niedziela, 31 października 2010

Na Łyczakowie

W nocy wyszły na jaw wszelkie wady mojej noclegowni. Noclegowni, bo Hotel Sun nie zasługuje dla mnie na żadne inne określenie. Wszechobecny hałas sprawił, że wstałem nieprzytomny i wymęczony rozlicznymi pobudkami. Gdzieś nad głową, głęboko w ścianie, z regularnością radzieckiego zegarka, uruchamia się co chwila dziwny mechanizm o nieznanym mi przeznaczeniu. Wydaje z siebie ciężkie dźwięki jakby podciągania czegoś na linie, po czym po kilku minutach milknie, tylko po to by po przerwie całość kakofonii powtórzyć ponownie. Do tego doszli pozostali mieszkańcy przybytku. Może to ściany są za cienkie? Z każdego pokoju wydobywał się wrzask, towarzystwo masowo to wchodziło to schodziło po schodach. Drzwi się otwierały i zamykały, na korytarzach trwały kuluarowe rozmowy, a w pokojach suto pewnie zakrapiane imprezy. I tak do bladego świtu.

Przybytku więc nikomu nie polecam – chyba że na imprezę. Ja jestem na to już nieco za stary.

Rano zły zdecydowałem się opuścić „hotelowe” śniadanie i samodzielnie trafiłem do miłej knajpki polecanej przez Lonely Planet. Poranny posiłek okazał się zbawienny albowiem wejście na wzgórze Wysoki Zamek okazało się zadaniem wymagającym nieco energii. Widok z góry wynagradza jednak wiele. Widać i Stare Miasto, jak i to co zbudowano już w czasach sowieckich.



Warto wspomnieć, że pogoda dopisała mi wyborna. Słońce świeci, na niebie żadnej chmury, wiatru nie ma. W efekcie czego jest kilkanaście stopni i można śmiało chodzić bez kurtki. A mamy przecież początek listopada, miesiąca pluch i pierwszego śniegu.

Park Wysoki Zamek ciekawy ale aż proszący się o remont. Rozliczne ubytki w stopniach prowadzących na szczyt, urwane barierki, błoto czy wyboje nieco straszą. A nie powinny bo miejsce jest ładne i spokojne, nawet mimo tego, że w niedzielne przedpołudnie spacerowiczów było wielu.

Po tym doświadczeniu zacząłem kręcić się nieco po Starym Mieście, trafiając do miejsc mi znanych, jak i odkrywając takie, które wczoraj mi gdzieś umknęły. Zwracam baczną uwagę na detale kamienic.



Mimo lat pożogi i sowietyzacji, Lwów nadal szczyci się swym galicyjskim sznytem. A do tego, jest tu klimat autentyczności. Budynki są może i odrapane, a niektórym przydałby się remont ale widać przynajmniej, że to miejsce, które służy wciąż do życia, nie zaś jedynie do podziwiania. Do tego nie mogę się nadziwić temu jak Lwów jest na swój sposób wielkomiejski. Czy raczej – jak wielkomiejski był w latach międzywojnia. Gdzie nie spojrzeć, kamienice aż po horyzont ograniczony kolejnym skrzyżowaniem. Fasada obok fasady, dom obok domu. Róznorodność stylów i epok, pasująca jednak do siebie. Gęsta tkanka miejska, której tak brak nam w Warszawie. Do tego multum zakamarków, schodków, przejść, bram w które aż chce się zajrzeć. Lwów jest tak piękny a mnie bawi jedynie to, że odkrywam to dopiero teraz.


W końcu przyszła pora na skręt w ulicę Pekarską. Prowadzi ona prosto do Cmentarza Łyczakowskiego. Spacer nekropolią jest kolejną okazją do zadumy. Dużo tu polskich nagrobków i śladów skomplikowanych historii tych ziem. Napisy i po polsku, ukraińsku jak i z rzadka, po niemiecku. Gdzieniegdzie pojawi się gwiazda Dawida. Na krańcu cmentarza znajduje się zaś to co najważniejsze czyli Cmentarz Orląt Lwowskich, czy też po prostu Obrońców Lwowa. Wszystko wzorowo utrzymane, białe krzyże aż lśnią w słońcu. Na każdym z nich uwiązana wąska nić z polską flagą. Wycieczki w to miejsce powinny być obowiązkową lekcją patriotyzmu dla każdego.



