niedziela, 31 stycznia 2010

Kocham zapach napalmu o poranku



W sumie zastanawiajace jak bardzo zmieniło się postrzeganie Wietnamu w ostatnich dekadach. A nawet w ostatnich 15-tu latach. Z miejsca ogarniętego wojenną pożogą, do zakazanego komunistycznego państwa pogłębiającego biedę, aż do kraju otwartego na świat i dolary pochodzące także z turystyki. No ale to nie miejsce na geo-politologiczne dywagacje.

Przewodniki już w domu i bynajmniej się nie kurzą.



Oba fajne. National Geographic to jak zawsze, dużo ładnych zdjęć i nieco tekstu. Pozwala zobaczyć co warte, a co mniej ujrzenia. Lonely Planet to jak zawsze biblia podróżnika – niezbędny zakres wiedzy, by na miejscu „się nie zgubić”. Surowo, bo bez wielu zdjęć, ale konkretnie. Na miejscu książka jest bezczenna.

Planowanie wyprawy jest więc „in progress”, chociaż jakiś zarys już jest. Jeżeli wypali, to w marcu znowu się porządnie nalatam – co przecież lubię, a nawet więcej, do czego podświadomie dążę. Oprócz Aeroflotu, jest szansa na premierową wizytę na pokładach Vietnam Airlines oraz Jetstar. Ten drugi to low-costowa odnoga australiskiego Quantasa. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

piątek, 29 stycznia 2010

Good Morning Vietnam

No i bilety zaklepane. Nieco to trwało, a poszukiwania były nieco frustrujące. Linie lotnicze, póki co, nie rozpieszczają promocjami, a wiadomo, że ja lubię latać za drobne kwoty. Pewnie niebawem wysypie okazjami, ale trudno – postanowiłem udać się tam gdzie chce, a nie tam gdzie akurat wyskoczy coś w dobrej cenie.

Już były blisko – i Delhi i Hong Kong, ale coś nie byłem przekonany. Indie na pewno są wspaniałe i fascynujące, ale to chyba nie miejsce dla mnie. Przynajmniej na razie. Hong Kong to jedno z moich dziecięcych niemal marzeń, ale ono także musi poczekać na realizację, albowiem ...15 marca lecimy do Hanoi.

To w Wietnamie dla tych, którzy spali na geografii. A nawet w Socjalistycznej Republice Wietnamu, czyli „jedziemy do stolicy kraju socjalistycznego, który ma tam swoje zalety, ale chodzi o to, żeby te zalety nie przesłoniły nam wad”.

To będzie mój debiut na pokładzie Aeroflotu. Nieco to może przerażające, bo rosyjskie linie lotnicze nie należą do światowej czołówki w zakresie wygody i dbania o swoich klientów. Ale z kolei, zawsze chciałem się nimi przelecieć, bo sama nazwa jawi się jako niemal przygoda. A może raczej jako wyzwanie rzucone Fortunie?

Niestety, a może raczej stety, segment Moskwa-Hanoi będzie wykonywany na Boeingu 767-300, a nie którymś z postradzieckich muzealnych obiektów. Chociaż jeszcze nic nie jest pewnego.

Teraz trzeba zacząć myśleć o wizach i planie podróżowania. I rozpocząć żmudne odliczanie w głowie – jeszcze półtora miesiąca...

wtorek, 26 stycznia 2010

Powtórnie Wieczne Miasto, 21-24 styczeń 2010

Rzym, wieczne miasto. Zawsze chciałem tam pojechać... Zaraz, zaraz. Już to przecież pisałem.

O tutaj.

Małe deja vu, ale to nic dziwnego – do stolicy Włoch zawitałem „już” po raz drugi. „Już” czy może jednak „ledwie”? Chyba to drugie, biorąc pod uwagę o jakim mieście mówimy. Wielkim, pełnym zabytków, krętym, magnetycznym i zjawiskowo posągowym. I zachwytom wcale nie zawadza fakt, że jak to się mawia „jego zaułki są wypolerowane spojrzeniami innych turystów”.

