
W autobusie jadącym do Phitsanulok byliśmy jednymi białymi. Po godzinnej podróży jesteśmy na miejscu, przesiadamy się do tuk-tuka i lądujemy na dworcu kolejowym. Kupujemy bilety do Lop Buri (strasznie w sumie drogie), oddajemy bagaże do przechowalni i udajemy się na rekonensans kolejnego miasta na naszej drodze.
Phitsanulok jest gdzieś poza percepcją przeciętnego turysty. Miasto nie ma wiele do zaoferowania, bo niemal wszystko co stare zostało zniszczone w latach 50-tych wskutek trzęsienia ziemi. To typowy punkt przesiadkowy i nowoczesny (po tajsku!) ośrodek mijany pospiesznie w drodze na północ bądź południe. Gdzieś pomiędzy górami, a równiną centralną. Ma to i swoje zalety. Podczas naszego spaceru byliśmy jedynymi turystami w zasięgu wzroku. Jeszcze na dworcu spotykamy jedynych „naszych”, w tym parę bodaj Francuzów, którą znamy jeszcze z wczoraj.
Trafiamy do sztywnej i pustej restauracji hotelowej. Przybytek nosi dumną nazwę Amarin Nakhon. Miejsce nieco straszy, ale trudno było nam znaleźć coś innego. Tu muszę z przykrością wspomnieć, że nasz przewodnik Lonely Planet zaczyna nas regularnie denerwować. Często bowiem zdarza się, że miejsca wskazane na mapkach po prostu nie istnieją. Albo ewentualnie istnieją, ale dobre kilkaset metrów dalej, na innej ulicy i innym skrzyżowaniu. W Phitsanulok nie było inaczej. Nieco czasu spędziliśmy szukając punktów, które istniały chyba jedynie w wyobraźni autorów książki.
Spożywane dania są zdecydowanie najgorszymi jakie do tej pory jedliśmy. Nawet sok pomarańczowy nie wyszedł – nie dało się go pić, bo przypominał nieco rozcieńczony syrop na kaszel. Wizyta w hotelowej toalecie to także powód do rozbawienia. Takiego przez łzy od smrodu dookoła.

Śmiejemy się jeszcze z tutejszego kulawego angielskiego i idziemy dalej, nieco źli, że spędziliśmy w tym miejscu więcej czasu niż ono zasługiwało. A zasługiwało na dokładne zero.
Samo miasto, także przez pryzmat kulinarnych doświadczeń, przypomina nam nieco wietnamskie Da Nang. Mijamy kolejne ulice, które są areną codziennego, acz leniwego życia mieszkańców. Mijają nas samochody, skutery. W sklepach krzątanina. Uliczne garkuchnie przyjmują kolejnych gości. I nikt nie zwraca na nas większej uwagi. Nawet tuk-tuki mijają nas w milczeniu, czasem ktoś spojrzy z zaciekawieniem, co może sugerować, że to miejsce omija turystyczne tsunami.

Phitsanulok posiada dokładnie jedno miejsce godne uwagi (tak naprawdę to ma ich nieco więcej). Mowa o Wat Phra Si Ratana Mahamat. Nie poświęciliśmy mu zbyt wiele czasu, a szkoda, bo powinniśmi. W kategorii obiektów świątobliwych, ustępuje ponoć jedynie Złotej Świątyni w stolicy. Przynajmniej, tak wspomina Lonely Planet, ale nie wiem czy można mu ufać skoro książka ta nie radzi sobie z prostym umiejscowieniem głupich jadłodajni.


W swoim wnętrzu Wat ten kryje jeden z najważniejszych w całym kraju wizerunków Buddy. Jest to cel rozlicznych pielgrzymek. Przez tereny świątyni przewijają się istne tłumy. Podniosła atmosfera miejsca to jedno, a interesy to drugie. Dookoła odbywa się dziki handel, stoiska obok stoisk, a na nich mydło i powidło. Można kupić i okolicznościowe koszulki i takie zupełnie „nie okolicznościowe”, jak i chociażby losy na loterie.


