piątek, 8 maja 2009

Lipiec 2008 - Paryż, Francja

Stolica Francji to tzw. zestaw obowiązkowy. Pojechać, najlepiej z wycieczką bo się człowiek zgubić przecież może!, zobaczyć to i tamto, zrobić sobie zdjęcie na tle wieży Eiffla - takie marzenie każdej ustatkowanej rodziny. Moje nie. Takich miejsc zwykłem nie znosić. Mam inny gust od tzw. szerokich mas społeczeństwa. Ja lubię kurz Bangkoku, zapach metra Nowego Jorku, grzech Nowego Orleanu, pijaństwo Dublina, chaos Aten. Słodkie rzygowiny polane lukrem komercji zostawiam zazwyczaj do kontemplacji ich amatorom :-)

Do Paryża jednak i ja w końcu się udałem. Nieco, poza planami, poleciałem tam z bratem. Taka forma nagrody za dobre oceny (dobre to oczywiście pojęcie względne). On pewnie był zadowolony, ale ja w sumie też. Potwierdziło się bowiem moje mniemanie, że stolica Żabolandii to danie zdecydowanie przereklamowane i niedosolone. Nie na moje podniebienie!
Japońscy turyści miewają czasem chorobę zwaną "syndromem paryskim". Przylatują do Francji, by ujrzeć zapierające dech w piersiach miasto, a to co widzą jest dla nich rozczarowaniem na tyle dużym, że wpadają w depresję. Azjaci to dziwni ludzie i nawet przypadłości mają inne od naszych. Faktem jest jednak, że i mnie Paryż by pewnie nieco rozczarował, gdyby nie to, że jechałem tam już z negatywnym nastawieniem.
Jest oczywiście piękny, monumentalny i nie można powiedzieć, że to miasto nudne czy szare. Nagromadzenie budowli musi wzbudzać szacunek. Francuzi mają stolicę godną swych mocarstwowych inspiracji i swej wspaniałej przeszłości.

Nie będę wymieniał atrakcji - każdy je zna, jest ich sporo i część jest pewnie godna zobaczenia raz w życiu. Sęk w tym, że wszystko jest tak ładne, że aż sztuczne. Paryż sprawił na mnie wrażenie muzealne, podziwiałem eksponaty, a nie widziałem między nimi życia. Wszystko słodkie i wypucowane. Niby autentyczne a jednak tak sztuczne, że nużące już po chwili. Sprawiające wrażenie dekoracji ustawionych dla turystów, istniejące dla nich i dla obiektywów ich aparatów, a nie dla "tubylców". Nuda, zdecydowanie nuda. Trochę tak jak Luwr i inne muzea. Na początku zachwyt, ale po godzinie podziwiania kolejnych dzieł, człowiekowi już się nie chce...

Jakieś ożywienie odczuwałem dopiero gdy skręcaliśmy ze ścieżek obowiązkowych, trafiając w mniej utarte miejsca. Montmartre i plac Pigalle - to pierwsze broni się klimatem, ta druga, dawna stolica grzechu, obecnie w formie upadłej i odrapanej, przynajmniej nie udaje, że jest nieskazitelna. Marais, dzielnica żydowska - tam życie toczy się inaczej. Przede wszystkim - tam było jakiekolwiek życie.

Zupełnie inaczej sprawa miała się z La Defense. Dzielnica wieżowców, europejski Manhattan (zdecydowanie na wyrost, zdecydowanie!) położony jest na uboczu, daleko od centrum. Oglądany w sobotę robił wrażenie nader dziwne, wręcz kosmiczne. Wysokie szklane formy sięgały wysoko w górę, spacerowaliśmy pod nimi po zupełnie pustych alejach. Poza tygodniem pracy nie ma tam prawie nikogo. Z nieba lał się kapuśniak, doprowadzając do rezygnacji ze spaceru ostatnich zdesperowanych turystów. Wszystko wyobcowane i z aurą tlącego się gdzieś sekretu. Takie wieżowce ogląda się inaczej niż z poziomu zatłoczonej ulicy Nowego Jorku. Nie mówię, że lepiej - po prostu inaczej.

Wizyta na szczycie wieży Eiffla to też pozytywne wspomnienie. W kolejce staliśmy co prawda jakieś dwie godziny ale w sumie było warto. Widok z góry imponujący - mój lęk wysokości był wystawiony na ciężką próbę. Jazda starą windą też jest sporym przeżyciem, szczególnie jeśli zerkając na uciekającą ziemię i rozrastający się horyzont, uzmysłowimy sobie, że to wszystko pochodzi jeszcze z XIX wieku.
Dla Paryża jestem wyjątkowy surowy i oceniam go nisko. Bywałem w lepszych miejscach, które wspominam zdecydowanie cieplej. Być może po prostu wypada tam jechać na romantyczny weekend i wtedy wszystko wygląda lepiej :-)