Wizz Air zażyczył sobie za bilety ledwie 180 zł od osoby. Dziękujemy Wam serdecznie za tą promocję. A dopłaty za bagaż nadawany wsadźcie sobie w dupę – i tak wzięliśmy więcej niż teoretycznie można było i nic nam nie zrobicie. Ta nasza polska mentalność :)

Sam lot minął bezproblemowo. Dzięki uprzejmości pewnego pracownika Okęcia niedość, że mieliśmy priority boarding (w tłumie pielgrzymów z wsi i wiosek to i tak nie miało większego znaczenia), to jeszcze miła pani stewardessa posadziła nas w swoistej pierwszej klasie lotów niskokosztowych, czyli w rzędzie obok wyjścia awaryjnego. Obok świadomości, że odpowiadamy za bezpieczeństwo całego towarzystwa, ma to jeszcze jedną zaletę – miejsca na nogi jest tyle, że aż można je wyciągnąć. Dosłownie i w przenośni – to drugie ze szczęścia.
Podczas lądowania, a nawet obu, po przyziemieniu rozlega się burza oklasków. Czyżby pilot zestrzelił wrogiego Messerschmitta pikującego na bezbronne wsioła poniżej? Nie, po prostu wylądował.
Zamiast złośliwych komentarzy, przypomina mi się taki dowcip, a raczej zagadka:

- Dlaczego Warszawiacy gdy wychodzą z windy mówią „dziękuję”?
- Bo są z Radomia.


Fiumicino wita nas wspaniałą pogodą. Szybko udajemy się do Leonardo Express i po niecałej półgodzinie jesteśmy już na Termini. Stamtąd ruszamy do naszego hotelu, który wcale nie okazał się nasz, bo tak naprawdę to spaliśmy gdzie indziej, chociaż niby ciągle w tym samym miejscu. Włochy po prostu. Chaos którego nikt nie ogarnia i co więcej, nikt nie zauważa, że takowy występuje.

Dumą, że bezproblemowo dotarłem pod drzwi Sleeping Beauty długo się nie napawałem. Dzwonię i... nikt nie odbiera. Cisza. Sleeping Beauty naprawdę chyba śpi. Udaje nam się sforsować pierwsze drzwi, potem kolejne. Wchodzimy po schodach, pukamy do trzecich ale w środku naprawdę nikogo nie ma. Rezerwacja na dzisiaj z Polski? Poczekają. A może wcale nie przyjadą. Kto by się tym przejmował.

Na całe szczęście wystarczył telefon, by po kilkunastu minutach ktoś się łaskawie pojawił i... zaprowadził nas do „lokalu zastępczego”. Jak powiem, że mieszkałem w suterenie to pomyślicie, że nisko upadłem (albo - jeszcze niżej, bo parszywe noclegi to moje drugie imię). Więc napiszę, że za cenę standardowej dwójki ensuite dostałem mały apartament do dyspozycji. Skromny ale przestronny. Bez okien ale z oknem na świat – telewizorem. W sumie, nie ma co narzekać, źle nie było. Tylko przez kilka chwil miałem obawy czy lokal nie okażę się aby miejscem tortur, gdzie naiwni turyści są więzieni latami przez sadystycznego właściciela. Na szczęście, Rzym to nie Austria.

Samo miasto? Cóż, jakby mniej zatłoczone, bo styczeń to jednak daleko od sezonu. Co nie znaczy, że puste. Tabuny turystów jak były tak są, ale szeregi nieco przerzedzone. Kolejki prawie żadne. Tak to można zwiedzać.



O zabytkach nie ma co pisać, bo co napisano o nich to wystarczy. Ciągle stoją tam gdzie widziałem je ostatnim razem. Miło było jednak nieco postrugać znawcę tego miasta i występować w roli przewodnika, otaczając ojcowską opieką jednoosobową gromadkę debiutantów w Wiecznym Mieście. Chyba się podobało, chociaż nie obyło się bez ziewania i panicznego szukania kawy po kawiarniach (to drugie to ja). W końcu mieszkaliśmy w piwnicy, no nie.



Dla porządku wypada dodać, że w końcu zobaczyłem piramidę – którą w starożytności jako grobowiec wybudował sobie Caius Cestius. Stoi sobie blisko metra i przypomina o tym niesamowitym fakcie, że jesteśmy w mieście, które istnieje w tym miejscu od tysięcy lat. I ma problemy z zabytkami takie, że ma ich po prostu za dużo.