Leciwy Pan, opiekun miejsca pamięci opowiada, że każdorazowo gdy wieczorem kończy pracę, słyszy głosy poległych żołnierzy. Mówi to pięknym, śpiewnym, kresowym polskim, który usłyszeć można rzadko. Gdzieniegdzie przetyka coś już po ukraińsku.

Ale i pozostała, cywilna część Cmentarza musi się podobać. Ukraińskich nagrobków co prawda coraz więcej, ale dookoła nich ciągle można spotkać rozliczne ciekawostki sprzed wielu lat, w tym grób Marii Konopnickiej. I dziesiątki innych grobowców rodzinnych, które gdyby mogły – opowiedziałyby piękną historię.



Na obiad znowu zawitałem do Kupola, bo jak wiedzą Ci co mnie znają, cenię sobie miejsca już oswojone. Tym razem rachunek wyniósł jeszcze mniej niż wczoraj. Może i niepotrzebnie się tym podniecam, bo za niewiele większe kwoty można zjeść i w Warszawie. No ale Kupol to restauracja, a nie jadłodalnia, a i serowane dania są nieco bardziej „sophisticated”.

Po wszystkim jeszcze kolejny spacer po Starym Mieście i krótki rekonesans okolic na północ od Rynku. Zamierzam zapuścić się tam na dłużej jutro rano. O ile oczywiście, towarzystwo z noclegowni mi na to pozwoli swoim zachowaniem. Jako że już zrobiło się ciemno, wracam do siebie, po drodze zahaczając o sklep. Lwowskie piwa są nawet niezłe, aczkolwiek zupełnie brak im jakiejkolwiek dozy oryginalności. Poprawne lagery, ale i one skłaniają do zadumy gdy zerka się na ich etykiety, które wspominaja o tradycji siegającej wieki wstecz.

sobota, 30 października 2010

Lwów, czyli Sadat w (U)krainie modelkami płynącej

Dawno nie miałem wyjazdu do którego byłbym aż tak nieprzygotowany. W ogóle dawno nie miałem żadnego wyjazdu. Pojawiały się nawet myśli, by z Lwowa zrezygnować. Siedząc w wieczorem w hotelowym pokoju mogę jedynie cieszyć się, że ciekawość świata znowu wzięła górę nad wrodzonym lenistwem.

Na Okęciu jestem obecny, jak zawsze, sporo przed czasem, mam więc kiedy się ponudzić, tudzież popatrzeć na lotniskowe życie. Przed odprawą, to też już tradycja, wizyta w tej samej toalecie co zawsze oraz zakupy w tym samym kiosku. Przesądny nie jestem, ale do dzisiaj pamiętam jak pewnego dnia nie odprawiłem tego rytuału i do samego lądowania zastanawiałem się „kiedy spadniemy”. Wolę więc mieć swięty spokój.

Mniej więcej o tej samej porze co Lwów odprawiane było połęczenie do Rygi – już za tydzień znowu przypadnie mi być na Okęciu i udać się w tym właśnie kierunku. Zabawnie mieć świadomość, że jest się regularnym gościem lotniska. Przed moimi oczami zapełniał się także srebrny samolot należący do Aeroflotu. Zapewne ten sam, którym na wiosnę udawaliśmy się z Anią w pierwsze objęcia wietnamskiej przygody.

No właśnie. Nieco mi smutno bez towarzystwa. Niby ciągle lubię samotne wyjazdy, bo zmuszają one do chłonięcia otoczenia. Samemu człowiek obserwuje i zapamiętuje. Z kimś wygląda to inaczej. Z samotnych wyjazdów pamiętam dużo więcej. Ale z drugiej strony nie ma do kogo się odezwać ani kogo podenerwować. Za tydzień powinno być inaczej.

