czwartek, 10 lutego 2011

Copa i Aires, czyli przeloty wewnętrzne się bukują

Kolumbia nabiera realnych kształtów. Dzisiaj zabukowałem bilety na loty wewnętrzne i w ten sposób ukróciłem wszelkie pokusy, by modyfikować plany w nieskonczoność. Jak się zawsze okazuje, dwa tygodnie to zawsze za mało i już żal, że czasu nie starczy na zobaczenie tylu wspaniałych miejsc. No ale może jeszcze będzie okazja.



Teraz wiadome jest to, że najpierw mam kilka dni żeby z Bogoty dotrzeć drogą lądową do Bucaramangi – po drodze wizyty w rozlicznych urokliwych, kolonialnych miasteczkach. Stamtąd lecę do Medellin. Następnie mam czas na to, ponoć fascynujące, miasto i szwędzanie się po Zona Cafeteria. Potem przelot z miasta o pięknej nazwie Armenia do Bogoty, tam spędzam dwie doby i tyle z podróżowania po Kolumbii. Niby nie brzmi skomplilkowanie, ale z drugiej strony, przecież to ojczyzna „maniana”, gdzie nic nie jest pewne, a wszystko co jest na dziś można zrobić jutro albo i wcale. Dlatego dałem sobie spokój z lotem do Cartageny, bo wolę jednak kilka spokojniejszych chwil, gdzieś na łonie przyrody. Na przykład na łonie Valle de Cocora. To chyba starość.




Będzie też okazja do debiutu na pokładzie nowych linii lotniczych. Najpierw Copa Airlines, podobno porządne linie ale ich pilotom zdarza się nie zaciągnąć ręcznego podczas parkowania i stąd takie incydenty.


Potem Aires Aero, tamtejsze tanie linie lotnicze. Złe nie są, samoloty nowe, liczba incydentów stosunkowo skromna, bo ledwie trzy w przeciągu ostatnich lat.


Tak naprawdę, Kolumbia to lotniczo rozwinięty kraj. Odległości robią w końcu swoje i połączeń jest naprawdę istne multum. Chciałem przelecieć się tamtejszą Aviancą, ale stosuje ona barbarzyńskie prawo wobec gringos – poza granicami kraju nie da się kupić biletów w najtańszej taryfie (która jest naprawdę tania). Trzeba więc płacić x 2 i wtedy już bardziej się opłaca wybór konkurencji.

Za jakiś czas przyjdzie pora na noclegi i cóż, będzie można już tylko lecieć i realizować plan. Na miejscu, jak zawsze to bywa, okaże się, że to co pięknie wygląda na papierze oznacza w praktyce pot, krew i łzy złości na kogoś kto wymyślił marszrutę. Czyli w tym przypadku – na siebie samego.