
Do Paryża jednak i ja w końcu się udałem. Nieco, poza planami, poleciałem tam z bratem. Taka forma nagrody za dobre oceny (dobre to oczywiście pojęcie względne). On pewnie był zadowolony, ale ja w sumie też. Potwierdziło się bowiem moje mniemanie, że stolica Żabolandii to danie zdecydowanie przereklamowane i niedosolone. Nie na moje podniebienie!
Japońscy turyści miewają czasem chorobę zwaną "syndromem paryskim". Przylatują do Francji, by ujrzeć zapierające dech w piersiach miasto, a to co widzą jest dla nich rozczarowaniem na tyle dużym, że wpadają w depresję. Azjaci to dziwni ludzie i nawet przypadłości mają inne od naszych. Faktem jest jednak, że i mnie Paryż by pewnie nieco rozczarował, gdyby nie to, że jechałem tam już z negatywnym nastawieniem.
Jest oczywiście piękny, monumentalny i nie można powiedzieć, że to miasto nudne czy szare. Nagromadzenie budowli musi wzbudzać szacunek. Francuzi mają stolicę godną swych mocarstwowych inspiracji i swej wspaniałej przeszłości.

Nie będę wymieniał atrakcji - każdy je zna, jest ich sporo i część jest pewnie godna zobaczenia raz w życiu. Sęk w tym, że wszystko jest tak ładne, że aż sztuczne. Paryż sprawił na mnie wrażenie muzealne, podziwiałem eksponaty, a nie widziałem między nimi życia. Wszystko słodkie i wypucowane. Niby autentyczne a jednak tak sztuczne, że nużące już po chwili. Sprawiające wrażenie dekoracji ustawionych dla turystów, istniejące dla nich i dla obiektywów ich aparatów, a nie dla "tubylców". Nuda, zdecydowanie nuda. Trochę tak jak Luwr i inne muzea. Na początku zachwyt, ale po godzinie podziwiania kolejnych dzieł, człowiekowi już się nie chce...

Jakieś ożywienie odczuwałem dopiero gdy skręcaliśmy ze ścieżek obowiązkowych, trafiając w mniej utarte miejsca. Montmartre i plac Pigalle - to pierwsze broni się klimatem, ta druga, dawna stolica grzechu, obecnie w formie upadłej i odrapanej, przynajmniej nie udaje, że jest nieskazitelna. Marais, dzielnica żydowska - tam życie toczy się inaczej. Przede wszystkim - tam było jakiekolwiek życie.

Zupełnie inaczej sprawa miała się z La Defense. Dzielnica wieżowców, europejski Manhattan (zdecydowanie na wyrost, zdecydowanie!) położony jest na uboczu, daleko od centrum. Oglądany w sobotę robił wrażenie nader dziwne, wręcz kosmiczne. Wysokie szklane formy sięgały wysoko w górę, spacerowaliśmy pod nimi po zupełnie pustych alejach. Poza tygodniem pracy nie ma tam prawie nikogo. Z nieba lał się kapuśniak, doprowadzając do rezygnacji ze spaceru ostatnich zdesperowanych turystów. Wszystko wyobcowane i z aurą tlącego się gdzieś sekretu. Takie wieżowce ogląda się inaczej niż z poziomu zatłoczonej ulicy Nowego Jorku. Nie mówię, że lepiej - po prostu inaczej.

Wizyta na szczycie wieży Eiffla to też pozytywne wspomnienie. W kolejce staliśmy co prawda jakieś dwie godziny ale w sumie było warto. Widok z góry imponujący - mój lęk wysokości był wystawiony na ciężką próbę. Jazda starą windą też jest sporym przeżyciem, szczególnie jeśli zerkając na uciekającą ziemię i rozrastający się horyzont, uzmysłowimy sobie, że to wszystko pochodzi jeszcze z XIX wieku.
Dla Paryża jestem wyjątkowy surowy i oceniam go nisko. Bywałem w lepszych miejscach, które wspominam zdecydowanie cieplej. Być może po prostu wypada tam jechać na romantyczny weekend i wtedy wszystko wygląda lepiej :-)
