachwyca, ale za „drobną” opłatą możemy sobie pospacerować po wnętrzach. Z górnych tarasów rozciąga się piękny widok na Zatokę. Lazur morza walczy o naszą uwagę z błękitem nieba, świeci słońce, temperatura przekracza magiczne dwadzieścia stopni. W oddali majaczy przed nami groźny Wezuwiusz, czyli jeden z najsłynniejszych czynnych wulkanów na świecie.

Boskie widoki i pierwszy przykład na to, że Neapol ma dwoistą naturę. Z jednej strony, odrapane mury i brud, ale z drugiej wybrzeże to riwiera „pełną gębą”.
Kolejny punkt to Castel San Elmo. Żeby się tam dostać postanawiamy skorzystać z jednej z transportowych ciekawostek, czyli Funicolare. To ni mniej, ni więcej, a kolejka elektryczna, która wspina się na wzgórze zamkowe. Jej początkowa stacja jest dosłownie ukryta w budynku kamienicy i z poziomu ulicy łatwo ją przeoczyć. Kolejka skonstruowana jest w ciekawy sposób: jako, że jazda odbywa się pod dużym kątem, same wagoniki są również pochyłe. Droga w górę zajmuje kilka minut ale łakomych widoków trzeba rozczarować – cała niemal droga odbywa się tunelami.
Zanim dotrzemy do San Elmo nieco kluczymy. Zgubić się nie ma szans, bo co chwila napotykamy na tablicę wskazujące kierunek, ale idzie się ładnych kilka minut.

Wszystko to jednak nic, bo widoki z góry wynagradzają wiele, a nawet jeszcze więcej. Tym razem jesteśmy dużo wyżej, więc i panoramę mamy bardziej zachwycającą.

Szczególnie długo czasu można spędzić na obserwowaniu Centro Storico, łącznie z ciągiem głównych ulic, które tworzą wyraźną z tego poziomu bruzdę dzielącą dzielnicę na dwie części.

Kawałek dalej widać nie tylko zgrupowanie wieżowców, ale nawet lokalne lotnisko, z którego startują samoloty. Ich huk szczególnie słyszalny jest w wąskich uliczkach, gdzie dudni jeszcze chwilę po samym przelocie.
Jest tak pięknie, że człowiek nie chce się wcale żegnać z tym miejscem (nawet jeżeli jest tak głodny jak my!)

Wieczorny powrót do domu to okazja, by przekonać się jak Neapol potrafi się zmienić w ciągu kilku chwil. Zdecydowanie najlepiej prezentuje się w porannym słońcu. Popołudniu te same ulice Centro Storico przypominają bardziej slumsy. Jest ciemno, szaro, a skutery śmigające obok nas zaczynają już denerwować. Śmieci coraz to więcej, ludzie coraz to bardziej nieprzyjemni, gdzieś znika owa radosna i szczera afirmacja prostego życia, którą czuło się kilka godzin temu. Nie szkodzi – świtem pojawi się tam znowu.
Kolacja to potwierdzenie tego, że dwie pizze jednego dnia to za dużo na mój żołądek. Ania ma więcej szczęścia, bo obiadową porą nie najadła się tak jak ja. Jest jednak smacznie, a i cenowo w miarę przyswajalnie. Ten dzień nas nieźle wymęczył i zaskoczył – nie spodziewaliśmy się, że tak blisko nas możemy znaleźć miejsce, gdzie ducha trzeciego świata czuć tak wyraźnie jak właśnie tutaj. Śpimy snem tak głębokim jakbyśmy stoczyli ciężki bój z tkanką miejską nie Neapolu, a co najmniej Hanoi.
