wtorek, 5 maja 2009

Listopad 2008 - Rzym, Włochy

Listopad 2008 – Rzym,Włochy

Rzym, wieczne miasto. Zawsze je chciałem zobaczyć na własne oczy – co najmniej od czasów, gdy pacholęciem będąc zaczytywałem się w historii Imperium Romanum. Zastanawiałem się jednak, czy aby przypadkiem sława tego miejsca nie okaże się w bezpośrednim starciu jedynie sloganem reklamowym bez pokrycia? Z Paryża wróciłem niezbyt przekonany do jego wspaniałości, a jak było z Rzymem?

Było dobrze. Pełen zachwyt – inaczej nie można. Miasto jest piękne, monumentalne siłą nagromadzonych zabytków. Momentami męczy natłokiem epok – w ciągu kilku chwil można przejść od starożytności przez średniowiecze i renesans do XIX-wiecznego stylu klasycystycznego. W pewnej chwili, człowiek przestaje reagować na nowe dla jego oczu widoki, po pewnym czasie kolejne urocze zaułki z imponującym bagażem historii stają się coraz bardziej i bardziej... niewidzialne dla oczu.

To oczywiście nie zarzut, a raczej symbol bezbronności z jaką musimy się zmierzyć w nierównej walce z ogromem tego miasta. Można skupić się na „punktach obowiązkowych” – Colosseum, Watykan, Fontana di Trevi, hiszpańskie schody, Panteon, Łuk Triumfalny, Forum Romanum, uff, można się zmęczyć od samej deklamacji kolejnych nazw.

Można też chodzić swoimi ścieżkami i bawić się jeszcze lepiej. Zasadniczo, gdzie się nie skręci i tak przygotować musimy się na zachwyt. Nawrót dziecięcej ciekawości, która każe nam iść dalej, by zobaczyć „co jest za rogiem” jest w Rzymie niemal gwarantowany.

Mi osobiście szczególnie podobało się Zatybrze, które, od biedy nazwać można „starówką” – jak to jednak brzmi w mieście, które oddycha tysiącleciami swej historii? Dzielnica tym niemniej jest wysoce urokliwa, z wąskimi uliczkami, małymi kamienicami i lenistwem wyciekającym na ulice. Niegdyś było to swoiste „cwaniakowo”, okolica niezbyt bezpieczna, a obecnie... Cóż. Całe szczęście, że późna jesień jest poza sezonem turystycznym. Dzięki temu mieliśmy Zatybrze niemal dla siebie.

Dla siebie. No właśnie. Zazwyczaj jeżdżę sam – lubię to nawet. Wtedy podróż staje się odpoczynkiem od zgiełku, chwilą dla siebie, testem sprawności i radzenia sobie na obcym terenie. Podróżowanie samotnie, to nie są już moje własne przemyślenia, wyostrza zmysły i sprawia, że człowiek więcej obserwuje z otoczenia. A więc – więcej chłonie i w efekcie coś z każdej samotnej wyprawy w nas pozostaje. Przychylam się do tych teorii.

Rzym zwiedzałem w towarzystwie przyjaciół i też było fajnie, ale oczywiście inaczej. Nie byłem „mapowym” więc bezwolnie szedłem tam gdzie szli wszyscy, przez co, do ostatnich dni, gubiłem się dwieście metrów od hotelu. Nie mogę powiedzieć, bym Rzym zapamiętał topograficznie. Jeżeli zawitam tam ponownie będę jak dziecko we mgle, a zazwyczaj każde odwiedzone miejsce mam doskonale wykute w pamięci...

W grupie zawsze raźniej więc chętniej kosztowaliśmy rzymskich wiktuałów. Kuchnia włoska to wiadomo, pierwsza liga światowa i po pobycie na miejscu muszę przyznać, że polubiłem ją jeszcze bardziej. Pizza na cienkim cieście, nawet jeżeli była to najtańsza Margarita, smakowała lepiej niż nasze „specjały” za dwa razy większe kwoty. Makarony, nawet jeżeli były podlane jedynie oliwą i pokruszone serem, smakowały lepiej od wszelkich lanserskich „pest”, które je się w Polsce „na lancz” (nieznoszę tej nowomowy). Najtańsze wina piło się w sporych ilościach z prawdziwą przyjemnością. Jedno wielkie La Dolce Vita, chce się żyć.

