wtorek, 16 listopada 2010

Dzień jedenasty, czyli Chinatown i papa

Przyszła pora na wizytę w Chinatown. Ilekroć tam się zapuszczałem – tyle razy gubiłem się w zatłoczonych uliczkach. Tym razem jednak udało się przejść przez dzielnicę w miarę bezboleśnie. Przemierzyliśmy długą handlową uliczkę, zastanawiając się co chwilę czego tu nie mają. Buty, ubrania, biżuteria, zabawki i inne. Niedość, że tłoczno, to jeszcze jakby tego było mało, co chwila musimy ustępować miejsca a to skuterkom, a to ludziom którzy ciągną za sobą wielkie pudła z dostawami. Tu i tam trafi się nawet samochód, który zahaczając lusterkami o harmider dookoła, spokojnie przemierza ową stajnię Augiasza.





Zrobiliśmy nieco zakupów, ale zabawne jest to, że górę przypraw, którą kupiliśmy znaleźliśmy w ... lokalnym Tesco. Gdzie chociaż przez chwilę mogliśmy w ciszy i spokoju podumać przed półkami, mając pewność, że nikt nie zacznie nam zachwalać towaru albo pytać się czy aby nie potrzebujemy może tuk-tuka żeby dojechać do działu ze słodyczami.

Wracając wstąpiliśmy jeszcze do jednej świątyni, udało się także trafić pod Wielką Huśtawkę.




Wieczorem zaś pokręciliśmy się znowu po Khao San, odwiedzając na pożegnanie także okolice pałacowe. Nie wiem jak to możliwe, ale nie mogliśmy zlokalizować targu amuletów. No nieważne, może kolejnym razem. Zjedliśmy nasze pożegnalne posiłki, których już wiem, że będzie mi brakować w domu.

To był spokojny i stonowany dzień. Ostatni tych wakacji, więc nie było sensu się wyrywać. Już za chwilę długa droga do domu i żal, że trzeba opuszczać miłą Tajlandię.