Odwiedziliśmy także EUR, czyli dzielnicę pobudowaną przez, czy raczej za czasów Mussoliniego. Miała być nowym symbolem Nowych Włoch. Robi dziwne wrażenie. Powtórzę przewodnikowy slogan wyświechtany powszechnym cytowaniem, ale rzeczywiście „dzielą ją lata świetlne od pozostałej części Rzymu”. Szerokie ulice, surowe bryły budynków, człowiek czuje się w środku jakby przebywał w miejscu stworzonym przez obcą rasę. W EUR nie czujemy się jak u siebie i z jakąś ulgą wracamy do starego dobrego miasta.



Jedzenie. Jedzeniem Rzym stoi. W knajpach nieco drogawo, chociaż z drugiej strony udawało się zjeść za relatywnie sensowne kwoty. Pasty, pizze i inne gówna – pełno tego. Byle carbonara, byłbym mógł przysiąc, smakuje tu najlepiej na świecie. Nawet angielskie śniadanie, które raz zamówiliśmy w przydworcowej knajpie, prezentowało się niebiańsko niczym uczta przygotowana rzymskiemu panteonowi bogów, które jedynie przypadkowym zrządzeniem losu zostało nam dane do spróbowania.
W pamięci będę miał jednak kelnerów – w większości niemiłych, chłodnych profesjonalistów, patrzących na takich jak my z pogardą i wyższością. Jeden taki przyniósł mi zamiast dania z sosem bolognese i MIĘSEM, jakieś nędzne kluski polane sosem pieczarkowym. Niestety, jestem zbyt miły dla otoczenia i zamiast zrobić solidne avanti, zjadłem pokornie, a dla ukojenia poranionej dumy narzekałem Ani przez następne kilka godzin.

Próbowałem nawet zlokalizować knajpkę do której chadzaliśmy poprzednim razem w listopadzie 2008. Już wtedy nie było łatwo do niej trafić, obecnie było to już niemożliwe. A jednak, udało się – chyba. Chyba, bo była zamknięta na cztery spusty. Szkoda, bo pamiętam jeszcze te przystępne ceny i smaczne wielkie pizze popijane białym winem. A także jowialnego właściciela ze śpiewnym włoskim. Już być może nigdy nie ujrzę jego poczciwego lica :(



Fajnie zobaczyć jakieś miejsce ponownie. Dochodzi wtedy do ciekawego rozdwojenia jaźni. Przebywa się w dwóch przestrzeniach czasu, wspominając także to co było kiedyś w tym samym miejscu. Jesteś więc „tu i teraz” oraz „tu i wtedy”. Nieco podobnie miałem w NYC, przy czym upłynęło za mało czasu od poprzedniej wizyty, by wrażenie było odpowiednie. W Dublinie było najsilniejsze.

Czy jeszcze kiedyś wpadnę do Rzymu? Pewnie tak. W końcu wrzuciłem pieniążek do Fontanny di Trevi. Czy miasto mi się ciągle podoba? Naturalnie, ale mam wrażenie, że kolejna wizyta musi być krótsza i najlepiej przejazdem, bym nie zaczął się wycofywać z mojego ciągłego zachwytu. Wciąż jednak zostało tyle do zobaczenia.



Acha, i jedna drobna rada. Wracając do Polski, na Fiumicino przyjedźcie możliwie jak najwcześniej. Nam zajęło ponad dwie godziny odprawienie się, przejście przez kontrolę i niemal dobiegnięcie do gate’u. Włoska mentalność jest trudna do zniesienia w sytuacjach gdzie liczy się czas. Więc trzeba go mieć naprawdę dużo, by samolot nie odleciał bez nas :)

***

Z kronikarskiego obowiązku muszę dodać, że bilety do Mexico City poszły się, mówiąc wprost, jebać. Trudno. Nieco szkoda bo za 1600 zł polecieć tam to jednak wielka okazja, ale z drugiej strony, obecnie moje oczy są skierowane na azję i oczekujemy promocji albo chociaż dwóch biletów w sensownych cenach. Gdzie? Nie wiem. Gdzie-byle chyba, Azja tania, bezpieczna i czeka na nas z otwartymi ramionami.
Mam nadzieję, że niebawem będę mógł się pochwalić nowym zakupem, bo jak wiadomo, bez rezerwacji w zanadrzu czuje się jak bez szalika na meczu, czyli niekomfortowo.

