czwartek, 7 października 2010

Odliczanie trwa, a hotel we Lwowie wybrany

Pozostały jeszcze nieco ponad trzy tygodnie do pierwszej odsłony jesiennych podróży, czyli wizyty we Lwowie. Niebawem zaś miną całe, długie trzy miesiące od ostatnich moich wolnych dni i nie powiem, czuję, że urlop mi się bardzo przyda.

We Lwowie nocleg już wybrany. Padło na niejaki Hotel Sun. Trudno powiedzieć o nim coś konkretnego. Opinie ma ogólnie pozytywne, nie należy do drogich i mieści się w śródmieściu. Na zdjęciach prezentuje się dokładnie tak samo jak dwudziestka podobnych mu miejsc. Baza noclegowa jest we Lwowie względnie rozwinięta i widać, że trafia tam dużo „budżetowych” podróżników dużego i małego formatu.



Przy wyborze miejsca na hostelbookers.com spotkało mnie coś z pogranicza mistycyzmu zmieszanego z oparami absurdu. Na zdjęciach reklamujących jeden z przybytków widnieje bowiem człowiek bardzo do mnie podobny (tylko oczywiście dużo brzydszy i grubszy). Złudzenie jest tak silne, że zacząłem się nawet zastanawiać czy tam aby nigdy nie byłem i dlaczego piłem wódkę w towarzystwie bliżej mi nieznanej dziewczyny o krasnym licu. Ostatecznie postanowiłem ten hotel omijać szerokim łukiem – a nuż moje drugie ja nie zapłaciło za noc, albo pozostawiło po sobie pakiet innych, niemiłych wspomnień?



Po Leopolis zamierzam snuć się z aparatem w poszukiwaniu śladów polskiej historii tego miasta. W tym celu zamówiłem nawet przewodnik bliżej mi nieznanego wydawnictwa Rewasz, który skusił mnie tym, że skupia się w dużej części na pokazaniu teraźniejszości przez pryzmat przeszłości Lwowa (czy jakoś podobnie). A tak swoją drogą, to jakoś polskie przewodniki nie przypadają mi do gustu. Nie chcę wyjść na takiego co tylko narzekać potrafi, ale brakuje mi w nich konkretów, map i przydatnych wskazówek. Jest w nich mnóstwo tekstu i wiedzy, ale za totalnie nieporozumienie uważam wydanie przewodnika, który nie zawiera żadnej mapy. I co mi po pięknych i soczystych opisach, skoro nawet nie wiem jak dotrzeć do miejsc, o których mowa? A może po prostu przyzwyczaiłem się do standardów serwowanych przez Lonely Planet i to powyżej to jedynie bełkot typowego aspirującego korporacyjnego szczura...