Przybytku więc nikomu nie polecam – chyba że na imprezę. Ja jestem na to już nieco za stary.
Rano zły zdecydowałem się opuścić „hotelowe” śniadanie i samodzielnie trafiłem do miłej knajpki polecanej przez Lonely Planet. Poranny posiłek okazał się zbawienny albowiem wejście na wzgórze Wysoki Zamek okazało się zadaniem wymagającym nieco energii. Widok z góry wynagradza jednak wiele. Widać i Stare Miasto, jak i to co zbudowano już w czasach sowieckich.


Warto wspomnieć, że pogoda dopisała mi wyborna. Słońce świeci, na niebie żadnej chmury, wiatru nie ma. W efekcie czego jest kilkanaście stopni i można śmiało chodzić bez kurtki. A mamy przecież początek listopada, miesiąca pluch i pierwszego śniegu.
Park Wysoki Zamek ciekawy ale aż proszący się o remont. Rozliczne ubytki w stopniach prowadzących na szczyt, urwane barierki, błoto czy wyboje nieco straszą. A nie powinny bo miejsce jest ładne i spokojne, nawet mimo tego, że w niedzielne przedpołudnie spacerowiczów było wielu.
Po tym doświadczeniu zacząłem kręcić się nieco po Starym Mieście, trafiając do miejsc mi znanych, jak i odkrywając takie, które wczoraj mi gdzieś umknęły. Zwracam baczną uwagę na detale kamienic.


Mimo lat pożogi i sowietyzacji, Lwów nadal szczyci się swym galicyjskim sznytem. A do tego, jest tu klimat autentyczności. Budynki są może i odrapane, a niektórym przydałby się remont ale widać przynajmniej, że to miejsce, które służy wciąż do życia, nie zaś jedynie do podziwiania. Do tego nie mogę się nadziwić temu jak Lwów jest na swój sposób wielkomiejski. Czy raczej – jak wielkomiejski był w latach międzywojnia. Gdzie nie spojrzeć, kamienice aż po horyzont ograniczony kolejnym skrzyżowaniem. Fasada obok fasady, dom obok domu. Róznorodność stylów i epok, pasująca jednak do siebie. Gęsta tkanka miejska, której tak brak nam w Warszawie. Do tego multum zakamarków, schodków, przejść, bram w które aż chce się zajrzeć. Lwów jest tak piękny a mnie bawi jedynie to, że odkrywam to dopiero teraz.

W końcu przyszła pora na skręt w ulicę Pekarską. Prowadzi ona prosto do Cmentarza Łyczakowskiego. Spacer nekropolią jest kolejną okazją do zadumy. Dużo tu polskich nagrobków i śladów skomplikowanych historii tych ziem. Napisy i po polsku, ukraińsku jak i z rzadka, po niemiecku. Gdzieniegdzie pojawi się gwiazda Dawida. Na krańcu cmentarza znajduje się zaś to co najważniejsze czyli Cmentarz Orląt Lwowskich, czy też po prostu Obrońców Lwowa. Wszystko wzorowo utrzymane, białe krzyże aż lśnią w słońcu. Na każdym z nich uwiązana wąska nić z polską flagą. Wycieczki w to miejsce powinny być obowiązkową lekcją patriotyzmu dla każdego.


Leciwy Pan, opiekun miejsca pamięci opowiada, że każdorazowo gdy wieczorem kończy pracę, słyszy głosy poległych żołnierzy. Mówi to pięknym, śpiewnym, kresowym polskim, który usłyszeć można rzadko. Gdzieniegdzie przetyka coś już po ukraińsku.
Ale i pozostała, cywilna część Cmentarza musi się podobać. Ukraińskich nagrobków co prawda coraz więcej, ale dookoła nich ciągle można spotkać rozliczne ciekawostki sprzed wielu lat, w tym grób Marii Konopnickiej. I dziesiątki innych grobowców rodzinnych, które gdyby mogły – opowiedziałyby piękną historię.


Na obiad znowu zawitałem do Kupola, bo jak wiedzą Ci co mnie znają, cenię sobie miejsca już oswojone. Tym razem rachunek wyniósł jeszcze mniej niż wczoraj. Może i niepotrzebnie się tym podniecam, bo za niewiele większe kwoty można zjeść i w Warszawie. No ale Kupol to restauracja, a nie jadłodalnia, a i serowane dania są nieco bardziej „sophisticated”.
Po wszystkim jeszcze kolejny spacer po Starym Mieście i krótki rekonesans okolic na północ od Rynku. Zamierzam zapuścić się tam na dłużej jutro rano. O ile oczywiście, towarzystwo z noclegowni mi na to pozwoli swoim zachowaniem. Jako że już zrobiło się ciemno, wracam do siebie, po drodze zahaczając o sklep. Lwowskie piwa są nawet niezłe, aczkolwiek zupełnie brak im jakiejkolwiek dozy oryginalności. Poprawne lagery, ale i one skłaniają do zadumy gdy zerka się na ich etykiety, które wspominaja o tradycji siegającej wieki wstecz.
