niedziela, 14 listopada 2010

Dzień dziewiąty, czyli w Ajutti bez zmian

Zrywamy się z łóżka wczesnym rankiem, by możliwie szybko zobaczyć owe przedziwne małpie miasto w pełnej krasie. Okolice ruin Prang Sam Yot to swoisty dom setek makaków, które to miejsce sobie upodobały szczególnie mocno. I nikt nie wie do końca dlaczego. Pewnego dnia małpy wyszły z okolicznych lasów i tam trafiły. Obecnie jest tu im tak dobrze i syto, że nie mają potrzeby by się ruszać z tego raju. Fakt jest taki, że Lop Buri od dawna żyje z reklamy jaką człekokształtni bracia robią temu sennemu miasteczku na tajskiej prowincji.



Z poprzedniej tu wizyty zapamiętałem, że zwierzaki nie były szczególnie uciążliwe. Mogłem im robić zdjęcia i tylko jeden czy dwa razy musiałem zrobić krok w bok, by rozzłoszczone stworzenie się na mnie nie rzuciło. Tym razem jednak było inaczej. Już po wejściu na teren świątyni dostaliśmy od strażnika kijki do odganiania. I przydały się kilkakrotnie.



Nie minęła chwila a do Ani przyczepiła się jedna małpka. Po pewnym czasie wskoczyła na mnie znienacka inna i bezczelnie obmacała po kieszeni spodni. W sumie to cały czas musieliśmy mieć się na baczności, tym bardziej, że odległość kilku metrów makaki są w stanie pokonać dosłownie w chwilę, a ich ugryzienie to dla nas obowiązkowa wizyta w szpitalu.




Małpy szybko rozlazły się po okolicznych uliczkach. Kilka razy widzieliśmy jak wskakują na przechodzące chodnikami osoby. Tubylcy reagują raczej spokojnie, ale niejedna osoba wymijała okolice gdzie natłok zwierzaków stawał się gwarancją ataku. Okoliczny handel nieco cierpi na małpim biznesie – tu i tam widać ukradzione drobne przedmioty. Na ulicach walają się resztki pożywienia. Małpy skaczą po drutach, chodzą po dachach, wskakują na jadące auta.




Tylko buddyjska cierpliwość powstrzymuje mieszkańców przed zdecydowaną reakcją na armageddon dookoła. Muszę przyznać, że tego poranka małpie show zrobiło na mnie wrażenie, dwa lata temu było zdecydowanie spokojniej.

Pakujemy się i ruszamy dalej. Nieco żal opuszczać Lop Buri, bo miasteczko budzi w nas pozytywne uczucia. Na naszej drodze kolejny przystanek z przeszłości – królewska Ajuttia. Jedziemy tam pociągiem. Bilet w klasie trzeciej kosztuje nas od osoby 20 bahtów, czyli prawie 2 zł. Siedzimy w przedziale dla mnichów, osób starszych oraz niepełnosprawnych dzięki czemu jest nam chociaż wygodnie w ssyfie dookoła.

Co tu pisać. Tego miasta nie można pokochać. Pomyślałem, że może to kwestia mojego nastawienia ale z drugiej szansy Ajatujja również nie potrafiła skorzystać.

Nie wiem czego to wina. Może dlatego, że znowu jest tu potwornie gorąco. Nie da się chodzić. Słońce nie tyle piecze, co wręcz zadaje fizycznie namacalny ból. Na mojej podkoszulce po chwili pojawiają się białe ślady po wypoconej soli. Mam deja vu – już to kiedyś przeżywałem i to dokładnie w tym samym miejscu. Ania idzie dzielnie, ale nie wydaje z siebie żadnych dźwięków co jest oznaką tego, że i ona ma dosyć.



W tym mieście jakby się nie szło, zawsze dookoła jest deficyt cienia. Droga do ruin wiedzie prosto pod słońce, a gdy wracamy, o dziwo, słońce znowu świeci prosto na nas. Gdy idziemy lewym chodnikiem, prawa strona ulicy zdaje się tonąć w cieniu. Gdy przechodzimy przez jezdnię, znowu mamy słońce w twarz, podczas gdy lewa część zatapia się w kuszącym półmroku. W takich warunkach nawet kilometr drogi to mordęga.

Pospacerowaliśmy nieco po zabytkach. Widoki znajome. Stan organizmu również.




Wszystko dookoła jest z pewnością i piękne i historycznie ważne. Ale do kompleksu Sukhothai temu miejscu jednak dosyć daleko. By poczuć dawną potęgę miasta nazywanego niegdyś „Wenecją Wschodu” potrzeba dużo wyobraźni. Bez niej, dostrzega się głównie wady. Szum ulic tuż obok, to że zabytki to w większości ruiny, a stojące jeszcze wieże to skąpe w ornamentykę zbiory cegieł. A może to ja jestem zbyt krytyczny.