Sam lot perfekcyjny. Czas w powietrzu – miała być godzina, wyszło o kwadrans mniej. Wszystko gładko i bezboleśnie, obyło się bez dosłownie żadnej, nawet najmniejszej, turbulencji. Nie ma to jak ten nasz LOT, nawet kanapka mi smakowała.

Lotnisko we Lwowie to pierwszy sygnał, że jestem w innym świecie. To niesamowite. Jakieś 70 km stąd jest przecież Polska, może zaściankowa i nieco zaciągająca, ale jednak moja kochana Polska. Tymczasem tu jest wschód. A raczej Wschód, pisany dużą literą z szacunku i trochę ze strachu.

Budynek lotniska przypomina dworzec, na ten przykład ten w Kutnie. Pobudowany zapewne gdzieś w latach 40-tych, a może raczej 50-tych, niewielki, z kolumnami przy wejściach i wnętrzem które zupełnie nie pasuje do roli jaką przyszło mu pełnić.

Ale nie ma co się dziwić, bo ruch tu niewielki i poza lotami z Warszawy czy Kijowa, innych samolotów tu się niemal nie widuje wcale. Niedaleko obok buduje się chyba nowy szklany terminal, znak nowych czasów, które nie mają szacunku do przeszłości.

Cierpliwie czekam na swoją kolej do kontroli paszportowej. Młodzi mężczyźni ubrani w niedopasowane mundury wskazują kolejnym osobom do którego stanowiska mają podejść. Na oczy nachodzą im za duże czapki. Wschód na całego. Raz po raz słyszę jak kolejna osoba musi sie tłumaczyć pogranicznikowi. Po co tu przyjechała, co zamierza robić, gdzie będzie nocować. Mnie też to nie omija ale szybko dają mi spokój. Cały czas uśmiecham się do siebie, bo wszystko przypomina mi jedynie delikatną wersję tego co znam i pamiętam z Uzbekistanu. Zabawne to wszystko. I te srogie miny, i te wytarte wnętrze i celebrowanie wszelkich formalności.

Jestem jedyną osobą, która po wyjściu z lotniska decyduje się wsiąść do marszrutki. Taksówkarze są tym niepocieszeni. Po pewnej chwili zacząłem żałować tej decyzji, bo pojazd poruszał się nader ospale. Dosyć szybko zapełnił się ponad swoje możliwości i nawet siedząc, czułem że jest mi w tym tłoku niewygodnie. Ma to jednak i swoje zalety. Po pierwsze, oszczędziłem nieco, nieważne, że to groszowe kwoty. Po drugie i ważniejsze, mam okazję popatrzeć na współczesny Lwów. Są tu i blokowiska i targi i typowa postsowiecka szarość. Ludzie jakby bardziej zmęczeni, poważni i jeszcze biedniejsi. Po pewnym czasie jednak wjeżdżamy do centrum miasta i rzut oka za okno wystarcza mi do tego, by stwierdzić, że pora na wysiadkę, bo jestem na miejscu.

Szybko znalazłem Hotel Sun i to wtedy ukułem tytułowe stwierdzenie. Co tu strzępić pióro. Ukrainki są urodziwe, a ulica to niemal wybieg. Co prawda, rewia mody pachnie tu nieco klimatem białych kozaczków i tipsów, ale i tak moje fotograficzne oko co chwila natrafia na godny obserwacji obiekt. Kusa spódniczka mini to chyba nieformalne godło narodowe Ukrainy. Inna sprawa jest taka, że młodość jest tu piękna, a wiek dojrzały... Cóż, naprawdę nie wiem skąd biorą się te roztyte damskie pasztety po czterdziestce...