Często przychodziliśmy do małej rodzinnej knajpki prowadzonej przez typowe włoskie archetypy – jowialny gospodarz z melodyjnym włoskim, jego żona, a raczej jej głos, bo jej samej chyba nigdy nie widzieliśmy na oczy :-) A gdzieś w tle wielka rodzina, gdzie zapewne większość osób jest bezrobotna i najzupełniej, bezczelnie szczęśliwa w życiu. A my w szarej Polsce pracujemy by żyć i coraz bardziej, żyjemy by pracować. Jakie to bez sensu...

Poza zwiedzaniem, jedzeniem, piciem i kłóceniem się (to ostatnie wychodziło nam zdecydowanie najgorzej!), byliśmy też na meczu. Ślepy los wskazał nam pojedynek Lazio Rzym – Genoa. Niewiele brakowało a musielibyśmy obejść się ze smakiem. Po pierwsze, moim, nader wątłym logistycznie, pomysłem było udanie się na mecz na piechotę. Stadio Olimpico położony jest na rubieżach aglomeracji, ale „na mapie wyglądało to lepiej”. Zaszliśmy od złej strony i za nic w świecie nie mogliśmy znaleźć kasy biletowej, która sprzedawałaby jakiekolwiek bilety. Milczeniem pomijam pytanie cisnące się na usta – po co komuś kasy, w których nic nie można kupić. To są Włochy, kraj rządzi się innymi zasadami. Okazało się, po obejściu pół stadionu, że biletów przed meczem po prostu nie ma. Tylko dzięki zdolnościom Miśka, udało się ustalić, że „gdzieś tam” jest sklep, w którym można je jeszcze kupić. Nie wiem już jakim cudem, punkt znaleźliśmy i przyspieszając opowieść, znaleźliśmy się na miejscu.
Stadion wielki, ale jak to we Włoszech bywa, w większości pusty. Sama kopanina na boisku jednakże, zastanawiająco elektryzująca! Działo się sporo, zaś typowego catenaccio wiele nie było. Autochtoni reagowali żywo, gorąco komentując każde zagranie, wstając, pukając się w czoło, pokazując piłkarzom jak mają się ustawić. Krótki kontakt wzrokowy wystarczał by dwie obce (a może i właśnie nie obce?) osoby zaczęły gorąco wymieniać ze sobą uwagi. Typowy południowy temperament, chociaż mam wrażenie, że do Grecji jednak im nieco brakowało :-). Ogólne wrażenia z meczu bardzo sympatyczne, ot taki inny świat, niby piknik ale jednak zupełnie odmienny od tego znanego mi z K6.

Czy w tym miodzie może być jakaś łyżka dziegdziu? Może. Rzym jest turystyczną mekką i nawet w listopadowe dni zdarzało się tonąc w tłumie rozentuzjazmowanych przybyszy z całego świata. Najbardziej chyba to męczyło w Watykanie, gdzie trzeba było odstać cierpliwie swoje. "Spacer" po wnętrzach Stolicy Apostolskiej jest chyba najgorszym punktem całej wyprawy. Szło się w kondukcie tysięcy osób, bezwolnie poddając się osądom owego potężnego stwora społecznego. To on decydował za nas, co zobaczymy i gdzie skręcimy. Krążenie po kolejnych salach trwało może z godzinę, ale gdy na końcu dotarłem do Kaplicy Sykstyńskiej, powiem szczerze: byłem tak zmęczony i zniechęcony, że jej uroda przemawiała do mnie zza oparów siarki i złości :-). Pomyśleć co się dzieje gdy jest naprawdę pełen sezon!

W Rzymie spędziliśmy kilka dni – bardzo miłych dni, dodajmy szczerze. Miasto jest rzeczywiście piękne, imponująca historia zerka na nas z każdego kąta i sprawia, że wyjeżdżając mamy wrażenie, że spędziliśmy tam za mało czasu. Wrócić do Rzymu? Z całą pewnością :-)