Postanawiamy coś zjeść, ale Ajuttia to nie jest eldorado dla smakoszy. Za to potrafi być piekłem dla głodnych. Jedna znajoma restauracja była zamknięta na cztery spusty. Kolejnej nie mogłem zupełnie odnaleźć i mam wrażenie, że na jej miejscu powstała filia jakiegoś banku. Zdesperowany skierowałem swoje kroki do Baan Khun Pra, czyli domu gościnnego gdzie niegdyś wytrzymałem jedną koszmarną noc. Miejsce okazało się jednak walczyć z rzecznym żywiołem i było nieczynne.



Pozostała nam jedynie inna restauracja, nastawiona głównie na lokalną klasę średnią. Ceny wysokie, a dania dosyć przeciętne. Anię poniosła fantazja i zamówiła sobie smażoną żabę, a moja zupa okazała się niezła, ale nierewelacyjna. Żabami zaś trudno się najeść.

Ostatecznie żegnamy się z tym miastem i pociągiem udajemy się w objęcia Bangkoku. Znowu klasa trzecia, siedzenia już dużo mniej wygodne, ale podniecenie rośnie, bo stolica Tajlandii to jedno z moich starannie pielęgnowanych wspomnień.

Po wysiadce na dworcu łapiemy taksówkę. Na początku wszystko wydaje się być w porządku, bagaże załadowane, destynacja podana, taksometr niechętnie ale włączony. Ujeżdżamy może dwadzieścia metrów, kiedy kierowca łamanym angielskim zaczyna nam narzekać – na taksometr, bo mu ponoć niedziała. Na korki. Na wszystko. Podaje cenę – 200 bahtów i czeka na naszą reakcję. Zabiłbym gnoja najchętniej. Chwilę próbuję z nim dyskutować. W sumie to drę się na niego, że jest idiotą i ma jechać zgodnie z licznikiem, a korki to widziałem gorsze. Ostatecznie wysiadamy, a ja muszę się powstrzymywać przed rękoczynami. Może i 20 zł to nie jest dużo, ale nie będę z siebie robił kretyna. Dobrze to sobie obmyślał, bo wyglądaliśmy pewnie na kapkę zmęczonych, ale trafił ze swoim pomysłem na złą osobę. Kolejny taksówkarz zabiera nas bez szemrania i nawet nie nacina nas na trasie. Licznik do Khao San dobił do 70 bahtów, czyli trzy razy mniej niż „oferta”. I jeszcze dostał napiwek, bo uczciwość to ja lubię.

Nie potrzebuję mapy, by trafić do Amarin Inn. I nie powiem, wzruszyłem się na widok tej wąskiej kiszki prowadzącej do hotelu. Powitał mnie ten sam właściciel co kiedyś. Ba, dostałem nawet ten sam pokój co niegdyś. Wspomnienia.

Jest już ciemno i wieczór trwa w najlepsze gdy wychodzimy na rekonesans. Dookoła pobliskiego fortu trwa impreza plenerowa, gromadząca tłumy widzów. Robimy małe kółko i zawijamy na Khao San, gdzie jemy kolację. Mamy też okazję popatrzeć na bogactwo oferowanych tu produktów. Kilka zwróciło naszą uwagę ale na zakupy przyjdzie czas potem. Szybko męczy mnie jednak harmider tego miejsca. Za dużo ludzi, za dużo doznań, za dużo hałasu, tłoku i szaleństwa. Kogo tu nie ma. Myślę sobie, że nigdzie na świecie nie ma takiego magnesu na odmieńców jak właśnie to zagłębie backpackerskie. W ciągu kilku chwil spotkaliśmy i lady boyów, i prostytutki we wszelkim wieku, i człowieka wytatuowanego nawet na czole, i białą kobietę z odkrytą piersią, którą karmiła dziecko. Do tego doliczmy libańczyków w turbanach, drobne kobiety z górskich plemion z nieśmiertelnymi szczekającymi żabami, emerytowanych hipisów oraz setkę typów urody kaukaskiej w różnych stanach tajskiej degeneracji wakacyjnej. Chyba robię się stary, bo miejsce mnie szybko zmęczyło.

Idziemy pod Złotą Górę. Świeci się w oddali. Niby powinna być już zamknięta, ale to przecież Bangkok, miasto gdzie wszystko jest możliwe. Pod świątynią trwa w najlepsze coś w rodzaju festynu. Setki budek z rozmaitymi atrakcjami. Od jedzenia, przez ubrania, zabawki, kończąc na strzelnicach, gabinetach luster oraz diabelskich kołach.




Wchodzimy sobie na szczyt i jak za dawnych czasów, taka wycieczka sprawia, że zalewam się potem. Acha, swoją drogą, Lonely Planet podaje, że za wejście trzeba zapłacić, a ja pamiętam, że zawsze wchodziłem tam za darmo. Nie inaczej było i tym razem.

Potem jeszcze wypijamy coś na dobranoc i wracamy do siebie. To był ciężki dzień. Trzy miasta, dwie podróże pociągiem i ta cholerna Ajuttia wymęczyły nas wyjątkowo solidnie.