niedziela, 3 maja 2009

Wrzesień 2008 – Helsinki, Finlandia

Wrzesień 2008 – Helsinki, Finlandia

Zobaczyłem kiedyś niezbyt mądry film, którego akcja działa się w Helsinkach. Michael Caine, w skutej mrozem Finlandii, ratował świat przed zagładą wywołaną przez szalonego kapitalistę z Teksasu... Hmmm.

Tak, to wyjątkowo nie był dobry film, ale jakoś wtedy wpadłem na myśl, by zobaczyć Helsinki na własne oczy. Z tego ostatecznie nic nie wyszło, ale tak się złożyło, że do stolicy Finlandii w końcu trafiłem. W drodze powrotnej z Tajlandii miałem kilkanaście godzin przerwy pomiędzy lotami i postanowiłem już wcześniej, że będzie to dobry moment by „zaliczyć” kolejne miasto na mojej podróżniczej mapie. Już będąc na miejscu cieszyłem się, że z dawnych planów nic nie wyszło – spędzenie tam kilku dni mogłoby ciężko odbić się na mojej psychice...

Czemu? Helsinki są zapewne ładne – to ciągle Skandynawia, chociaż wpływy rosyjskie są nader silne i widoczne na każdym kroku. To miasto czyste i spokojne, dobre do zwiedzania bo wszystko jest blisko siebie. Ale przede wszystkim, to miasto nudne i wyjątkowo puste. Mój szok po wyjściu z autobusu w samym ścisłym centrum miasta był ogromny – gdzie są wszyscy ludzie? Czy Helsinki wymarły w związku z jakąś tajemniczą zarazą? Czy Finowie grają właśnie w narodową grę w chowanego? Miasto liczące łącznie z 1,5 miliona mieszkańców, a tymczasem witają mnie puste (dosłownie!) ulice, cisza i zupełnie niezmącony spokój. Z rzadka ktoś przejdzie, czasem przejedzie samochód a jeszcze rzadziej tramwaj z pojedynczymi pasażerami. Sklepy zamknięte, restauracje pustawe. Ja ubrany w lekką bluzę, wyrwany siłą z tropików. Tubylcy - w grubych kurtkach i czapkach chowają się przed zimnym wiatrem. Witamy w Helsinkach...

Pokręciłem się kilka godzin bez konkretnego celu ale i tak trafiłem tam gdzie powinienem trafić. Plac senacki z białą katedrą luterańską to ścisłe centrum historyczne. Ładne, porządne klasycystyczne kamienice na ulicy Aleksandra – pomyślałem, że tak by może wyglądała Mateczka Rosja gdyby dawno temu poszła inną drogą. Nie mogłem także powstrzymać się przed poszwendaniem się po porcie, bo jak wiemy, świeże morskie powietrze to jest to co lubię szczególnie.

Niedaleko wspominanej wyżej katedry stoi spokojnie cerkiew, ot tak, dla przypomnienia, że Finlandia to mix tego co skandynawskie z tym co rosyjskie. Zajęło mi to ledwie dwie godziny i poczułem, że widziałem już niemal wszystko co ważne. W sumie niewiele się myliłem. Po kilku godzinach zmarznięty i zmęczony wróciłem na lotnisko gdzie udałem się na spoczynek nocny. Nocleg na ławce przy gate’ach był wyjątkowy w moim życiu. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się spać na lotnisku – wiedziałem jednak, że kiedyś taka chwila będzie musiała nadejść.

Spało się raczej słabo, rano musiałem zabawnie wyglądać otoczony przez fińskich biznesmenów spieszących z neseserami na spotkania. Po ponad dobie od wylotu z Bangkoku zameldowałem się jednak rankiem w domu i moja wielka wyprawa, której finałem była wizyta w Helsinkach, została szczęśliwie zakończona. Wrażenia po ostatnim odcinku? To na pewno miłe miasto ale obawiam się, że jeden dzień tam to maksimum. W najbliższym czasie, jeżeli już, Helsinki zobaczę znowu ale znowu w tym samym układzie, czyli jako przerywnik w wielkim transferze do Azji :-)