Słońce praży tak niemiłosiernie, że długo nie wytrzymujemy i wracamy na dworzec, tym bardziej, że chwilę po 15.00 ma przyjechać nasz pociąg.

Ale słowem podsumowania – jeżeli ktoś chcę odpocząć od natłoku turystów, krótki postój w Phitasanulok wydaje się być dobrym pomysłem. Miasto ma bowiem ich zupełnie gdzieś i czy to nie wspaniałe, że są tu jeszcze takie miejsca?
Na dworcu spędzamy więcej czasu niż planowaliśmy, albowiem tajskie koleje notują godzinne opóźnienie. Nieco nam się nudzi, więc odwiedzamy kilka razy tutejszą toaletę. W kategorii „czystość” dajemy jej ostatnie miejsce, a widzieliśmy już sporo. Ania wchodzi w spór z panią, która przybytek czyściła, więc miejsce, jakby co, uznajemy za spalone na przyszłość.
W końcu nasz ekspres wtacza się na peron. Pomocni pracownicy upewniają się, że wsiądziemy do prawidłowego pociągu, więc o pomyłce nie może być mowy. Sam skład całkiem przyjemny. Może i wagony lata swojej świetności miały dawno za sobą, ale wewnątrz jest klimatyzacja, siedzenia sa skórzane i wygodne. Do tego darmowy poczęstunek.

Za oknami obserwujemy równiny centralne. Wkraczamy na tereny objęte powodzią. Rzeczywiście, sporo pól jest zalanych przez wodę. Pojedyńcze domy które mijamy pobudowane są na palach, ale miasta i miasteczka wyglądają na suche. Problem powodzi dotknął tutaj głównie tereny rolne, od których jesteśmy i tak bardzo daleko.
Wysiadka w Lop Buri to chwila szczególna. Wracam do „swojej” Tajlandii, którą znam i której nie mogłem się doczekać. Raźno więc wychodzimy z dworca, ale po chwili, o losie, nie wiem jak iść, by trafić do noclegowni. Znowu ten nasz przewodnik i jego „dokładność”.
Noom Guesthouse jest miejscem tanim – za noc płacimy ledwie 350 bahtów. Jest też miejscem miłym, na swój „backpackerski” sposób. Mieszkamy w bungalowie. Wnętrze wydaje się być mocno wytarte przez czas, ale ogólnie nie jest źle. Jest i własna toaleta i wiatrak, a nawet telewizor.

Po krótkim czyszczeniu się idziemy w miasto, zobaczyć małpy. Jest już jednak dawno po zmierzchu, więc nie ma mowy o czymś więcej niż jedynie przedstawieniu tego co czeka nas jutro. Główna świątynia jest dosłownie oblepiona makakami, a kilka z nich można spotkać i na pobocznych uliczkach. Upodobały sobie szczególnie słupy elektryczne, na których kręcą się grupkami. Chodniki są tu gęsto wyścielone ogryzkami i innymi resztkami pożywienia, które nasi młodsi bracia uznali za nieprzydatne.
Jemy miłą kolację w lokalnej knajpce i generalnie zbliżamy się do pory odpoczynku. Ja nie mogę odmówić sobie jeszcze dwóch Leo w barze obok nas.

Pojawia się żal, że powoli zbliża się koniec wakacji. Przed nami jeszcze trzy noclegi w Bangkoku i powrót do domu, do pracy i szarego życia w szarym świecie. Z drugiej strony, ten urlop jest naprawdę intensywny w doznania i z trudem zdałem sobie dzisiaj sprawę, że dokładnie tydzień temu on się w ogóle zaczął. Wydaje się, że jesteśmy tu sporo dłużej, a o takiej Rydze to juz w ogóle zapomniałem.
