Hotele też już wybrane. Ja wiem, że można na miejscu, ale po co, skoro przez internet jest i szybciej i wygodniej i pewniej. Moje szukanie noclegów zazywczaj polega na konfontacji dwóch źródeł: miejsca polecane przez Lonely Planet tudzież hostelbookers.com kontra to co napisali byli klienci na Tripadvisor. W ten sposób niejeden raz udało się już uniknąć miejsc, które najlepiej wypadały na zdjęciach robionych przez swoich właścicieli.
W Chiang Mai wybór padł na niejaki Safe House Court. W tym mieście jest w czym wybierać, ale to miejsce było a) w miarę tanie (550 bahtów na noc), b) dobrze położone, no i c) odezwało się na mojego mejla. Problem z rezerwacjami przez internet bywa czasem trywialny – nasze polskie adresy są bowiem traktowane w takich miejscach jako pospolity spam i nigdy nie docierają do adresatów...


At Home Sukhothai to nazwa kolejnego przybytku. Zlokalizowany w nowej części miasta – niby fajnie byłoby mieszkać tuż obok słynnego kompleksu ruin, ale z drugiej strony, wiem, że takie miejsca wieczorami bywają nieznośnie nudne.

Na zdjęciach wygląda wybornie i jest nadzieja, że ten urok znajduje pokrycie w rzeczywistości. Oceny bowiem to miejsce ma bardzo miłe i serdeczne.
Postanowiliśmy również spełnić moje małe marzenie, czyli spędzić noc w Lobpuri. W tym mieście małp nie ma raczej infrastruktury turystycznej. Można spać albo daleko od starego miasta albo w samym centrum w miejscach, które nie należą do szczególnie wysumblimowanych. Nasze nazywa się Noom Guesthouse. No trudno, po powyższych luksusach, najwyżej obniżymy nieco poziom. Nic nam się nie stanie, a dodatkowych atrakcji może być sporo – łącznie z zaglądającymi przez okno małpami!


W Bangkoku nie było nawet szans na żadną dyskusję. Może i są tam lepsze miejsca, ale nie darowałbym sobie gdybym zdecydował się na cokolwiek innego niż Amarin Inn. Wąska uliczka zastawiona sprzętem pobliskiej garkuchni, niepozorny ale schludny budynek stłoczony pośród innych. Cisza i spokój, co zaskaksuje biorąc pod uwagę chaos, który buzuje tuż za rogiem. No i te poranne nawoływania do modlitwy, po których miałem ciarki na plecach.


A zaczynamy oczywiście od Rygi, gdzie nasza decyzja skierowała się w stronę dosyć niepozornego przybytku o jakże oryginalnej nazwie Central Hostel. Szału nie ma, ale wystarczy, że będzie blisko do starówki, ciepło i spokojnie.
Do tego wyjazdu jeszcze dwa tygodnie. Może jakoś to zleci.
