niedziela, 20 lutego 2011

Mgła w Tbilisi i mój krótki romans z Armenią

Na początek, refleksja natury historycznej. Jakieś trzy lata temu (jak ten czas leci) wybierałem się do Aten i ten wieczór miał wiele wspólnego z tym co działo się teraz. Pamiętam dobrze ów piątek roku 2008. Lot miałem przed 23-cią, na Okęcie udałem się wprost z pracy, a podwiózł mnie inny podróżnik, Rafał. Lotnisko o tej porze było już zupełnie puste. Ostały się jedynie niedobitki przesiadujące w ostatniej czynnej knajpce. Wracający do domów biznesmeni, dwóch zagubionych obcokrajowców, uśmiechnięty pan na wózku inwalidzkim i smutna dziewczyna sprzątająca stoliki. W takim towarzystwie sączyłem wtedy najdroższe piwo świata i do dzisiaj jestem w stanie przywołać tą melancholię, która mnie wtedy ogarnęła. A potem? A potem był najdziwniejszy wyjazd mojego życia, pełen niespodziewanych chwil – poczynając od nocnej konsumpcji kanapek na ławce pod Świątynią Zeusa, kończąc na meczu Olimpiakosu Pireus.

Wspominam to wszystko, nie tylko po to, by nadać chwilom wylotu do Gruzji posmaku magicznej aury. Po raz pierwszy od dawna jestem na Okęciu o takiej porze i te skojarzenia są po prostu czymś naturalnym. Nieco się jednak zmieniło, bo siatka połączeń krajowego przewoźnika się rozrosła i dookoła mnie jest tym razem sporo osób lecących do Tel Awivu, Hanoi czy Bejrutu... Sam lot do Tbilisi też obłożony w miarę pryzwoicie – jakieś 70% miejsc jest zajętych. Po co Ci ludzie wybierają się w miejsce, do którego w pełni nie przyznaje się ani Europa, ani Azja?

Gdy przychodzi już czas lądowania, a ja zaczynam czuć woń zbliżającej się przygody, odzywa się personel pokładowy informując nas, że... lądujemy w Erywaniu! Czyli w Armenii, ergo dosyć daleko od Gruzji (może nie geograficznie daleko, ale psychologicznie dla mnie już na pewno). Lotnisko w Tbilisi nie przyjmuje samolotów ze względu na mgłę. Nie mamy wyjścia. Dookoła pojawiają się już pierwsze głosy, a jakże, nawiązujące do katastrofy Smoleńskiej. To z pewnością nie działa kojąco na rodzące się nerwy. Zerkam w okno i wypatruje brzóz.

No ale nie ma tego złego. Jestem w Armenii. Pierwszy raz w życiu. Jakże inne jest lądowanie w takich miejscach jak to. Jakże różni się od „cywilizowanego” świata. Tam pod nami rozpościera się niemal zawsze nieskończone miasto światła. Gdzie okiem nie sięgnąć, tam czuć ludzką obecność buzującą na dole. Tymczasem w rejonach takich jak Zakaukazie z góry nie widać prawie nic. Nieliczne punkty zdają się być zatopione w morzu ciemności i człowiek często pyta sam siebie: gdzie jest to miasto, gdzie są Ci ludzie?

Z daleka bryła terminalu prezentuje się nowocześnie. Tyle widoków i tyle mojej wizyty w nowym kraju. Poza tym, dostajemy informację, że poczekamy godzinę na nowe dane pogodowe z Gruzji i na tej podstawie zostanie podjęta ostateczna decyzja. Albo przelot albo zapakują nas pewnie do autokaru. To drugie oznacza kilka ładnych godzin niewygodnej podróży.

Mamy szczęście (w nieszczęściu). Mgła znika, możemy lecieć. Jeszcze tylko mija godzina gdy zostajemy zatankowani, a kapitan otrzymał wszystkie dokumenty i już jesteśmy w powietrzu. Następne 30 minut to z kolei największe turbulencje jakie pamiętam. Samolotem trzęsło na wszystkie strony, a co gorsze, zza okna nic nie widać. Słychać jak wychodzą koła, a tu nadal nic i nic. Dopiero tuż przed przyziemieniem widać grunt. A raczej śnieg. Ten bryzga spod kół, samolot czuć, że walczy z żywiołem i wcale nie zaczyna zwalniać. Ja znowu wypatruję brzóz. Witamy w Gruzji...

Potem taksówka (40 GEL, czyli z nadwyżką za frajerstwo) i zbliżam się do hotelu. Po drodze, zachwyt. Miasto jest całe białe, z nieba pada gęsty śnieg. Mało widać zza okna, ale wszystko mi się zaczyna podobać. Tak sobie wyobrażałem dziki Kaukaz.

Na zewnątrz hotelu czeka na mnie jego właściciel – zupełnie jak w Neapolu. Chociaż kusi mnie żeby rzucić rzeczy i udać się w objęcia tego nowego dla mnie miasta, organizm ma swoje prawa. Zamiast zwiedzać idę więc spać na kilka godzin, a Tbilisi musi na mnie chwilę poczekać. Jest w końcu dopiero ósma rano...