W końcu nie pada. Słońca jeszcze nie widać ale jest chociaż sucho. Po takiej zmianie chce się żyć, a ja nawet trafiam jeszcze na hotelowe śniadanie. Raczę się kawą oraz, a jakże! czymś na wzór gruzińskiej mortadeli
W takiej aurze miasto prezentuje się równie ciekawie, co wcześniej skąpane w wilgoci. Pozwalam sobie na kolejny spacer po Rustavieli, ale szczerze – widziałem tu już wszystko co godne uwagi (co zweryfikuje jutrzejszy dzień – przypadek autora). Długi ciąg XIX wiecznych rosyjskich kamienic nieco już nuży moje oczy. Pora więc skupić się na tych atrakcjach, o których przewodnik jedynie napomina.
W pierwszej kolejności, skręcam w ulicę obok Parlamentu i sapiąc wspinam się na podgórze. Gdzieś tam powinna znajdować się stacja kolejki górskiej, która zawozi na szczyt wzniesienia górującego nad miastem. Szczególnie teraz, gdy pogoda pozwala, można docenić ten majestatyczny widok. Lekko ośnieżona góra przebija się zza budynków. Na szczycie dumnie pręży się antena telewizyjna słusznych rozmiarów. Niesamowite.
Ale niestety! Kolejka nie działa. A przynajmniej dookoła żywej duszy nie widać, zaś wagoniki stoją sobie martwo na szynach. Szkoda. Potem myślę sobie, że a nuż, otwierają ją nieco później, więc w drodze powrotnej popołudniem jeszcze raz wykonuję tą pielgrzymkę ciężko dysząc z wysiłku. Efekt ten sam – jestem zdrowszy, spocony jak po saunie i nic ponadto.

Skoro tak, wybór pada na niedalekie Muzeum Gruzji. Z daleka widać, że jego wnętrza wyglądają na cokolwiek puste ale pod wejściem kłębi się tłumek dzieciarni, więc myślę sobie, że może nie jest tak źle. Żeby przejść przez Rustavieli trzeba się nieco namęczyć, bo jak już pisałem, możliwe to jest jedynie za pomocą podziemnych przejść. A tych zbyt wiele nie ma. Ostatecznie, przedłużając sobie życie o dodatkowe kilka minut, pocałowałem muzealną klamkę i zły powędrowałem na Stare Miasto.


Trochę na uboczu znajduje się wejście do Ogrodów Botanicznych. Wiedzie do nich kręta i stroma uliczka, która trudno podejrzewać, że gdziekolwiek może nas doprowadzić.

Po obu jej stronach trwają wieczne remonty i budowanie nowych domostw. Praca wrze, błoto brudzi buty, a uszy rani hałas spawania, cięcia i przekleństw, których znaczenia nigdy już nie poznam. Na końcu jednak, ku mojemu zdziwieniu, jest wejście, a do tego otwarte. Za drobne 1 GEL można wkroczyć do świata gruzińskiej przyrody.



O tej porze roku to nic ciekawego. Trochę się pokręciłem (jako jedyny zwiedzający), popatrzyłem się tępo na okoliczne wzniesienia, drzewa i niemrawą rzeczkę w dole i doszedłem do wniosku, że można już wracać.
Zwiedzanie muzeów to dla mnie akt desperacji. Tym razem wybór padł na Muzeum Historii Tbilisi. Niestety, w środku odbywał się remont (powoli to już słowo klucz w tym mieście) i za 3 GEL mogłem pooglądać jedynie wystawę zdjęć. Fotografie Himalajów, Nepalu i Pakistanu to jest dokładnie to czego oczekiwałem od tego miejsca. Zaspokojony kulturalnie na najbliższą dekadę wychodzę na zewnątrz i postanawiam skupić się na tym co na pewno dzisiaj wyjdzie. Czyli na zakupach. Wydawać pieniądze na bzdury to ja akurat umiem dzień i w nocy, pod każdą szerokością geograficzną.
Na pierwszy ogień idą klasyczne suweniry. Sklepów z ofertą nieco jest. Wybór nawet ciekawy. Na pewno nie ma tu nic chińskiego (albo prawie nic). Dominuje gruzińska cepelia i nawet nawet jest na czym oko zawiesić. Ja mam słabość do czapeczek, więc nabywam kolejną do kolekcji.
Ale najlepszym prezentem z Gruzji jest oczywiście wino. W sklepowych półkach trudno się połapać, bo butelki rozstawione są dosyć chaotycznie i nie wiadomo która kosztuje 10 GEL, a która ponad 30. Ostatecznie jednak udaje mi się wyjść obładowanym siatkami z zakupami za rozsądną kwotę. Ceny w Gruzji przypominają te znane nam z Polski, z jednym chyba wyjątkiem: alkohol jest tu tani. Oczywiście, ten który kupiłem znajomym był bardzo drogi.
Spędzam nieco czasu w domu rozkoszując się faktem, że nigdzie nie muszę wchodzić czy schodzić. Moje nogi są mi wdzięczne. Jest więc chwila, by napisać co nieco o samym hotelu. Jest to względnie miłe miejsce (to też ulegnie weryfikacji następnego dnia!), położone w dzielnicy tak zapuszczonej, że nigdy w życiu bym tutaj nie chciał wejść z własnej woli. Może przesadzam, bo takich okolic jest tutaj przecież dużo. Sam przybytek jest zadbany ale widać po nim zarówno upływ czasu, jak i gruzińską pomysłowość budowlaną. W łazience rury więc wystają z murów i biegną po ścianach jak chcą i gdzie chcą.
Właściciel jest Niemcem. Od pierwszego dnia jakoś go nie spotkałem, bo zapewne ranny z niego ptaszek. Podczas gdy ja mam problem z tym żeby dotrzeć na śniadanie. Przywitał mnie wtedy ubrany skromnie, z twarzą zmęczoną ciężkim życiem, więc myślę sobie, że niekoniecznie ma tu tak lekko. Trudno stwierdzić kto z obsługi jest kim, bo wszyscy tu (poza mną) mówią po niemiecku, nawet jeżeli wyglądają niczym malowany Gruzin/Gruzinka. Jest kilku gości, ale trudno jednoznacznie powiedzieć ilu dokładnie oraz jakich. Pełna anonimowość, może tu jeszcze dożywać sędziwych dni sam Josef Mengele i nikt go nie zauważy. Na dole znajduje się pizzeria, w której można usiąść i przy herbacie pisać takie bzdury jak te. Można też coś zjeść. Zamówione danie okazało się być mieszanką iście niemiecką – dwie wielkie kiełbasy (biała oraz ciemna – w imię walki z rasizmem), dwa wielkie kawałki jakiegoś mięsa i solidna porcja gotowanej kapusty. Od dawki teutońskiej energii moja prawa ręka sama zaczyna prostować się w łokciu w rzymskim pozdrowieniu. Tak się najadłem, że poczułem się w obowiązku wyjść na jeszcze jeden, mały spacerek. Ale to już chyba nie dzisiaj.
Dzisiaj pora na lekturę. Czytam podarowaną mi niedawno „Planetę Kaukaz” Wojciecha Górskiego i co chwila tylko kiwam głową z uznaniem. I mnie przyszło zakochać się w tym szalonym miejscu zawieszonym gdzieś między Europą a Azją.