Lwów od razu mi się spodobał. Pal licho kobiety, przyjechałem tu dla miasta. Pierwszego popołudnia poszwędałem się po starówce, okolicach rynku, prospektach Szewczenki i Swobody. Pełno pięknych kamienic, kościołów, cerkwi. Ledwo chwilę po wyjściu z marszrutki polubiłem to miejsce, a spacery po zaułkach sprawiły jedynie, że mój zapał dodatkowo wzrósł.



W samym centrum miasta nadal stoi pomnik Adama Mickiewicza, takim jakim go stworzono. A mało tego, ciągle obowiązuje na nim polska pisownia. Nie powiem, zadumałem się chwilę i ja nad losem tych ziem. Nie po raz pierwszy i z pewnością nie po raz ostatni.

Kiedy już doczesność dała znać o sobie, postanowiłem znaleźć miłe miejsce na obiadokolację. Wybór padł na przybytek o nazwie Kupol. Nazwa może i budzi w człowieku niebezpieczne skojarzenia, ale zupełnie niepotrzebnie, bo restauracyjka to znakomita. Po pierwsze, czas tam zatrzymał się w 1938 roku. Już na zewnątrz oko cieszą reklamowe szyldy z piękną polszczyzną, zaś w środku jest nie mniej klimatycznie. Na ścianach pełno pamiątek z okresu przedwojennego. Tu człowiek znowu może pomyśleć chwilę nad przedziwnymi dziejami tego miasta.


Zamówiłem wieprzowinę w sosie z jabłek. Danie dobre, a cena przyjemna dla portfela. Spisuję póki pamiętam – 70 hrywien. Do tego doszło miodowe piwo, które okazało się mordercą mojej energii. Krótko mówiąc – po wyjściu z Kupola zapragnąłem znaleźć się w hotelowych pieleszach. Powrót nie nastąpił może szybko ale ostatecznie zameldowałem się z powrotem wcześnie. Wolę chyba naładować baterię i rano wstać pełen energii niż chodzić po ciemnym już Lwowie z ciężką głową.

niedziela, 24 października 2010

Status hotelowy

Wiza do Tajlandii załatwiona. Ten kraj wie jak rozkochać w sobie turystów i sprawić, by chcieli wracać. Wyrobienie dokumentu trwało dwa dni robocze. Koszt – zero złotych (pokłosie zapewne tak kryzysu finansowego, jak i zamieszek sprzed kilku miesięcy). Czas spędzony w ambasadzie na formalnościach – liczony w minutach. Jak tu nie kochać tej ojczyzny słonia?

Hotele też już wybrane. Ja wiem, że można na miejscu, ale po co, skoro przez internet jest i szybciej i wygodniej i pewniej. Moje szukanie noclegów zazywczaj polega na konfontacji dwóch źródeł: miejsca polecane przez Lonely Planet tudzież hostelbookers.com kontra to co napisali byli klienci na Tripadvisor. W ten sposób niejeden raz udało się już uniknąć miejsc, które najlepiej wypadały na zdjęciach robionych przez swoich właścicieli.

W Chiang Mai wybór padł na niejaki Safe House Court. W tym mieście jest w czym wybierać, ale to miejsce było a) w miarę tanie (550 bahtów na noc), b) dobrze położone, no i c) odezwało się na mojego mejla. Problem z rezerwacjami przez internet bywa czasem trywialny – nasze polskie adresy są bowiem traktowane w takich miejscach jako pospolity spam i nigdy nie docierają do adresatów...



At Home Sukhothai to nazwa kolejnego przybytku. Zlokalizowany w nowej części miasta – niby fajnie byłoby mieszkać tuż obok słynnego kompleksu ruin, ale z drugiej strony, wiem, że takie miejsca wieczorami bywają nieznośnie nudne.


Na zdjęciach wygląda wybornie i jest nadzieja, że ten urok znajduje pokrycie w rzeczywistości. Oceny bowiem to miejsce ma bardzo miłe i serdeczne.

