Rano pozwalam sobie jeszcze na kolejny spacer po mieście, przerywany wizytami w jednej i drugiej kawiarni. Zapuszczam się najpierw kawałek w kierunku północnym. Domy tu jakby bardziej zapuszczone, ale architektonicznie jest tu równie ciekawie jak w innych miejscach poznanych wcześniej.
Zupełnym przeciwieństwem wydaje się być południowa część Prospektu Szewczenki, gdzie budynki są wysokie, bogato zdobione i prestiżowe. Nieco szkoda, że nie mam czasu obejrzeć na spokojnie tych i innych rejonów, ale może to i dobrze, bo jest powód, by do Lwowa jeszcze wrócić. Z pewnością jest to miejsce „na wiele razy”.


Z powrotem na lotnisko jadę już taksówką. Kierowca nie jest skłonny do negocjacji i przecząco kiwa głową gdy zaczynam narzekać, że chce za dużo.
Swoją drogą, sympatyczny port lotniczy był miejscem jednej z największych tragedii w historii pokazów lotniczych. W 2002 roku na płytę spadł SU-27 zabijając 83 osób. Przyczyna – brawura i brak przestrzegania procedur, czyli to co postsowieckie lotnictwo „lubi najbardziej”.
Potem jeszcze długie dwie godziny spędzone w oczekiwaniu na lot i po krótkim pobycie w powietrzu, jestem już w domu. Mamy poniedziałek, a już w sobotę pora na kolejny, nieco dłuższy wypad w (nie)znane.
Lwów okazał się być miejscem zgoła fascynującym. Jest tu i pierwiastek naszej zagubionej polskości i egzotyka, której nie spodziewałem się zobaczyć ledwie kilkadziesiąt kilometrów od naszych granic. To świat marszrutek, postawnych mężczyzn w kurtkach skajowych i spódniczek mini noszonych bez względu na pogodę. Aż wstyd, że dopiero teraz odkryłem tą „perłę wschodu”.
