Pada. I to jak. Z nieba leją się strugi deszczu. Po jakimś czasie już tego nie zauważam, chociaż jestem cały mokry, a moja kurtka jest dwa razy cięższa od nasiąkniętej wody.


Znowu kręcę się po starym mieście i trafiam do niego inną trasą niż wczoraj. Miejsce jest tego warte. I tak mam wrażenie, że nie widziałem tam wszystkiego godnego uwagi, bo miejsc magicznych jest tam istne multum. I żadne z nich nie jest opisane w przewodniku.

Po drugiej stronie rzeki czekają na mnie widoki jeszcze ciekawsze. Kilka ulic od reprezentacyjnego kościoła na skale, znaleźć można zakątki wyglądające niczym tereny powojenne. Oprócz mnie jedynymi przechodniami była jedynie dziwna para kloszardów zmierzających w nieznanym kierunku.



W wielu miejscach są puste plomby po tych kamienicach, które nie wytrzymały próby czasu. Jestem w stanie przysiąc, że przechodząc nad wielkimi dziurami w jezdni słyszałem ciche pojękiwania tych ludzi, którzy do nich kiedyś wpadli. Miejsce dosłownie śmierdzi zgnilizną. Wracam na lepszą stronę z rzeki z pewną ulgą.
W knajpce o romantycznej nazwie KGB robię sobie przerwę i wypijam kawę, która stawia mnie na nogi. O ile kawa pita w pracy nie daje żadnych energetycznych efektów, ten napój spożywany gdzieś daleko w świecie zawsze działa na mnie odświeżająco. Taki sam efekt przyniosła zupa – klasyczny barszcz warzywny z wkładką mięsną.

Tak pokrzepiony postanowiłem wejść na wzgórze gdzie położona jest Forteca Narikala. A raczej wdrapać się. Ślisko jest i w ciągle padającym deszczu droga do najłatwiejszych nie należy. Kłęby pary buchają mi spod kurtki od wysiłku. Ślina spływa rękawami.

Ale warto bo widoki na miasto z góry to zawsze obowiązkowy punkt każdego wyjazdu. Wszechobecna mgła niestety odbiera sporo doznań i skraca horyzont widzenia.



Na szczycie jest kościół, jak i trasa „wycieczkowa” wiodąca dookoła góry. Spaceruje co nieco wąskimi dróżkami tuż nad przepaścią ale za daleko się nie zapuszczam. Pusto tu, a jedyne osoby jakie spotykam to nieliczne zakochane pary oraz podejrzani osobnicy z czapkami nałożonymi głęboko na oczy. Droga w dół jest jeszcze trudniejsza i mam ochotę wyściskać nawet taksówkarzy gdy już docieram na metę. Ci ostatni chyba mnie tu nie lubią, bo każdą ich propozycję zbywam siarczystym „niet”.
Pod wzniesieniem znajduje się jedno z najsłynniejszych miejsc Tbilisi. Chodzi o miejskie łaźnie. Za niewielką kwotę można tu skosztować najlepszej kąpieli życia i pójść śladem Balzaka czy Dumasa, którzy zaliczają się do klienteli przybytków. Ja z odwiedzin rezygnuję, może innym razem?


Na zewnątrz dachy łaźni wyglądają jak kopuły, a raczej ich mały las – jest ich tu łącznie kilkanaście. Ich historia sięga wieku XVII co mnie wcale nie dziwi w tym mieście pełnym tradycji. Z ich szczytów unosi się ciepła mgiełka, pełna „łazienkowych” zapachów i dziwnych męskich posapywań...
Tuż obok łaźni cieszy moje oczy widok godny Uzbekistanu. To tutejszy meczet, który jest centrum kulturalnym okolicznej muzułmańskiej mniejszości.

Modlą sie tu zarówno Szyici jak i Sunnici, co jest sporym ewenementem. Ale w tym miejscu to nic dziwnego. Kilkaset metrów dalej spotkać można Synagogę. Nie dalej jak wczoraj widziałem jak w niedalekiej kamienicy zbierają się reprezentanci tutejszej diaspory żydowskiej. To wszystko w kraju, który przyjął chrześcijaństwo jako drugi na świecie – kilkadziesiąt lat po sąsiedniej Armenii...
Spaceruję znowu i rozmyślam jak przystało na podwórkowego filozofa niskich lotów. Już sporo napisałem o tym jak to miasto jest zapuszczone. To fakt.

Ale z drugiej strony, Tbilisi to miejsce, w którym ciągle widać ekipy remontowe bądź budowlane. Robotnicy pracują, mimo deszczu i błota po kostki. Zniszczone Kamazy co chwila kręcą się po uliczkach dowożąc, wywożąc i przywożąc to co potrzebne. Sporo tu się dzieje i zapewne miasto będzie piękniało z każdą chwilą. Co do tego ostatniego to można mieć małe wątpliwości, bo nowa architektura potrafi aż razić oczy swoim stylem czy raczej jego deficytem. Lepiej byłoby gdyby jedynie remontowali to co stare.
Magiczne zakrzywienie przestrzeni sprawiło, że musiałem wracać znowu boczną drogą. Tej porannej jakoś nie mogłem odnaleźć. W sumie nie szkodzi, bo Tbilisi już dawno zdobyło moje serce i im więcej go, tym lepiej. Coraz mniej mam ochotę odwiedzać okoliczne atrakcje i szukam wymówek, by przez następne dwa dni krążyć w jego murach.
