sobota, 6 listopada 2010

Dzień pierwszy, czyli znowu w Rydze ale forma nie ta

Wyjazd zaczyna się nieszczególnie szczęśliwie. Dzień wcześniej spędziłem wieczór w miłym towarzystwie na degustacji domowych win lokalnej produkcji. Było wesoło, ale nawet niewielkie dawki alkoholu okazały się być cichym zabójcą. Co tu pisać. Gdyby to był jakiś weekendowy wyjazd, to zapewne dałbym sobie spokój. A tak nie było wyjścia. Z bolącą głową musiałem wyjść z domu i przez następne kilka godzin zastanawiałem się czy aby na pewno spakowałem wszystko co potrzebne.

Na Okęciu lotniskowa nuda. Odprawiamy oczywiście obowiązkowy rytuał związany z toaletą i zakupami w kiosku na starym terminalu. Tradycja – rzecz święta.

Niestety, przelot do Rygi obsługiwany jest przez Eurolot, a to oznacza, że meldujemy się na pokładzie ATR 72. Pisałem o tym wielokrotnie, ale powtórzę się kolejny raz. Nie lubię turbośmigłowych samolotów i budzą one we mnie coś w rodzaju strachu. Nie lubię ich powolnych startów, jak i tego, że w powietrzu wydają się czasem podskakiwać na każdej „nierówności”. Nie lubię hałasu, który generują silniki, jak i widoku na kręcące się śmigła. Tak czy owak, sam lot nie wyróżniał się niczym. Przynajmniej dopóki nie zaczęliśmy zniżać się do lądowania.

Samolot zatoczył piękny krąg nad miastem. Starówka była widoczna jak na dłoni, Dźwina połyskiwała w dole, a dalej w tle widoczna była zatoka stanowiąca część Morza Bałtyckiego. Doprawdy, widok wynagradzający wiele, nawet lot tym turbośmigłowym pudełkiem.

Wysiadamy i cóż, jestem w Rydze po raz kolejny w tym roku. Coś czułem, że będę wracał do tego miasta. Mogę się nieco powymądrzać, bo wiem gdzie iść, gdzie wysiąść i jak trafić do hostelu. Ten ostatni okazuje się być całkiem miłym miejscem. Nasz pokój jest co prawda mały i trudno się w nim poruszać wyprostowanym ze względu na fakt, że mieści się na poddaszu – ale jest czysto i spokojnie. A po ostatnim Lwowie, człowiek docenia takie rzeczy szczególnie.

Pierwszym punktem „wyprawy” jest wizyta w centrum handlowym, ponieważ w Rydze jednak chłodnawo, a Ania nie posiada szalika. Ja oczywiście nie wziąłem nic zimowego. Przy okazji robimy mały rekonesans spożywczy i miasto zdobywa kolejnego plusa. Tuż obok stacji kolejowej, w samym środku Rygi znajduje się dobrze zaopatrzony supermarket. Nie żebym był miłośnikiem takich miejsc, ale nie wszędzie jest taki luksus jak tutaj. Można spokojnie kupić co się chce, za kwoty podobne jak w Polsce (mam wrażenie, że nieco jednak wyższe), a do tego otwarte jest chyba do północy. Ile to ja czasu spędzałem nieraz na poszukiwaniu takich miejsc jak to. Przydatne dla wszystkich, którzy chcą zaoszczędzić na jedzeniu. Ja nabyłem na początek buteleczkę wody Borjomi. Smak dziwny, ale przysięgam, że po jej wypiciu poczułem się w końcu w pełni zdrowy.

Po zakupach już nie było wyjścia i rozpoczęliśmy rekonesans Starówki. Muszę przyznać, że poprzednim razem niezbyt dokładnie ją zwiedziłem. Tym razem udało się trafić do kilku pięknych i malowniczych zaułków, wąskich uliczek i bram prowadzących gdzieś gdzie oko przechodnia nie sięga. Ryga ma w sobie coś. O ile wiele miast swoją architekturę opiera na wieku XIX czy początkach XX-tego, stolica Łotwy sprawia wrażenie miasta osadzonego w późnym średniowieczu, ewentualnie w dobie renesansu. Chyba nigdy nie byłem w miejscu gdzie ducha tych wieków czuć jest tak dobitnie jak właśnie tu. To ciągle hanzeatyckie miasto pełne niemieckich kupców i statków handlowych czekających na brzegu. Wystarczy przymknąć oko, by zacząć dostrzegać historię dookoła.


Jak ktoś szczególnie kocha architekturę secesyjną to Ryga pod tym względem również zalicza się do absolutnej europejskiej czołówki.

Stolica Łotwy, co warto wspomnieć, ze względu na swoją wybitnie zachodnioeuropejską urodę, była bohaterką rozlicznych produkcji kinematografii rodem zza Żelaznej Kurtyny. W czasach Imperium to tutaj właśnie kręcono wiele scen, których akcja działa się w „świecie zgniłego kapitalizmu”. Ulice Rygi grały więc Paryż, Londyn, Amsterdam, Hamburg i wiele innych miast. Najsłynniejsza radziecka adaptacja przygód Sherlocka Holmesa również ma łotewski rodowód – w Rydze łatwo znaleźć niejedną ulicę godną Baker Street. Gdyby nie delikatny szmer rozmów prowadzonych dookoła po rosyjsku, spokojnie można by było uwierzyć, że jesteśmy gdzieś na północy bądź zachodzie Starego Kontynentu.



Mieliśmy iść na kolację do słynnej średniowiecznej restauracji Rozengrals, ale nieco onieśmieliły nas ceny. Co tu pisać – jest drogo. Może nie jest to standard skandynawski, ale i tak znacznie drożej niż w Warszawie. Ostatecznie trafiliśmy do dziwnej knajpy-baru, której wnętrze wypełniał designerski miszmasz. Jedzenie złe nie było i chociaż było względnie tanio, to i tak u nas za takie pieniądze to się jada u Gesslerowej. Tym bardziej należy więc docenić supermarket, o którym to pisałem wcześniej. Tam za kilka łatów można nabyć względnie smaczne kanapki, którymi każdy Polak się naje.

Szybko zaniemogliśmy i wycofaliśmy się na z góry upatrzone pozycje w hostelu. Wziąłem ze sobą kilka lokalnych specyfików, w tym oczywiście piwa. Ciemna Zelta produkowana przez lokalnego potentata, Aldarisa, całkiem smaczna. I jestem pewien, że ostatecznie przyczyniła się do mojego pełnego ozdrowienia. A forma się przyda, albowiem jutro zamierzamy dokładnie obejść miasto i zobaczyć wszystko co godne uwagi.