wtorek, 9 listopada 2010

Dzień czwarty, czyli miasto tysiąca świątyń

Lądowanie w Bangkoku, tak jak się spodziewałem, wzbudziło we mnie niemało sentymentalnych reminescencji. Mimo zmęczenia, znowu poczułem specyficzną woń Azji, a rozmiary samego lotniska wprawiły mnie w zakłopotanie. Jeżeli to jest trzeci świat to w którym jest w takim razie Polska?

Było nieco nerwów, bo za dwie godziny z haczykiem mieliśmy kolejny lot do Chiang Mai, tymczasem na drodze stało wiele różnorodnych przeszkód. Po samym lądowaniu samolot kilkanaście minut kołował do stanowiska. Rozmiary robią swoje. Potem trzeba było pokonać jakieś pół kilometra korytarzy i to w miarę żwawo, by szybko odprawić się przez kontrolę paszportową. Udało nam się to bezboleśnie, ale za nami kolejka pęczniała z każdą sekundą. Poczekaliśmy jeszcze na bagaże i biegiem znowu do odlotów. Tam odprawa i oddanie plecaków, a potem szybko do gate’u. Summa summarum – w Chiang Mai wylądowaliśmy przed ósmą rano, szczęśliwi ale zmordowani.


Nasz hotel okazał się być miejscem zupełnie do zaakceptowania. Pokój co prawda wyglądał lepiej na zdjęciu niż w rzeczywistości, ale to przecież standard. Najważniejsze, że po prawie dobie w drodze jest gdzie usiąść i się umyć.

Nie zwlekaliśmy jednak wiele i ruszyliśmy na podbój Chiang Mai. Nie muszę dodawać, że z plecaków wyjęte zostały krótkie spodenki i podkoszulki. Jak miło znowu poczuć na skórze azjatyckie ciepło.

Miasto nazywane bywa czasem miejscem gdzie znajduje się tysiąc świątyń i niewiele w tym stwierdzeniu jest przesady. Można spędzić niejden dzień, przechodząc od jednej do drugiej. Nam po chwili zaczęły się mylić ich kolejne nazwy, a może od samego początku nie zwracaliśmy na to większej uwagi.




Miło było pospacerować po mini parkach, gdzie pośród zieleni stały kolejne kapliczki, świątynie i waty. Niejeden raz zdjęliśmy buty i z zachowaniem ceremonii wkroczyliśmy do wnętrza buddyjskich miejsc zadumy (i nie chodzi tu o WC).

Wyprawy do Azji nie byłyby sobą gdyby nie lokalna kuchnia. Za pierwszym razem, jeszcze porankiem, trafiliśmy może i średnio, ale potem wpadliśmy do niezłej knajpki. Zamówione dania porządnie nas przeczyściły. Dawno nie jedliśmy niczego tak pikantnego. Cenowo, Wietnam chyba wypadał jednak taniej, ale i tutaj ciągle jest atrakcyjnie.



Popołudniowy spacer zakończyliśmy rozdzielając się. Ania wybrała się na tajski masaż, potem zaś narzekała, że masażystka mocno ją obiła. Ja zaś usiadłem sobie z książką w pobliskim barze, gdzie przy kuflu Singha zdałem sobie sprawę jak cieszę się z tego, że jestem tu z powrotem. I wiecie co, z chęcią bym tu jeszcze wrócił. Nawet jeżeli ten wyjazd ma w sobie mniej nieznanego, bo wszystko dookoła wydaje mi się tak znajome.



Wieczorem udaliśmy sie tuk-tukiem na tzw. nocny bazar. Przejażdżka po uliczkach miasta była bardzo emocjonująca, chociaż nasz kierowca wykazywał się daleką ogładą i poszanowaniem zdroworozsądkowych zasad. Jedno jest pewne – w Sajgonie ten chłopak nigdy by nie wydostał się z korka ze swoim spokojem i miłością do przepisów kodeksu drogowego.



Bazar okazał się, mniejszym albo większym ale jednak rozczarowaniem. Nic szczególnie ciekawego, chociaż kupiliśmy kilka ubrań, a kilka innych przymierzaliśmy. Nasze podejście do negocjacji cenowych okazało się porażką – do tego stopnia, że przy propozycji cenowej Ani jeden ze sprzedawców zabrał jej kalkulator (tutaj to taki rodzaj tranlsatora) i zakończył temat.

Jutro czeka nas całodniowy wyjazd na zorganizowana wycieczkę – zapewne znowu w towarzystwie emerytów i małżeństw z dziećmi. A popołudniem powłóczymy się po mieście i jego świątyniach. Są tego warte.