poniedziałek, 24 stycznia 2011

Hotel Kartli w Tbilisi

Wybrałem hotel na najbliższy mini-urlop w Gruzji. Nazywa się Kartli, mieści się w centrum stolicy, a jest prowadzony przez niemieckie małżeństwo osiadłe na Zakaukaziu od lat. To w sumie gwarancja, że będzie czysto, porządnie i schludnie – jak to u naszych sąsiadów zazwyczaj bywa. Na stronie internetowej przybytku można przeczytać m.in., że gruzińska obsługa jest odpowiednio „wytrenowana” w client service. Nie ma to jak teutońskie wyczucie i elegancja używanych słów.

To taki żart. Wiadomo o co chodzi. Do dzisiaj pamiętam jak w Samarkandzie właściciel co chwila musiał przypominać swoim pracownikom czego od nich wymaga. Ludy wschodnie już tak mają, że praca jest jedynie dodatkiem do życia (podczas gdy u nas jest dokładnie na odwrót – pytanie retoryczne, kto ma tu rację).

Na zdjęciach lokum wydaje się być całkiem miłe. Cenowo jest średnio przyjemnie, czyli nieco drogo ale nie miałem ochoty na nocowanie w dormitoriach – na to jestem już za stary po prostu.




Nie mam jakiegoś konkretnego planu. Zasadniczo, dwa dni spędze raczej w samym Tbilisi, a dwa pozostałe poświęce na eksplorację najbliższych atrakcji. Myślałem o Mcchecie (czy jak tam to się powinno odmieniać) i Gori. To pierwsze, to mała mieścina ze słynnymi zabytkami kościelnymi, drugie zaś jest miejscem gdzie na świat przyszedł Józef Stalin. Kilka lat temu wojska rosyjskie zmasakrowały mieszkańców tego miasta i jest to jakiś horrendalny paradoks historii...

Nawet nie wiadomo jakiej pogody się spodziewać. Obecnie jest tam jakieś dziesięć stopni na plusie w ciągu dnia. To raczej anomalia niż standard, więc będę się szykował na siarczyste mrozy. A może na pluchę godną polskiego listopada?