Postanowiliśmy również spełnić moje małe marzenie, czyli spędzić noc w Lobpuri. W tym mieście małp nie ma raczej infrastruktury turystycznej. Można spać albo daleko od starego miasta albo w samym centrum w miejscach, które nie należą do szczególnie wysumblimowanych. Nasze nazywa się Noom Guesthouse. No trudno, po powyższych luksusach, najwyżej obniżymy nieco poziom. Nic nam się nie stanie, a dodatkowych atrakcji może być sporo – łącznie z zaglądającymi przez okno małpami!



W Bangkoku nie było nawet szans na żadną dyskusję. Może i są tam lepsze miejsca, ale nie darowałbym sobie gdybym zdecydował się na cokolwiek innego niż Amarin Inn. Wąska uliczka zastawiona sprzętem pobliskiej garkuchni, niepozorny ale schludny budynek stłoczony pośród innych. Cisza i spokój, co zaskaksuje biorąc pod uwagę chaos, który buzuje tuż za rogiem. No i te poranne nawoływania do modlitwy, po których miałem ciarki na plecach.



A zaczynamy oczywiście od Rygi, gdzie nasza decyzja skierowała się w stronę dosyć niepozornego przybytku o jakże oryginalnej nazwie Central Hostel. Szału nie ma, ale wystarczy, że będzie blisko do starówki, ciepło i spokojnie.




Do tego wyjazdu jeszcze dwa tygodnie. Może jakoś to zleci.

czwartek, 7 października 2010

Odliczanie trwa, a hotel we Lwowie wybrany

Pozostały jeszcze nieco ponad trzy tygodnie do pierwszej odsłony jesiennych podróży, czyli wizyty we Lwowie. Niebawem zaś miną całe, długie trzy miesiące od ostatnich moich wolnych dni i nie powiem, czuję, że urlop mi się bardzo przyda.

We Lwowie nocleg już wybrany. Padło na niejaki Hotel Sun. Trudno powiedzieć o nim coś konkretnego. Opinie ma ogólnie pozytywne, nie należy do drogich i mieści się w śródmieściu. Na zdjęciach prezentuje się dokładnie tak samo jak dwudziestka podobnych mu miejsc. Baza noclegowa jest we Lwowie względnie rozwinięta i widać, że trafia tam dużo „budżetowych” podróżników dużego i małego formatu.



Przy wyborze miejsca na hostelbookers.com spotkało mnie coś z pogranicza mistycyzmu zmieszanego z oparami absurdu. Na zdjęciach reklamujących jeden z przybytków widnieje bowiem człowiek bardzo do mnie podobny (tylko oczywiście dużo brzydszy i grubszy). Złudzenie jest tak silne, że zacząłem się nawet zastanawiać czy tam aby nigdy nie byłem i dlaczego piłem wódkę w towarzystwie bliżej mi nieznanej dziewczyny o krasnym licu. Ostatecznie postanowiłem ten hotel omijać szerokim łukiem – a nuż moje drugie ja nie zapłaciło za noc, albo pozostawiło po sobie pakiet innych, niemiłych wspomnień?



Po Leopolis zamierzam snuć się z aparatem w poszukiwaniu śladów polskiej historii tego miasta. W tym celu zamówiłem nawet przewodnik bliżej mi nieznanego wydawnictwa Rewasz, który skusił mnie tym, że skupia się w dużej części na pokazaniu teraźniejszości przez pryzmat przeszłości Lwowa (czy jakoś podobnie). A tak swoją drogą, to jakoś polskie przewodniki nie przypadają mi do gustu. Nie chcę wyjść na takiego co tylko narzekać potrafi, ale brakuje mi w nich konkretów, map i przydatnych wskazówek. Jest w nich mnóstwo tekstu i wiedzy, ale za totalnie nieporozumienie uważam wydanie przewodnika, który nie zawiera żadnej mapy. I co mi po pięknych i soczystych opisach, skoro nawet nie wiem jak dotrzeć do miejsc, o których mowa? A może po prostu przyzwyczaiłem się do standardów serwowanych przez Lonely Planet i to powyżej to jedynie bełkot typowego aspirującego korporacyjnego szczura...