Taka ładna mapa poniżej – obym niedługo swoim tłustym jak serdelek paluszkiem mógł wskazać jakieś miejsce i powiedzieć – tam :-)

czwartek, 14 stycznia 2010

Mexico City pod znakiem zapytania

Za oknem u nas w Warszawie podobno minus 17 stopni, a ja się zastanawiam „gdzie polecieć”. Taka pogoda jedynie wzmaga takie dywagacje.
Niby za tydzień o tej porze będę się zbierał w kierunku Okęcia, ale odczuwam silną potrzebę zaplanowania sobie urlopu w marcu. Dłuższego, gdzieś dalej, gdzieś gdzie jest egzotycznie i bardziej dziko. Gdzieś gdzie się leci długimi godzinami, a zerkając przez okno widzi się świat inny od tego znanego nam z codzienności.
Jednym słowem rozpiera mnie moja poriomania wsparta chęcią ucieczki od biurkowego holocaustu. Chciałbym znowu mieć proste zmartwienia człowieka w podróży. Gdzie coś zjeść, jak znaleźć mój hotel, jak dogadać się z kimś kogo zupełnie nie rozumiem, jak dotrzeć do punktu na mapie, jak wrócić. Życie :-)

Skoro tak – pierwsza rezerwacja poszła. Lufthansa bije Polaków, ale czasem ma gest i robi jakąś miłą niespodziankę cenową.


Mexico City czeka aż opłacę stosowną kwotę. Stosunkowo niewielką jak na wyprawę na drugą półkulę. O ile zdążę.
Kiedyś wszystko byłoby proste i już bym mógł powiedzieć, że bilety mam i zaczynam przygotowania i odliczania do wielkiej przygody. Obecnie jest nieco trudniej. Ale na szczęście jeszcze nie beznadziejnie, a nadzieja umiera ostatnia. Może się uda.





To z pewnością fajne miasto. Pewnie nieco niebezpieczne, szalone, chaotyczne i brudne od smogu i milionów ludzi po nim krążących każdego dnia. Ale nie powiem – z chęcią bym je zobaczył, a następnie nieco powłóczył się po samym Meksyku. Jako tako wpisywałoby się to w moje ostatnie podróże, które wiodą mnie ostatnio zazwyczaj właśnie w kierunku zachodnim.

Może i nigdy nie marzyłem o takich właśnie wakacjach, ale to się nazywa spontaniczność i to jest to co w sobie lubię.

No ale zobaczymy co to będzie, tak czy owak, bilety czekają aż przyjdą do nich moje pieniążki i powiedzą „wypierdalać w podskokach do Pana”.

środa, 6 stycznia 2010

Rzym closer and closer

W sumie za dwa tygodnie pora lecieć do Rzymu. Tak się zacznie rok 2010 w najważniejszej dla mnie rzeczy na świecie, czyli w podróżowaniu.

Emocje nieco mniejsze, albowiem, raz że Wieczne Miasto pamiętam nader dobrze, dwa, że po głowie plącze się myśl, aby polecieć znowu gdzieś bardzo daleko. Europa już tak nie cieszy, chociaż każda sposobność, by uciec od biurkowego holocaustu jest wybawieniem.
Dlatego też cierpliwie czekam na promocje lotnicze, by coś zakupić i zacząć odliczanie do naprawdę poważnej wyprawy.

Tymczasem jednak jest Rzym. Hotel już zabukowany. Nazywa się Sleeping Beauty i jak znam przewrotność tych durnych makaroniarzy, z pewnością nazwa będzie odległa od rzeczywistości. Na zdjęciach, jak wszystko, prezentuje się sensownie.


Wejście jak wejście w sumie. Wiele o miejscu może mówić fakt, że nie jest ono jakoś specjalnie oznaczone, to może być równie dobrze wejście do sklepu mięsnego, burdelu albo nieśmiałego hoteliku.


Korytarz nie wygląda najlepiej, krzycząc „byłem szczytem fasonu w latach 50-tych“. Zaczynam się niepokoić, czy we Włoszech ciągle modna jest lamperia?


To na pewno nie jest oryginalny obraz. Pokój skromny, ale daje nadzieje na to, że nie będzie może jednak tragedii.


Te meble to albo znak, że wszystko jest w stylu klasycznym, a więc gustowne, albo że po prostu od lat nie było tam nic zmieniane i panuje ssyf&malaria.

Wylot – 21 stycznia. Fajnie będzie się znowu pokręcić po tym jakże pięknym mieście.